6 rano – Twist(er) again, czyli Malbork okiem Wojtka

fot. Sportowa Rodzina

Malbork. 6 rano, przenikliwy zimny wiatr, stalowe ciężkie chmury, mroczno i ponuro, w tle Bogurodzica i … zamek krzyżacki, który dopełniał całości… Który to już raz będę startował spod tego mostu? W tamtym roku wygrałem. Heroina… Dlatego jestem na starcie… 2tyg po Ironie w Wolsztynie… głupota powiadali… ale… heroina …

– Ale cieplutka!!! – krzyczy do mnie jakiś zawodnik. Cieplutka??? Nienormalni, wszyscy są nienormalni… Czuję jak wlewa mi się to „ciepełko” wszystkimi dziurami w mojej piance, a mam ich więcej niż przeciętny użytkownik, brrrr! Raz -dwa, raz- dwa i już jestem pod mostem, brrr. Przywykłem, że na Dystansie Iron Man zaczyna wiać ok. 10-tej, a na starcie jest flauta… dziś jak szedłem do strefy zmian o 4:50 to wiatr już urywał głowę…

3!2!1!STAAAAAART!!!

Po 100m widzę ,że z prawej strony formuje się ładny pociąg, podpływam i szacuję, że tempo utrzymam bez trudu. Jednak co chwila ktoś mi się ładował bez kolejki, a ja grzecznie ustępowałem miejsca. Płynę w komforcie, lekko, leciutko… coś kurde za leciutko… wychylam głowę, a tu pociąg się porwał i moja grupka już ma w plecy z 10m,podkręcam tempo i mam nogi grupki przede mną ale na pierwszej boi znowu zamieszanie, znowu ktoś mi się wciska, za druga boją wychylam się i znowu strata. Postanowiłem już się nie szarpać i płynąć swoje, nie kalkulowało się zagotować na pływaniu, na rowerze odrobię. Miałem pojechać z Majką ,a On jak jest przede mną to raczej niewiele. Przecież pływamy podobnie…5 minut do Majki! Słyszę po wybiegnięciu z wody i nawet nie wiem kiedy przyspieszam. Kurde chyba przespałem to pływanie!!!

W strefie miałem wrażenie ,że poruszam się jak ślimak, za długo, wszystko za długo! Jest belka! 6ty! 6min do Majki! K^%$^$a mać!

Miałem jechać na 230W, bo w Wolsztynie pojechałem na 245W i po 110km się skończyło… jadę 240…Pierwsza mijanka w połowie pętli obliczam stratę i jest niecałe 5’! Git odrabiam! Jestem już 3ci,ten drugi to Sobczyk-jestem tego niemal pewien mimo ,że gościa na oczy nie widziałem ale widziałem wyniki z Gdyni 😉

Na bufecie usytuowanym w na końcu pętli słyszę :6’ do Majki! Pod wiatr straciłem znowu ok. 1’…musiał przyspieszyć bo ja cały czas 240W. 2-ga pętla mijanka i chyba dostaję kolejną minutę… Do Sobczyka odrabiam z pętli na pętlę, Lipowskiemu i Krakowiakowi uciekam ale Majka cały czas powiększa przewagę. Kurde moje 240W wystarczało zazwyczaj by kasować na rowerze wszystko co się rusza…no może prawie wszystko 😉

Po 90km czas 2h25’ ładnie, ale na tym etapie wiedziałem już, że tempa nie utrzymam… zacząłem słabnąć. Kolejna mijanka i Majka bez śladów zmęczenia dokłada kolejne minuty do przewagi, Sobczyk jest blisko ale ja słabnę. Z Marcinem mijam się już w tym samym miejscu … już się nie oddalam, Krakowiak daleko, chyba z nim źle mam nad nim z jakieś 15’. Pod koniec 4tej pętli doganiam Olgę Kowalską i wyprzedzam.

Słabnę w oczach. Zaczynam coraz częściej słyszeć w głowie głos Wani: ”Zapłacisz w Malborku”.

Na piątą pętlę wyjechałem już ledwo żywy, najpierw dogoniła mnie Olga, a potem wyprzedzali mnie już wszyscy… Miejsce gdzie minąłem się z Majką odebrało mi siły zupełnie, chwilę potem albo chwilę przed… wyprzedził mnie Marcin Lipowski. Ostatnie 10km 5tej pętli to był koszmar…50W,15km/h ,pod wiatr który stawiał w miejscu.

Myślałem o pizzy ,”boże jaki ja jestem głodny”, sięgnąłem do tylnej kieszonki, wyjąłem batona ale mi wypadł… jadę dalej i myślę o jedzeniu. Zostało może ze 3km do bufetu „Boże jak daleko”, ”nie dojadę”.

Już mi było wszystko jedno, wszyscy mnie wyprzedzali. Zaczęła się pojawiać myśl o zejściu z tras ,”oby do bufetu i schodzę” . Już mi nie zależy… W głowie walka, przypominam sobie jak cierpiał Paweł Krakowiak po tym, jak zszedł z trasy w Wolsztynie, przypominam sobie jak skapitulowałem w podstawówce na biegu na 1000m, kiedy to obiecałem sobie nigdy więcej… ale w tle coraz głośniej: ”W Malborku zapłacisz!” „Oszalałeś? Dwa Irony?

fot. Sportowa Rodzina

fot. Sportowa Rodzina

Złaź, nikt Ci nie będzie zarzucał, że się poddałeś… Schodzę! Jeszcze tylko trochę i bufet i koniec i pyszna pizza… i cola… Doturlałem się w końcu do bufetu.

– Blepizzablueschodzębleee…

– Co mówisz? – Zapytała Łucja.

Słabo mi mówienie wychodziło, może dlatego żona nie bardzo chciała słuchać mojego bełkotu i wciskała mi batona za batonem do buzi… nie wiem ile minut to trwało, ale w końcu zaczęło do mnie docierać, co chcę sobie zrobić, a słowa Łucji: ”Jedź i skończ ten wyścig! Nie chcę do końca roku wysłuchiwać twoich żali” sprowadziły mnie na ziemię. 15h mam to robić? Tego chcesz? Ok!

Pojechałem z przekonaniem, że walczę już tylko to by to skończyć. Po kilku kilometrach nastąpiła zdecydowana poprawa, kryzys minął, może nie jechałem jakoś specjalnie mocno, bo wyprzedził mnie Paweł Krakowiak i nie dałem rady jechać jego tempem, ale czułem się nieźle i zacząłem nawet przeliczać straty do chłopaków, a to oznaczało, że ochota na ściganie wraca. Z kilometra na kilometr było coraz lepiej… ciekaw byłem, co będzie na biegu.

Belka!

7my z długiego! W trakcie dobiegu do wieszaka czułem jak noga z wolna zaczyna się rozkręcać. Ze strefy wybieg prosto na bufet: woda, Izo, żel do kieszonki i ogień!

Siku! O jechane ale mi się chce siku! Gdzie ten toy toy?! Jest zaraz za mostkiem! Podkręcam tempo, bo się posikam, patrzę 4’10/km ulala. Zatrzymuję garmina i wpadam do toy toya, a tam inny zawodnik!!! Już miałem sikać obok ale skończył, uff nareszcie! Sikam i sikam i sikam i sikam… ile można!?

Garmin start i ogień! 2km i 4’08/km! Normalnie bym zwolnił, ale dziś już i tak nie miałem nic do stracenia, nabrałem wiatru w żagle i postanowiłem ugrać ile się da. Po pierwszej pętli jestem 6,potem 5ty i zaczynam odrabiać straty do Krakowiaka i Maxa Wójcika, który swoim startem wspiera chorych na SM http://www.im4sm.org/#wspaniali .

Twister_Malbork2

Przed startem trochę o nim poczytałem i dowiedziałem się, że jest Mistrzem Świata w windsurfingu, okazał się też mocnym triathlonistą.

Maxa wyprzedziłem na 4tym kółku i myślał, że dostaje dubla… nie on jeden zresztą, sporo ludzi myślało, że prowadzę… troszkę to było deprymujące 😉

Pierwsza trójka była za daleko, ale Paweł był w zasięgu. Pierwsze 3 kółka odrabiałem, w pewnym momencie było nawet 40”, ale potem Pawcio chyba wrzucił 6ty bieg i zaczął odjeżdżać. Ostatnie kółko pobiegłem mocniej, ale i tak włożył mi finalnie ok. 5’.

Wpadłem na metę po 9h50’…nawet nieźle, maraton pobiegłem w rekordowym dla siebie tempie po 4’39/km i był to drugi czas zawodów, tego się będę trzymał, gdy mi będzie źle

Jak to się stało, że tak dobrze pobiegłem i to po takim kryzysie na rowerze?

Powiadają, że psycha mi siadła i sobie odpuściłem… , że zapłaciłem za Wolsztyn. Wolsztyn na pewno nie pomógł, ale popełniłem przede wszystkim jeden błąd: za mało jadłem. Kryzys, który mnie dopadł, to była klasyczna kolarska bomba. Kto miał ten wie;) Zawsze wystarczało mi 8 żeli, ale zawsze było ciepło albo gorąco… tym razem było zimno i organizm i tak mocno wyjałowiony przez ostatnie starty, wypłukał się dużo szybciej niż zwykle. Nie reagowałem, bo myślałem, że tak musi być, jak się chce dwa irony robić … Na bufecie zjadłem od razy 4 batony i świadomość wróciła… i to chyba jest dowód na moją teorię 😉

Jak to mawiają “bomba nie wybiera”. Co by było jak bym nie startował w Wolsztynie? Czy bym wygrał? No nie wiem, Rafał Majka wygrał w pięknym stylu, okazał się mocniejszy, niż mi się wydawało. Na pewno muszę się gdzieś zrewanżować, najlepiej na ulubionym dystansie : IM

Tekst: Wojtek Twister Łachut

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *