All roads lead to Rome

6

To był ten dzień. Hmm, raz już tak zaczynałam moją relacje z imprezy sportowej. Ale to był triathlon, a teraz jest bieg. Słońce, kibice, na starcie muzyka Vangelisa z „Rydwanów Ognia”, Rzymianie i Pretorianie a na koniec spełnienie marzenia. Ale od początku.

Nie było łatwo dostać się do Rzymu. Od samego początku same przeszkody. Najpierw problemy z rejestracją – system nie chciał przepuścić, zanim nie uiszczę opłaty w wysokości 0 euro, potem kombinowany lot do Rzymu przez Ateny, by wreszcie zauważyć tuż przed wylotem dziurę w butach biegowych. Ale nieważne, istotne że w piątek meldujemy się w wiecznym mieście zwarci i gotowi do walki. W sobotę standardowo wycieczka po pakiet startowy (pakiet naprawdę bogaty – plecak, koszulka i jakieś drobne gadżety. Dobrze zrobiliśmy, że pojechaliśmy na expo wcześnie. Kolejka wyglądała na sporą, ale bardzo szybko weszliśmy do środka. Gdy wyszliśmy trudno było dojrzeć koniec kolejki! Na samym expo odbiór pakietów był bardzo sprawny – trzeba było mieć ze sobą wydrukowane potwierdzenie) i oczywiście ładowanie węglowodanów. A tu do wyboru do koloru. Knajp z pizzą i makaronami mnóstwo, a w każdej „niebo w gębie”.

4Naładowani po uszy, resztę dnia spędzamy na nicnierobieniu i mentalnym przygotowaniu do dnia zero. Choć niektórzy ze znajomych sobotę wykorzystują na zwiedzanie Rzymu nie przejmując się za bardzo tym ze następnego dnia trzeba będzie biegać. Ja, jak przed każdy ważnym startem, mam swoje rytuały – muszę zjeść paczkę delicji (całą, sama:)), przygotować wszystkie rzeczy, przypiąć numer, poukładać żele, a rano standardowo bułka z masłem orzechowym i dżemem. Wieczorem jeszcze przed zaśnięciem, pokonuje w głowie całą trasę, wszystkie podbiegi, zakręty, przypominam sobie, kiedy i na którym kilometrze mam zjeść, który żel a kiedy co wypić. Wiem, że jestem przygotowana do biegu, wiem ze jeszcze nigdy tak szybko nie biegałam, że jest szansa na żywcówkę, ale staram się za bardzo nie podpalać i pobiec to na chłodno.

11

Start planowany na 8: 45, a o 7: 00 ulicami zaczyna płynąć rzeka niebieskich plecaków, zmierzająca w pobliże Koloseum. Tam jest zlokalizowany start i meta maratonu. Depozyty zostawiamy w wielkich ciężarówkach i powoli przemieszczamy się w okolice startu. Równo o 8:40 zaczyna z głośników płynąć muzyka z „Rydwanów Ognia”, a mi do oczu napływają małe kropelki. 8:50 start mojej fali i zaczyna się piękny dzień, razem z ponad 16 tysiącami biegaczy z całego świata zaczynamy „zwiedzenie” Rzymu. W tym roku na starcie stanęło 322 Polaków i byliśmy trzecią zagraniczną nacją pod względem liczebności. Od początku czuję że to będzie ciepły dzień, dlatego trzeba będzie pić od samego początku. Punkty z woda, izo i jedzeniem zlokalizowane równo, co 5 km, a dodatkowo między nimi gąbki z wodą.

Trasa przygotowana bardzo fajnie, od początku szeroko i żadnych wąskich gardeł. Założenie było takie, żeby pierwsze 5km biec spokojnie i dopiero po pierwszym punkcie odżywczym, spojrzeć na zegarek i zacząć układać taktykę biegu.

Trasa nie był łatwa. Sporo zakrętów, cały czas góra-dół z dwoma wyraźnymi podbiegami na 28 i 40km, poza tym długie odcinki po kostce brukowej. Kostka mimo, że nie była bardzo wystająca, to i tak sprawiała sporo problemów. Czułam jak automatycznie się na niej usztywniam i spinam, aby się nie poślizgnąć albo nie przewrócić. Pogoda też nie rozpieszczała. Z prognoz wychodziło, że ma być ok. 21 st., ale tak naprawdę termometr pokazywał ok. 28 st. w pełnym słońcu – a tego nie brakowało. Ale nie było też, aż tak źle. Nie było męczących psychicznie długich prostych ciągnących się po horyzont i jak tylko siły pozwalały na uniesienie wzroku i oderwanie go od asfaltu to można był zobaczyć naprawdę spory kawał pięknego Rzymu.

 5 3

A wracając do biegu. Tak jak pisałam, nie miałam żadnych założeń. Wiedziałam, że jest dobrze i że życiówka jest w zasięgu (3: 49 – 2013r.). Na 5km pierwszy raz spojrzałam na zegarek, który pokazywał tempo 5: 20, a ja czułam się jakbym dopiero co zaczęła biec. No, może nie do końca. Ja już tak mam, że do 7km strasznie się meczę w bieganiu. Tu, bolały mnie mięśnie piszczelowe, prawa łydka i lewe biodro. Na chwile też odezwało się kolano, ale szybko zamilkło. Ale po minięciu znacznika na 7km wszystko przestało boleć, a ja w końcu mogłam biec swoje. Systematycznie podkręcałam tempo, tak ze do 10km na zegarku już było 5:13. Myślę sobie, nie jest źle, ale spokojnie nie podpalaj się, jeszcze sporo przed Tobą. I tak biegłam sobie, trochę hamując, aby się nie wypalić, jedząc systematycznie, co 7,5km i pijąc na każdym punkcie. Kiedy średnie tempo doszło do 5: 10, powiedziałam sobie, że teraz trzeba to tempo trzymać i nie puszczać. Przed biegiem dostałam od kolegi wiadomość, że mam pobiec 3:38. Szybko sprawdziłam na kalkulatorze, jakie to tempo i wyszło 5:11.  Dobra, nie oddam tego tak bez walki. Biegłam dalej swoje, czułam się świetnie, a tempo cały czas spadało. 5:09, 5:08, 5:07 i w końcu  5:06. Nie mogłam uwierzyć w to, co widzę. Był 21 km a ja czułam nadal, że mam spory zapas. Trasa cały czas góra-dół, ale nawet podbieg na 28km nie wybił mnie z rytmu. Na 35 km nadal trzymałam tempo 5: 06 i gdzieś w głowie zaświtała mi myśl czy by nie przycisnąć i zbliżyć się do granicy 3:30. Ale niestety, ku mojemu niepocieszeniu zaraz potem wbiegłam do ponad kilometrowego tunelu, straciłam sygnał GPS, a kiedy ponownie go odzyskałam mój kochany zegarek ponownie przeliczył średnie tempo i pokazał ze biegnę 5:08. No trudno, nie będzie 3:30, ale walczę o utrzymanie tego tempa. Tutaj już nogi zaczynały mi płonąć i to nie od palącego słońca, ale od zalewającego mnie kwasu mlekowego. Zacisnęłam zęby, wyjęłam jedną słuchawkę z ucha, aby słyszeć doping kibiców i cisnęłam do przodu. Podbiegu na 40km praktycznie nie zauważyłam, ale za to na zbiegu prawie pogubiłam nogi. Jeszcze tylko jeden zakręt i w końcu ujrzałam Koloseum, przed którym ustawiona była meta. Przyspieszyłam jeszcze bardziej i wpadłam na metę stopując zegarek na czasie 3:36:50. Średnie tempo 5: 08 – udało mi się i utrzymałam świetne tempo i poprawiłam życiówkę o 13 minut. Nawet w najśmielszych marzeniach nie obstawiałam takiego biegu. Zaraz za metą dopadałam depozyt, przy którym spotkałam koleżankę, która również jak ja zrobiła super wynik a do tego zaręczyłam się na mecie. Gratulacje dla Was 🙂

22 8

To był niezapomniany bieg, niezapomniany czas. Minął już prawie tydzień a ja cały czas się uśmiecham do siebie. Szczerze nie pamiętam z biegu za dużo zabytków. Jednak byłam za bardzo skupiona na tempie, jedzeniu i piciu, ale 18km zapamiętam na długo. Przebiegliśmy przez Tyber i główną arterią biegliśmy do Watykanu. To BYŁ NAPRAWDĘ MISTYCZNY MOMENT. Myślicie o przebiegnięciu maratonu za granicą – polecam Rzym. Nie jest to może najszybszy maraton, ale zdecydowanie najpiękniejszy.

7

Podziekowania:

Na koniec chciałam bardzo serdecznie podziękować moim wiernym kibicom, Trenerowi, który wycisnął ze mnie siódme poty i pokazał, że stać mnie na więcej, TRI NEGU i Wojtkowi Suchemu z Artnoe za rewelacyjny projekt i wykonanie koszulki na bieg. Dziękuję.

 

A poniżej zrzut z Garmina – dla zainteresowanych:

2 1

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *