Arktyczny Triathlon czyli 243 kilometrów w kosmosie

arktyczny_triathlon_norwegia_kamilostapski_5

Są takie miejsca na ziemi, które zawsze chcesz odwiedzić, nawet jeszcze ich nie znając. Takie miejsca, że czujesz, że to jest właśnie to nawet jeśli nie potrafisz ich wskazać na mapie. Do momentu, kiedy w końcu, trafiasz na artykuł, program w TV albo znajomy gdzieś wrzuci zdjęcie. Wtedy wiesz, że to jest właśnie to, że musisz tam być. Tak było ze mną i z archipelagiem Lofotów w północnej Norwegi, powyżej koła biegunowego – arktyczny triathlon.

 

Z uwagi na to, że jestem do bólu praktycznym kolesiem, Lofoty były na mojej liście, ale oczekującej. Finanse i czas zmuszały mnie do wyboru innych celów, innych, mniej kosztownych przygód. Do czasu… W 2015 r. zacząłem śledzić blog, norweskiego triatlonisty, dwukrotne zwycięzcy legendarnego, ekstremalnego triatlonu – Norsemana. Norseman to mówiąc krótko – mokry sen każdego wystarczająco szalonego miłośnika triatlonu. 3,8 km pływania w zimnym norweskim Eidfjordzie, 180 km szosą na pagórkowatej trasie z solidnym przewyższeniem i na koniec maraton z ostatnimi kilometrami trudnego podejścia na szczyt góry Gaustatoppen.

I tak, nie wiedząc skąd, trafiam w końcu na informacje o triatlonie na Lofotach. Dystans trochę powyżej 140.6 mili. Myślę sobie – OK! Ktoś tu właśnie zwrócił moją uwagę. Zaczynam grzebać w necie i jedyne na co trafiam to strona jednego z uczestników Magnusa Mindego – Jernmannen.com  Na stronie widzę tytuł – relacja z wyścigu, to jedziemy z tym koksem. Czytam i po chwili wiem jedno – muszę tam być! Wkrótce pojawia się strona z informacjami o trasie i zapisach. Wysyłam maila, dopytuję – jedną z organizatorek o szczegóły. Rejestruję się, przelewam wpisowe, wysyłam maila, czy na pewno pieniążki przeszły. Dostaje odpowiedź – Wszystko jest ok! Jestem zapisany. To jest jakiś obłęd!

Podróż na Północ

Od dnia rejestracji odliczam dni i myślę o podróży.

arktyczny_triathlon_norwegia_kamilostapski_10

Z upływem czasu zaczyna narastać we mnie strach, że największym wyzwaniem w tym przypadku nie będzie sam arktyczny triatlon (po ukończeniu HARDEJ SUKI raczej ciężko nie wierzyć w siebie), ale podróż. No właśnie, ale jak ja się tam cholera dostanę z całym tym ustrojstwem, które potrzebne jest mi do startu? Sprawdzam dwie opcje – zabranie własnego roweru albo wynajem na miejscu – przez jednego z organizatorów – Franka Hagena. W końcu okazuje się, że jest do załatwienia na miejscu, we Wrocławiu, skrzynia (dzięki uprzejmości trenera z Triathlon Clubu Wrocław Jurka). Dogaduję szczegóły. Odbieram to wielkie ustrojstwo i zaczynamy pakowanie.

Podróż – trochę budżet, trochę nie, cóż nie na wszystko mnie stać, ale rezygnować ze wszystkiego i jechać zupełnie po kosztach na taką imprezę też nie będę – bo stress już by mnie zupełnie wykończył. Mam następujący plan – jedziemy samochodem do Gdańska, tu wsiadamy w samolot do Oslo, a z Oslo lecimy do Harstad/Evenes/Narvik. Tu wynajmujemy samochód i jedziemy do Svolvaer – miejsca zawodów.

Jeśli to czytasz i też pierwszy raz zamierzasz zabrać rower w podróż, to może Ci się to przydać. Sama Skrzynia waży coś koło 15 kg, więc na rower zostaje 8 – 10 kg (limit bagażu w Norwegianie to 25kg na rower). Pakuję rower, ale ściągam z niego wszystko, co mogę i pakuję do walizy. Z rowerem jadą koła i kierownica plus kask. Lemondka, pedały, buty, sakiewka z multitoolem w walizce. Skrzynia waży 25,3 kg w sam raz. Ufff…

Do Evenes przylatujemy koło północy, czeka nas jeszcze 160 km wzdłuż Lofotów. Pakujemy się do VW Golfa (skrzynia wchodzi po złożeniu tylnich siedzeń) i zapakowani po brzegi ruszamy w podróż. Po przejechaniu mostu w Evenskjer, trafiamy do magicznej krainy. Mamy pełnię, cała podróż jest jak z bajki. Morze Północne i góry, droga wzdłuż wybrzeża i … owce śpiące przy drodze. Na początku myślałem, że coś mi się przywidziało, ale nie. To faktycznie owce. France śpią na drodze! Ja się zachowuję jak dzieciak, który właśnie dostał paczkę na Mikołaja, a moja żona Hania, cóż, ona nie jest tak entuzjastycznie nastawiona. Podróż ją wykończyła i jedyne o czym myśli, to spanie. Zamknij się i jedź gościu! Koło trzeciej w nocy dojeżdżamy na miejsce, dosypiamy do rana w samochodzie. Jak pisałem wcześniej – podróż trochę budżetowa – trochę nie.

Czwartek – zachować spokój

Mimo spędzenia ostatnich 20 godzin w podróży i zaledwie 3 godzin snu, chodzę jak nakręcony. Adrenalina i wspaniała okolica nakręcają. Po spaniu pora na mały rekonesans. Objechałem Svolvaer, jak Hania spała i wiem, że to mała, malownicza miejscowość. Proponuje wyjście na rynek i śniadanie w miejscowej kawiarni. Przychodzimy trochę za wcześnie, trzeba się jeszcze pobłąkać, co jest trudne z głodną i niewyspaną żoną na karku. W końcu otwierają i pierwsze, co widzę, to wielkie, soczyste naleśniki.

Podchodzę do kasy, pytam z czym je serwują. Pada odpowiedź: z masłem i serem – nazwy, którego nie potrafię wymienić. Brzmi super, zamawiam dwa. Po chwili do stolika przychodzi Pani z naszym zamówieniem. Wygląda ładnie, ale zerkam na żonę i widzę, że coś jest nie tak. Naleśnik jest, masełko jest, ser też jest, ale… no właśnie, ale brązowy! Zmęczona żona i śniadanie z brązowym serem, sytuacja robi się poważna, szybka reakcja i cały brązowy ser ląduje u mnie. Kryzys zażegnany, można się cieszyć śniadaniem.

Po jedzeniu idziemy do punktu informacyjnego, robimy krótką listę kilku przepięknych plaż, które chcemy zobaczyć w okolicy i ruszamy w kierunku Wenecji Lofotów, rybackiego miasteczka Heningsvær. 7 km dalej i po 15 minutach jazdy lądujemy na małej i malowniczej plaży Rørvikstranda. Piękny dzień, słońce, zero chmur temp. ponad 20 stopni – a jesteśmy przecież na kole biegunowym! Widok wspaniały, krystalicznie czysta woda, drobny piasek, a dookoła strzeliste szczyty gór.

arktyczny_triathlon_norwegia_kamilostapski_9

Zawody już w sobotę, trzeba się aklimatyzować. Wskakuję w piankę i lecę do wody. Raz, dwa, trzy skok i o k****! Pali mi się morda! Kilka ruchów w wodzie i czuję, jak kurczą mi się płuca i próbuję łapać oddech. Wdech, wdech, wdech walczę ze sobą. Po chwili sytuacja zaczyna się stabilizować, ale drętwieją mi ręce i stopy, wciąż nie czuję twarzy. Temperatura wody to coś między 10 a 12 stopni. Poza zimnem – woda wspaniała, krystalicznie czysta, dno widać jak na dłoni. Obiecuję sobie wytrzymać pół godziny, w końcu w sobotę czeka mnie około 90 minut w takich warunkach. Pływam rundy 50 metrów od brzegu i z powrotem. Pod koniec, gdzieś na dnie, siedzi sobie krab, bezczynnie siedzi i mam wrażenie, że się gapi. Mija pół godziny i chyba pierwszy raz cieszę się, że wychodzę z morza. W głowie kotłują się czarne myśli. Chyba pierwszy raz boję się pływania. Mam nadzieję, że otwarty trening z ambasadorem zawodów Alanem Hovda, zaplanowany na piątek rano, będzie lepszy. Teraz rekonesans w Heningsvaerze i wracamy do Svolvaer z uczuciem niepokoju. Boję się tego cholernego pływania.

Piątek – jedziemy z tym koksem!

Wstaję wcześnie rano, bo o 08:00 zaczynamy trening pływacki w zatoce Svolvaer. Małe śniadanko i ruszam. Z Hotelu do centrum mam 5 minut na nogach. Na miejscu widzę już ludzi w piankach, wskakuję w swoją, krótka odprawa po norwesku i jedziemy z koksem. 1 kilometr w zatoce w temperaturze 14 stopni. Dzisiaj jest lepiej, woda wyraźnie cieplejsza, choć dalej czuje zimno. 20 minut w wodzie i od razu mam lepszy humor. Strach nieco odpuszcza, widzę, że sprawa jest do ogarnięcia. Do oficjalnej odprawy mamy jeszcze dużo czasu, decydujemy się z Hanią połączyć przyjemne z pożytecznym.

Po przejściu kawałka trasy pływackiej, czas na przejechanie się trasą kolarską. Ruszamy ze Svolvaer w kierunku Leknes. Cały czas trzymając się głównej drogi E10. Po ok. 50 km odbijamy na pierwszą z magicznych lofockich plaż – Unstad. Wjeżdżamy do olbrzymiej doliny i po chwili lądujemy na szutrowym parkingu. Wchodząc na plażę, jaram się jak małe dziecko. To wszystko jest jakieś nierealne. Piękna ogromna plaża otoczona górami, a w wodzie pełno surferów. Wszystko wygląda jak na amerykańskich filmach, tyle, że to Arktyka!

Rozkładamy kocyk i wypoczywamy. Jest pięknie. Woda tu jest znacznie zimniejsza niż w zatoce, ale jesteśmy w północnej części wyspy, w dodatku tutaj są silne fale.

Z Unstad ruszamy na drugą plażę – Uttkleiv. Kolejne cudowne miejsce, kilkukilometrowa rozłożysta plaża. Widać, że dość popularne miejsce. Jak na Norwegię i to co do tej pory widzieliśmy na Lofotach, jest tu bardzo dużo ludzi. Decyduję jeszcze raz wskoczyć w piankę i się pohartować. Woda zimniejsza niż w Svolvaer, ale cieplejsza niż w Unstad (woda tu jest znacznie spokojniejsza, tu nie ma surferów). Znowu jestem jedynym pływającym. Inni ludzie tylko brodzą w wodzie przy brzegu. A miedzy nimi zasuwa jeden wariat. W końcu wychodzę i kładę się w słońcu. Właśnie pływałem w arktycznych wodach, a teraz się opalam powyżej 68 równoleżnika. Życie jest piękne! Uttakleiv edited

Sobota – Atak!

Wstaję wcześnie rano. Adrenalina buzuje! Wyglądam przez okno – pada. Wczoraj było tak pięknie, a dzisiaj? Boję się, żeby nie powtórzył się scenariusz z zeszłego roku. Piękna pogoda w dzień dystansu olimpijskiego, a w dzień dystansu extreme wiatr i deszcz. Trudno. Nie ma się co nad tym rozwodzić, w końcu żelazo nie klęka. Czekałem na ten start cały rok, więc nawet gdyby padał śnieg, to bym wystartował. Śniadanko, sprawdzenie sprzętu i wymarsz.

Na miejscu widzę już krzątających się ludzi. Lekkie rozmowy, wymiana grzeczności, ale czuć, że już mocno z tyłu naszych głów naciska na nas stress. Rozkładam się w T1 i wskakuje w piankę. Staram się pamiętać wszystkie uwagi naszego speca od bezpieczeństwa podczas wyścigu – Jorgena Melau – jednego z organizatorów Norsemana, eksperta od pływania w zimnych wodach. Tak więc, żadnych maści rozgrzewających, ewentualnie wazelina lub jakaś inna warstwa na zaizolowanie odsłoniętych miejsc. Żadnej ciepłej wody pod pianką, bo ta też zamiast Cię izolować, tylko zwiększy szok po kontakcie z zimną wodą. Zakładam dwa czepki i schodzę na molo.

Pływanie

Mamy coś koło 5 minut do startu. Podchodzę do Jorgena i nieśmiało pytam: Twoim zdaniem już czas wskakiwać do wody, czy jeszcze poczekać? Pada odpowiedź: Już czas! Zakładam okularki i skaczę na główkę. Uffff… Nie ma szoku, nie ma zaskoczenia. Jest bardzo dobrze. Aklimatyzacja nie poszła na marne. Teraz tylko zostało przepłynąć pełne 4 km. Czekamy na sygnał i ruszamy.

arktyczny_triathlon_norwegia_kamilostapski_8

Pływanie postanawiam podzielić na dwie połówki. Dać sobie czas na adaptację, ale trzymać tempo, a od drugiego kilometra podkręcić. Podczepiam się pod zawodnika w piance z wielkim żółtym napisem. Jest łatwo widoczny i trzyma identyczne tempo, płyniemy łeb w łeb. Woda jest krystalicznie czysta. Tam, gdzie dno jest blisko, widać coś co wygląda trochę jak podwodne kwiaty, widok jest niesamowity. Po chwili, pod ręką, przepływa mi meduza. Cholera! Jestem w niezłym szoku, ale na szczęście tylko mi się wydawało, że była tak blisko. Na trasie spotykam ich jeszcze kilka, leniwie krzątających się w wodzie, ślepych na nasze zmagania.

arktyczny_triathlon_norwegia_kamilostapski_4

Po drugim kilometrze podkręcam tempo zgodnie z planem. Ciężko powiedzieć, który jestem, ale mimo tego, że macham łapami jak głupi, tempo wychodzi nieco niższe, niż zawsze. Do tego, po opłynięciu wyspy z jednej strony, zaczynam płynąć pod słońce, a mam przeźroczyste okularki, przez co nawigacja zaczyna być mocno utrudniona. Trudno, przecież nie zawrócę? Końcówka pływania zdawała się nie mieć końca. Mieliśmy do przepłynięcia trzy mosty, ale miałem wrażenie, że się w ogóle do nich nie przybliżam! Płynę i klnę – ile jeszcze do cholery? W końcu wychodzę z wody, lekko zmarznięty, trochę odrętwiały. Mam odpowiedź na pytanie, dlaczego tak powoli mi to wszystko szło. Na brzegu Hania mówi, że jest dobrze i zdaje się, że jestem w pierwszej dwudziestce. Sam czas bez rewelacji – 90 minut, ale lokata w pełni zadowalająca, więc ruszam na rower pełen entuzjazmu, tym bardziej, że wiem, że czeka mnie najwspanialsza trasa na świecie.

Rower

Teraz zostaje przejechać 196km wokół trzech wysp archipelagu. Uwielbiam to uczucie po przejściu z pływania na rower. Trochę tak jakby wskoczyć w nadprzestrzeń. Dopiero co robiłem 3km na godzinę, a teraz? 35! No to jedziemy!

arktyczny_triathlon_norwegia_kamilostapski_1

Trasa rowerowa zasadniczo w znacznej mierze opiera się o drogę E10 ze Svolvaer w kierunku Leknes. Jadę, ale tak naprawdę nie wiem, czy jechać, czy się gapić. Widok na trasie po prostu powala. To jest to, po co warto tu przyjechać. Doskonały asfalt i przepiękna okolica. Dojeżdżam do plaży Rørvik i jadę dalej w kierunku kolejnej wyspy Gimsøyi. W tym miejscu zaczyna się piękny pagórkowaty odcinek trasy. Asfalt wije się przede mną, jak czarny błyszczący się wąż, a po krótkich i łatwych podjazdach, czekają łagodne i szybkie zjazdy. To jest zdecydowanie profil trasy dla mnie. Tu jest szybko!

Pierwszy punkt kontrolny jest zaraz przy moście łączącym dwie wyspy. Przeprawiam się i rozglądam. Po bokach mam piękną i wielką cieśninę Gimsøya. Na tym etapie tylko szybko przeskakujemy na wsypę Vestvagøya, ale jeszcze tu wrócimy. Wyspy archipelagu różnią się od siebie. Jedne są bardziej górzyste, inne z pięknymi i rozległymi dolinami. Wszystkie wyjątkowe. Za miastem Leknes odbijamy z drogi E10 na mniejszą – „krajówkę” nr 815 w kierunku miejscowości Stramsund i Valberg. Po raz kolejny trasa i okolica zmienia swój charakter i po kilkunastu kilometrach trafia się klasyczna alpejska serpentyna z owcami, po której zaczyna się długi i szybki zjazd. Teraz jesteśmy w południowej części wyspy i kierujemy już z powrotem w kierunku Svolvaer.

arktyczny_triathlon_norwegia_kamilostapski_6

Po drodze czeka nas jeszcze runda wokół stojącej samotnie i dumnie góry Hoven na wyspie Gims. Tu dojeżdża do mnie grupa 4 zawodników na czasówkach. Trzymamy się przez kilkanaście kilometrów razem, na podjazdach ja wyprzedzam, a na zjazdach oni mnie. Jednak przy moście nad cieśniną Gimsøy odpadam. Trasa robi się szybka, a że na stromych zjazdach jestem słaby – tracę impet. Jedziemy dalej, zostało coś koło 40 km, w tym runda do Heningsvaeru i z powrotem.

Czyli niezła jazda, z przeprawą przez sześć mostów, a na Lofotach wszystkie mosty, z uwagi na żeglugę oznaczają za każdym razem solidny podjazd, a później szybki zjazd. Wszystko byłoby oczywiście super, ale na tym etapie mam już 150 km w nogach. Trasa do Heningsvaeru to kolejna uczta dla oczu. Jest po prostu wspaniała! Punkt charakterystyczny to skalna brama. Droga jest dość wąska, z licznymi zatoczkami dla samochodów do ustępowania pierwszeństwa. Z Heningsvaeru mam już niecałe 20 km do T2. Czas na finał.arktyczny_triathlon_norwegia_kamilostapski_2

Górski maraton

Wpadam do T2 i jest dobrze. Sił na bieg nie brakuje, a Hania mówi, że przede mną jest kilka osób, które nie wyglądają zbyt dobrze. Przebieram się, łyk coli, łapię dwie cynamonowe bułeczki i ruszam. Na początku spokojnie. To jest ten etap, gdzie trzeba uspokoić nerwy i dać nogom się rozprostować. Plan na pierwsze 30 minut, to trzymać spokojne konwersacyjne tempo i szykować się na resztę trasy.

Na całe szczęście trafiam na Kristiana Kristiansena ze Szwecji i jest o czym gadać. Koleś to jest esencja Ultra. Wczoraj zrobił dystans olimpic+. Wcześniej robił już Ultra Mena i kilka innych szaleństw, więc nie jest to jego pierwszy bal w tym klimacie. Rozmawiamy chwile o dalszych planach i marzeniach. Chłop wypala, że szykuje się na Tour des Geants – 330 km po Alpach i 24 km przewyższeń (które zresztą jakiś miesiąc później ukończył). Co tu dużo mówić – mega inspiracja i kop w d*pę na resztę trasy.

arktyczny_triathlon_norwegia_kamilostapski_3

Nogi nabierają „świeżości”. Postanawiam przyśpieszyć. Pierwsze 25 km to asfalt i ograniczona liczba podbiegów, więc trzeba korzystać i nabrać prędkości. Po 10 km moja głowa zaczyna się odzywać. Czuję, że chcę zwolnić, ale  z drugiej strony obiecałem sobie, że dzisiaj daję z siebie wszystko. I tak obiecuję sobie, ze zwolnię po kolejnym punkcie kontrolnym. I tak mowię sobie do 25 km. Udaje się. Po 25 km kontrola i przeskok w buty trailowe. Zakładam plecak z wyposażeniem obowiązkowym. Teraz zaczną się górki. Na to czekałem.

Zaczynam spokojnie. Idę i podjadam przez pierwszy kilometr. Przy okazji rozmawiam chwilę z dwoma Norwegami, którzy wcześniej wyprzedzili mnie na rowerze. Później zaczyna się pierwsze podejście, gdzie się rozdzielamy. Serce zaczyna mi walić. Jest ciężko, ale trasa wygląda cudownie. Po dojściu do grzbietu uspokajam się i nabieram trochę tempa.

Plan jest prosty. Od teraz podchodzę pod górę, a w dół zbiegam jak najsprawniej. Po pierwszym, długim podejściu zaczynam czuć większe zmęczenie. Jedzenie wchodzi bez problemów przez cały wyścig, ale to jest start na 100%, nie biorę jeńców. W okolicy jeziora Svolvervanet i zaczerpnięcia pysznej wody rozglądam się nerwowo za Tjelbergtindem – ostatnią górą, na która muszę podejść. W okolicy jest klika solidnych wyzwań, a na tym etapie wolałbym już mieć z górki. Na całe szczęście okazuje się, że góra, której obawiałem się najbardziej, nie jest na mojej trasie. Zasuwam szutrem i już widzę, wszystko jasne. Wcale nie jest lepiej, od strony podejścia Tjelberg wygląda jak igła.

Z każdym krokiem góra robi się coraz większa, a ja wiem, coraz bardziej wiem, co mnie zaraz czeka. Zaczynam podejście i tuż przy wejściu na leśną ścieżkę, spotykam parę, która dzień wcześniej zrobiła dystans olimpic+, a dzisiaj jeździ po trasie i kibicuje. Uwielbiam takich wariatów.

arktyczny_triathlon_norwegia_kamilostapski_5

Ok, ostatnia bitwa dzisiejszego dnia. Mam może 4-5 kilometrów do mety, ale trzeba jeszcze wejść na szczyt i może jego wysokość nie powala (315 m n.p.m.), to w Norwegi góry wysokości Ślęży koszą jak Tatry. Było ciężko, ale było warto. Panorama Svolvaer ze szczytu jest po prostu wspaniała. A widok mety w oddali i wizja, że już tylko z górki i po płaskim, dodała mi skrzydeł. Zacząłem zasuwać. W całym tym entuzjazmie niestety zbiegłem z trasy. Całe szczęście wolontariusze dostrzegli mnie ze szczytu i zaczęli krzyczeć za mną. Dzięki temu straciłem tylko kilkaset metrów. Szybki powrót na trasę, techniczny trudny zbieg i zaczęła się szutrowa serpentyna. Po kilkuset metrach wybiegam na asfalt i zostaje mi ostatni jeden – dwa kilometry trasy. Jeszcze tylko moment i ta przygoda dobiegnie końca.

Wbiegam na metę po 14 godzinach i 19 minutach. Kończę na 12 miejscu i o ile się orientuję, jestem pierwszym Polakiem, który ukończył triatlon na kole biegunowym. Czad!

arktyczny_triathlon_norwegia_kamilostapski_7

Lofoty – tu się chce wracać

Arctic Triple to niesamowita impreza, w skład której wchodzą trzy wyścigi: Skimo, Bieg Ultra i Triatlon. Każdy w innym terminie i innej porze roku. Wydaje mi się, że każdy, kto lubi wyścigi spod znaku extreme, zakocha się w tym miejscu i w tej imprezie. Ja tu może i się rozpisuję, ale to jest coś, co tak na prawdę ciężko opisać. Dla mnie Lofoty to miejsce jak z bajki, jest tu wszystko co uwielbiam – dziewicza przyroda, piękne morze w towarzystwie strzelistych wspaniałych gór, pełnych trudnych technicznych szlaków. Plaże, które na zdjęciach wyglądają jak z tropikalnych wysp i gdyby nie ta zimna woda, to pewnie nie byłoby to dalekie od prawdy. Organizatorzy to niesamowicie miła banda. Na mecie nie tylko dostajesz uścisk dłoni, ale jeszcze chwilę rozmowy, bo nikt Cię nie puści ot tak, od razu do rodziny. Tu nie startuje 2500 osób. To jest impreza, w której nie chodzi tylko o Twoją wytrzymałość, bo to miejsce pozostawia w każdym ślad. Chyba najlepszym przykładem może być moja żona, która przed wyjazdem nie mogła sobie wybaczyć, że dała się w to wciągnąć, a po powrocie zmieniła zupełnie zdanie.

Dla takiego gościa jak jak – fana triatlonu i entuzjasty biegów ultra – tam jest raj na ziemi. To była pierwsza oficjalna edycja, ale idę o zakład, że za parę lat o slot na tej imprezie ludzie będą się zabijać, tak jak o miejsca na Norsemanie, Swissmanie czy Celtmanie. Choć każdy wyścig jest wyjątkowy, ten ciągle mam w pamięci i ciągle chcę tam wrócić. Może za dwa lata?

Oficjalny film, który i tak nie oddaje tego wszystkiego co się odczuwa, będąc w takim miejscu, wystawiając swoje ciało i umysł na takie wyzwanie!

Więcej informacji o imprezie Arktyczny Triathlon odnaleźć można na stronie http://www.thearctictriple.no/

Polub mój profil Plus Ultra na FB: https://www.facebook.com/plusultrax/

tekst (i zdjęcia od): Kamil Ostapski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *