Bieg 7 Dolin – emocjonująca relacja z Krynicy!

Bieszczady

Start 4:00 adrenalina i emocje przyćmiewają niedospaną noc (ok 1,5h snu).
Jaworzyna Krynicka zdobyta jeszcze po ciemku. Szczyt pojawił się wcześniej niż myślałem.
Niepowtarzalny wschód słońca, czerwone drzewa. Łabowska Hala napełniam bukłak, garść rodzynek, szybka herbata i w drogę.

Mija trzecia godzina biegu zaczyna się niekończący się zbieg z Makowicy. Czuje mięśnie ale to normalka gorzej bo kolana zaczynają kłóć. Na szczęście dobiegam do Rytra. Kawałek prostej myślałem że podbiegnę a tu 100m i dość kilka kroków kolejny zryw 200m i dość znów przejście do marszu. Nogi napierniczają odliczam metry do Perły, marzę o położeniu się z nogami do góry byle szybko. To mi zawsze po maratonie pomagało. Wreszcie jest, biorę swój worek, padam na trawkę, nogi do góry.

Przebieram koszulkę, spodenki, skarpety, uzupełniam żele i batony, dolewam wody do bukłaka i w drogę. Po ok 200m przypomniałem sobie o tym, że w spodniach zostawiłem elektrolity w tabletkach –  SaltStick, chwila zawahania, decyzja, biegnę bez nich.
Po chwili spotykam Artura i dalej biegniemy razem. Rozmawiamy i idziemy, trochę podbiegamy, dzięki czemu zapominam o zmęczeniu.
Podchodzimy… nie da się biec, zastanawiam się jak ten odcinek pokonują ci pierwsi, czy też w tempie marszu? Po godzinie nadal się wspinamy. Dobiegamy do punktu odżywczego, gdzie, kładę się w mojej “ulubionej” pozycji – z nogami do góry.
Następnie uzupełniam wodę i dalej w drogę.

Bieg-7-Dolin-profil

Nie jest najlepiej, zmęczenie jest już duże. Biegniemy po prostej w dół, zaś pod górę wychodzimy.
Docieramy do wieży na Radziejowej, by następnie zacząć zbieg. Mięśnie palą, ale krok za krokiem dajemy w dół.
Super widoki na Tatry. W myślach czekam na kolejny punkt trasy Eliaszówka za 6km. Za 40min może powinienem zobaczyć upragnioną ławeczkę.
W myślach już widzę jak się kładę z nogami do góry. Gdzie ta Eliaszówka!? Kolejny podbieg jeszcze do następnego skrętu, do drzewa …
Jest ławeczka! Na szczęście Artur “pozwolił” na przerwę max 2min. Kładę się na ściółce, a nogi lądują na ławce. …błoga chwila, która niestety nie trwa za długo.

… ruszam dalej.Teraz już z górki do samej Piwnicznej. Biegniemy po płytach, mijamy turystów, którzy nas dopingują. Bardzo przyjemna chwila, która z pewnością dodaje nam sił.
W głowie kołacze: “Gdzie ta Piwniczna?”. Uda, kolana, łydki, stopy wszystko mówi żeby już przestać. Zastanawiam się nad rezygnacją, jednocześnie wizualizuje siebie mijającego linię mety.
Wiem, że teraz biegnie się już tylko głową. Staram się tłumić myśli o rezygnacji.
Na szczęście nie są uporczywe. Byle do następnego drzewa, kamienia, płotku. Wyznaczam kolejne odcinki, które trzeba pokonać.
Ból narasta jest coraz bardziej dokuczliwy, natomiast trasa staje się bardzo stroma. Nagle czuje ukłucie przy piszczelu, a po nim skurcz w łydce.

Przysiadam na jakimś stopniu.
Skurcz mija szybko,a ja ruszam dalej. Piszczel nadal daje o sobie znać. Trochę mnie to martwi, ale ciągnę dalej. Na szczęście o kłujących kolanach już zapomniałem.
Wbiegamy na odcinek asfaltowy, gdzie jest już płasko. Pokonujemy go na przemian, trochę marszu i trochę biegu. Nogi potwornie zmęczone, ale do przepaku jeszcze kawałek więc, jakoś doczłapie. Trzymam się myśli, że za chwilę się położę z nogami do góry. Ostatnia prosta, trochę w dół, myślę tylko o przepaku i chwili odpoczynku na nim.

Jest! Biorę worek kładę się, ale nic z tego. Trzeba się jeszcze przebrać, uzupełnić wodę, żele. Artur decyduje, że idzie dalej. Nie chcąc zostać bez doświadczonego kompana uwijam się jak mogę. Odnoszę worek, ale gdy oglądam się – Artura już nie ma. Spinam się próbuje truchtać, ciężko oj ciężko. Przechodzę przez przejazd kolejowy spotykam Patryka.
Nie wiem dla czego nie zostaje z nim, chyba uparłem się, że złapie Artura, tym bardziej, że widzę go kilkadziesiąt metrów przed sobą.
Podejście więc idę. Nawet dobrze się idzie. Dochodzę Artura, rzucam hasło jestem , choć nie wiem po co, jakby miał mnie nie zauważyć.
Znowu idziemy razem. Po chwili dochodzi nas Patryk i już w trójkę pokonujemy wzniesienie.

Mają być 2 podejścia i 2 zejścia potem już Wierchomla.
Zbiegamy ale ciągle czuje to klucie w piszczelu przy każdym postawieniu lewej nogi. Wolałbym żeby równo bolała lewa i prawa. Zastanawiam się czy to jest kryzys? Czy to mózg mnie “oszukuje”? Czy tak bardzo chce zakończyć bieg, że szukam wymówki?.
Jak kryzys, to minie.

Kolejne podejście, czuje niemoc, biorę żel, przystaje. Wiem, że to nic nie da. Idę. Mięśnie palą, a ja zaczynam zostawać w tyle.
Widzę chłopaków jak pną się do góry. Ja biorę kolejny żel i zmuszam nogi do ruchu. Niestety jak upiory wracają myśli o rezygnacji z dalszego biegu. Staram się je tłumić, poprzez wyobrażanie, jak Szczęśliwy mijam linię mety. Tylko jak tu myśleć, gdy ból jest tak nieustępliwy. Kładę się na trawie, mając nadzieję, że może przejdzie. Bez sensu przecież leżąc nie zdążę. Zbieram zwłoki i ruszam dalej.

Znowu zejście i to diabelne kłucie przy piszczelu. To już chyba nie wymówka to fakt, napiernicza równo.
Schodzę i schodzę, krok za krokiem, kamień za kamieniem, od drzewa do drzewa. Patrzę na horyzont, gdzie droga, gdzie jakiś punkt wskazujący, że to już nie daleko. Niestety, droga prowadzi cały czas tylko w dół i w dół. Jakiś KOSZMAR! I co zrezygnować, czy też nie? Myśli szaleją, jest coraz gorzej.
Zatrzymuje się co chwilę, próbując rozciągać obolałe mięśnie. Niestety nie wiele to daje. Wychodzę na asfalt. Staram się zerwać do truchtu, NIC.
Zmusiłem się jedynie do szybszego marszu. Pozostało 2 km – mówi pan w mundurze. Kurcze to tak niewiele, przeliczam w głowie. To ok. 10min w tempie 5min/km.
Nie, nie dam rady. No dobra, 15min szybki marsz. Próbuje co jakiś czas zmusić nogi do truchtu. Po kilku krokach dość, znów marsz, i znów weryfikacja czasu nie 15 tylko 20min.
Jak przyspieszę będę wcześniej na punkcie kontrolnym, a tam standardowa pozycja, nogi w górę i będzie super. Mijam dzieciaki z wodą, cieszą się, jest to dla nich jakaś rozrywka. Miły akcent ze strony mieszkańców. Widać, że wiedzą w jakim jesteśmy stanie.
Udaje mi się wyprzedzić jakiegoś zawodnika. Szedłem trochę szybciej. Długo jeszcze? – odbija się echem w głowie? Zmuszam się do truchtu.
Na horyzoncie wyłania się grupka ludzi. Jakieś ławeczki.Jest. To tam mam dobiec, resztką sił truchtam, pika urządzenie rejestrujące czas.
Widzę Artura, ucieszyłem się, ale myśl o rezygnacji nie znika. Z Piwnicznej było ledwo 11 km. A od około sześciu kilometrów o biegu nie było już mowy.

Jestem wprawdzie przed czasem i Artur namawia mnie do kontynuowania, ale decyzja już chyba zapadła, teraz czeka na materializacje. Jeszcze walczę ze sobą, bo mam przecież duży zapas czasu. No żal nie skończyć. Dotykam nogi piszczel boli. Dotykam inne mięśnie, nie czuje bólu. Sprawdzam jeszcze raz i tak kilka razy jakbym nie mógł uwierzyć. No kurka, boli przy dotyku. Boli przy zgięciu stopy. Coś jest nie tak. Staram się wyobrazić sobie jak może wyglądać kolejny odcinek długości ok. 11km do następnego punktu, ale to chyba tylko po to, żeby potwierdzić decyzje. Może gdyby nie ten piszczel? A jak to coś poważnego? Zakatuje go i po bieganiu. Za sobą mam już ok 77 km , życiówka! Czas chyba dobry ok 11:40:00

Ok decyzja KONIEC. Trudno za rok będzie lepiej!!! Bo ta decyzja też już zapadła! Za rok na pewno się uda!!! Zostawiam numer odbieram medal.
NO TRUDNO NIE TYM RAZEM. Czas pokaże, czy to była wymówka czy faktycznie dobra decyzja.

Tekst: Dariusz Zagórski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *