Brodnica zdobyta, czyli śmieszno i straszno…

tresci_nieodpowiednie
UWAGA!
Tekst zawiera treści mocne, wstrząsające i niebezpieczne. Zalecamy zabezpieczenie się w wygodnym fotelu i nie spożywanie posiłków podczas czytania. Życzymy porywającej literatury!

Brodnica zdobyta, czyli i śmieszno i straszno w trzech krótkich lekcjach. Może ktoś przeczyta ku przestrodze!

Pływanie.

Wystrzeliłem, niczym aligator Herman z Hydrozagadki, czyli całkiem przyzwoicie. Z pewnością jest to zasługa moich nowych WONSY MOCY ,o bliżej nieokreślonej jeszcze nazwie.

Finał, podobnież jak w filmie, był też z przytupem, ale to zauważyłem dopiero na zdjęciach. Czepek mi się nieco zsunął z głowy, dzięki czemu wyglądałem w tych silikonach i neoprenach równie ślicznie jak reklama prezerwatyw.

Lekcja nr 1:  ściągać czepek, jak tylko to jest już możliwe.

Rower.

Niesiony pragnieniem prędkości, wystartowałem jak z bicza, a napisać ogień z dupy, to w sumie nic nie napisać.

Oczywiście, w moich rejestrach czasowych był już tłok, także raz po raz oglądałem się za siebie, czy ktoś nie próbuje wyprzedzać, czy też udało mi się w końcu odskoczyć, tak aby nie łamać przepisów dotyczących zakazu draftingu.

Dokładnie w tym samym czasie sprawdzałem wpięcie mojego zegarka w ramę i wtem wpadłem na genialny pomysł, jak urozmaicić zgromadzonej gawiedzi kibicowanie. Ni mniej ni więcej postanowiłem wywalić się na prostym odcinku!

Droga uciekła mi w lewo, spadłem z asfaltu i już nie bardzo udało się wrócić, kiera poszła w bok, ja chyba hamowałem i klasyczny ślizg na lewym udzie i przedramieniu.

“Gleba!” usłyszałem za plecami i na moje szczęście wszystkim udało się mnie wyminąć. Same obrażenia słabe, według Jakuba Deca “nawet nie ma co pokazać”.

Na koniec, natomiast, straszny wstyd przed obecnym przy belce Krzysiem Wiatrowskim! Robił foty, więc chciałem zeskoczyć z roweru jak PRO, tylko że tego nigdy nie ćwiczyłem, a i nogi zmęczone, także zmieliłem ze trzy razy moje nowe rowerowe buty. Usłyszałem tylko “Krzysztof, a Ty co?”.

Lekcja nr 2: jedna rzecz w jednym czasie.

Bieg.

Wystartowałem rześko, jakbym leciał po Crocxy do Lidla za 75 zł. No i tu kolejna szafiarska wtopa, bo jak mawiał prezes Ochódzki “nie bądźmy pewexami, nie mieszajmy dwóch systemów walutowych”.

A chodzi o kolarską czapką jaką przywdziałem z RETRO TRI, przez co wyglądałem jakbym się urwał z bajki Sąsiedzi. Tak czy inaczej, nie to jest najważniejsze.

Piłem strasznie dużo wody i gdyby nie ten upał pewnie bym się tam utopił, bo jednak przesadziłem. Żołądek zaczął wariować, nawet chciałem pozbyć się tego, ale tymi żelami nie da się chyba wymiotować (sorry, ale musiałem napisać), wiedzieliście o tym?

Koniec końców udało się dobiec do mety dzięki moim wiernym fanom i przy dopingu Szanownej Małżonki, Rodziców i z wsparciem Małego Krzysia przekroczyliśmy linię mety.

Lekcja nr 3: Pić trzeba umić.

Jeż_Twister

Dzień numer dwa, to reporter bomba i kilka filmów, które już możecie, albo niebawem oglądać na Triathlon Series Team. Ogólnie było spoko, ale mega ciężko ogarniało się to logistycznie, styrałem się bardziej jak w sobotę!

Praca domowa: Kibice i media mają dopiero ciężko!

A już na koniec dodam cud malina świetny kubek, czyli innymi słowy Szanowna Małżonka odetchnęła z ulgą, że nie przytargam do chaty kolejnego t-shirta!
Polecam!

Sportowy Jeż Poranny

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.