Herbalife Ironman 70.3 Gdynia 2015

fot. profil FB Alicji

Poprosiłam Alicję, żeby napisała coś z zawodów Herbalife Ironman 70.3 Gdynia. Przestraszyła się, że wyszedł elaborat. Ale wcale tak nie jest. Pełno emocji i do tego pisane z sercem. Warto przeczytać!

 

Pierwszy tydzień po najważniejszym starcie w sezonie. Na biurku trzy razy więcej papierów niż zwykle. Sezon urlopowy w pełni, co znaczy, że przez najbliższe dwa tygodnie pracować będę na trzech etatach… Ciężki powrót do rzeczywistości. Biorę głęboki wdech i po raz kolejny zabieram się za czytanie tej samej umowy.

Nagle z hukiem otwierają się drzwi, do pokoju wpada kolega z pokoju obok, odbija się od drukarki, przewraca wieszak i od progu krzyczy: „Alaaaaa…. i jak poszło???
Przepłynęłaś???“. Podnoszę głowę, w lekkim szoku patrzę na niego i najbardziej inteligentnie, jak tylko w tej chwili potrafię, odpowiadam „Noooo….“. Kolega uśmiecha się, przybija piątkę i wychodzi. Skąd wiedział? Przecież nic nikomu nie mówiłam, że startuję? Fakt, spóźniłam się chwilę do pracy, ale przecież nawet za
bardzo nie utykam, numery startowe udało mi się jakoś zdrapać…

Zanim na dobre rozwinęłam się z przemyśleniami, do pokoju wpadło chyba pół firmy z piątkami, uściskami dłoni, pytaniami i gratulacjami. A ja, w swojej naiwności
myślałam, że uda mi się jakoś zataić fakt wzięcia udziału w bodaj największej imprezie triathlonowej w Polsce w tym roku – Herbalife 70.3 Ironman Gdynia.

Uff. W końcu poszli. Wracam do papierów. Niestety żaden nie był tak miły i sam się w międzyczasie nie napisał. Poraz n-ty biorę do ręki tę samą umowę i już wiem, że to będzie długi dzień.

Odzywa się telefon, wiadomość. „Hej. Nie chcesz może napisać relacji dla Tri-fun?“ „Relacji? Ale o czym mam pisać?“ „O tym jak się startuje, robi taki wynik i zdobywa statuetkę“.

No właśnie, jak? Nie zdążyłam nawet ochłonąć i poukładać sobie wszystkiego w głowie. Od kiedy na Skwerze Kościuszki stanął ogromny czerwony zegar IM odliczający dni i godziny do startu, Gdynia żyła zawodami. Z trasy biegowej nie zdążyły jeszcze na dobre zniknąć ubiegłoroczne hasła zagrzewające zawodników do
walki, a tu już znowu sierpień za pasem.

Z dnia na dzień przybywało osób robiących sobie zdjęcia pod zegarem. Na trasie rowerowej zaczęło robić się gęsto. Na Świętojańskiej pojawiły się flagi. Meta, trybuny i strefa zawodnika na Skwerze rosły w oczach. Gdynia kocha triathlon.

Dwa dni do startu. Przyjechali znajomi. Odbieramy pakiety, idziemy na pizzę. Gorąco. W sobotę sprint. Kibicujemy, trzymamy kciuki, pijemy hektolitry wody. Pełna lampa. W tym upale ciężko ustać w miejscu, a co dopiero walczyć na trasie. Zaraz, zaraz. Przecież jutro moja kolej. Sprawdzam prognozę. Ok, ma być chłodniej. Wiatr z północy. Może jakoś to będzie. W sobotę wieczorem, na chwilę przed zamknięciem strefy wprowadzam rower, przybijam kilka piątek z innymi spóźnialskimi, pocieszamy się nawzajem, że upału jednak nie będzie, że damy radę. W domu rzucam na kanapę wszystkie rzeczy na niedzielny start (spakuje się jutro) i idę spać.

Wstaję przed budzikiem. Chyba wyspana. Szybkie śniadanie, kawa, pakuję się. Chyba wszystko mam. W ostatniej chwili spisuję na kartce uwagi trenera. Jak pojechać rower. Kiedy zjeść. Picie, napisz sobie, że masz pamiętać o piciu. Napisałam. Kartka ląduje na ramie roweru, bo w trakcie zawodów głowa się wyłącza. Stoję na plaży, ubrana w piankę. To niemożliwe, że mam tyle przepłynąć. Statek zacumował chyba w połowie drogi na Hel. Ale przynajmniej jest chłodno. Wchodzę do wody. Rozpływanie. Zero stresu, pływa mi się super. O co chodzi? Wychodzę, zabieram po drodze Gośkę, ściskam się z Iwoną i Diabłem i ustawiam na starcie. Start na szczęście falowy. Może nie będzie ścisku. Oprawa muzyczna bardziej jak na wieczór w Sopocie niż legendarne zawody 70.3 Ironman. Chwilę się wygłupiamy, trochę śpiewamy i… aaaa… wystrzał z armaty! Do wody!

Płynę. I czekam na kryzys.Bo przecież słabo pływam. Ale miałam płynąć równo, to płynę. I to nawet w dobrym kierunku. Ręce, pamiętaj o rękach. Nogi jeszcze zdążą się zmęczyć. Wyciągam głowę z wody, o, już nawrotka. A gdzie kryzys? Na szczęście zdążyłam wyjść z wody, zanim mnie dopadł.

Biegnę do T1. Biegnę, nie idę. Po drodze słyszę znajomych – kibicują, trzymają kciuki. Kolega zdziwiony, że już z wody wyszłam, ale pokazuje mi uniesiony w górę kciuk. No ja też zdziwiona. Ale biegnę dalej. Mam wysoki numer startowy, więc muszę przebiec przez prawie całą strefę zmian. Uff. Dobiegam w końcu na miejsce. Znalazłam rower. Przebieram się, wybiegam. Z rowerem dogaduję się trochę lepiej niż z wodą. Patrzę na kartkę. Nie zapomnij o piciu. Trasa rowerowa dość szybka, płaska. Nie licząc podjazdu pod Estakadę. Fajnie. Tylko wieje. No ale tu zawsze wieje. Patrzę na tętno – trochę za wysokie, ale jadę dalej. Może spadnie. Spadło. Jadę i czekam aż zabraknie mocy. Jeszcze nie zabrakło. Wszystko gra. Najważniejsze, że wyszłam z wody. Wyłączam głowę, nie patrzę na prędkość, nie myślę o kilometrach. Jadę. Pierwsza pętla za mną. Wyjeżdżam na drugą. Wrzask, brawa, „dawaj Alaaaa!“. No to daję, w końcu jestem u siebie, wstyd odpuścić.

fot. Karol Buczkowski z fb Alicji

fot. Karol Buczkowski z fb Alicji

Co? Już koniec roweru? Patrzę na czas. I nie jestem nic mądrzejsza, bo zapomniałam, że nie do końca ogarniam zegarek. Trudno. Kilka osób mnie minęło, ale ja też kilka wyprzedziłam. Dobra. Teraz najtrudniejsze. Bieg. Oby tylko sił starczyło. Wybiegam i zaraz za strefą zmian mijam pierwszą grupę znajomych. Wspaniały doping. Uśmiecham się, biegnę dalej. Za pierwszym zakrętem kolejni kibice. Trener krzyczy, że super. Nie wiem czy super, ale biegnę dalej. Zwolnić nie wypada, bo cała trasa obstawiona. Zapomniałam, że mam tylu znajomych. Gorąco. Gdzie są chmury? Na rowerze wiało, a teraz co? Pierwsze dwie pętle super, aż ciężko było mi uwierzyć, że cały czas biegnę. Patrzę na zegarek. Piętnasty kilometr. Jak to piętnasty? Na dwunastym miałam zjeść żel. Wyciągam pognieciony żel z kieszonki i chwilę się waham. A może nie zjem? Przecież go nie lubię. Czuję jednak, że zaczyna mi brakować mocy i jem. Pół. Biegnę dalej. No i jest. Mój długo wyczekiwany kryzys. Kolka. Zwalniam. Co mówił Wojtek? Jak kolka to wdech, ręce w górę, wydech. Tak robię. Nic. Powtarzam. Dalej nic. Zagryzam zęby. Chwilę wcześniej minęłam trenera i zameldowałam, że słabo. Najwyżej zwolnisz, powiedział. Zwalniam. Dobiegam do punktu z wodą. I idę. Kawałek tylko. Znowu biegnę. Kolka biegnie ze mną. Do mety zostały 4km, a ja najchętniej usiadłabym na chodniku i nigdzie już dalej nie biegła. Wiedziałam, że już po zawodach. Nawet jak do tej pory było dobrze, to dobrze już nie jest. Zła na siebie, że kilka razy zmiękłam i na chwilę przeszłam do marszu zamiast biec, zaciskam zęby i zmuszam się do biegu. Zostały 2km. Wóz albo przewóz.

Minimalnie przyspieszam, zamykam oczy. Muszę dać radę. Kolka swoje, ale ja też swoje. No i w końcu jest! Zielony dywan. Nie mam za bardzo z czego już dokładać, ale Andrzej z Martą krzyczą, że szybciej! Przyspieszam. Meta. Brawa. Spiker coś mówi. Trener czeka za metą, uśmiechnięty. Mówi coś, że dobrze, że czas, pyta czy
zadowolona. Patrzę w końcu na zegarek – 05:26:36. Serio?

Dwa lata temu metę w Gdyni przekraczałam z czasem 06:20:00, w zeszłym roku 05:44:45. W tym roku niczego nie zakładałam. Sezon był zaskakująco dobry, więc gdzieś tam z tyłu głowy przemknęła mi myśl, że może uda się skończyć zawody w 5,5 godziny. Udało się.

fot. profil FB Alicji

fot. profil FB Alicji

Kiedy prawie 1.5 roku temu, zupełnie przypadkiem, poznałam Marcina Waniewskiego, moja kariera zawodnicza na macie była już tylko wspomnieniem, a dzień zwykle zaczynałam od porządnego wycisku w boxie crossfitowym. Podniesienie 100kg w martwym ciągu nie było już dla mnie aż takim wyzwaniem, a i perspektywy na całkiem niezłe miejsca w zawodach były bardzo realne. Zdecydowanie nadawałam się do tego sportu. A nie do triathlonu. Życie pisze jednak swoje scenariusze. Trafiłam na trenera, który lubi wyzwania tak samo jak ja. I chyba trochę na przekór wszystkiemu postanowiliśmy spróbować przerobić mnie z całkiem niezłej crossfitterki na przeciętną triathlonistkę, za co jestem bardzo wdzięczna. I dziękuję.

Po pierwszym sumiennie przepracowanym sezonie, mogę śmiało powiedzieć, że było (i jest) warto. Impreza w Gdyni fantastyczna, a lepszych kibiców nie mogłam sobie wymarzyć. Kolejny raz przekonałam się też, że w sporcie najważniejsza jest głowa i że nie wolno odpuszczać ani na chwilę. Do miejsca medalowego zabrakło wprawdzie kilku minut, ale do domu wróciłam z „nagrodą pocieszenia“ – szkiełkiem Ironmana za drugie miejsce w klasyfikacji dodatkowej, „Najlepsza gdynianka“.
Niedosyt jednak pozostał. I dobrze, bo motywuje do dalszej pracy, więc do zobaczenia na trasach!

p.s. jak się czegoś bardzo chce, to można wszystko, wystarczy trochę motywacji, uporu i konsekwencji w działaniu.

Tekst: Alicja Buczkowska

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *