ICON LIVIGNO EXTREME TRIATHLON – STELVIO MIO! – part II

ICON12 logo

Stelvio… jaki kolarz nie chciałby podjechać przełęczy Stelvio? Więc jaki triatlonista nie chciałby zrobić triatlonu na dystansie Iron Man, na którym podjeżdża się Stelvio? – ciąg dalszy opowieści

STELVIO

Na zjeździe do Glorenzy trochę mną potrzepało. Na wysokości ponad 2000 m zjeżdżając rowerem, nawet latem, potrafi być zimno. Jeśli dodasz do tego deszcz i tony wody na drodze sytuacja robi się mało przyjemna. Choć na przełęczy Offen (Fluorn) zmieniłem kurtkę, czuję, że puściła i jestem znowu mokry. Niby membrana 20 000 po obu stronach ale ta kurtka ma już dobrze ponad 100h roboty na różnego rodzaju ultra wyścigach od Chudego Wawrzyńca zaczynając, przez Hardą Sukę i UTMB kończąc. Przed Stelvio postanawiam się przebrać. Czeka mnie najdłuższy podjazd, z największym przewyższeniem i koniec w najwyższym punkcie trasy rowerowej. Około 24km jazdy, z przewyższeniem ponad 1800 m i końcem na wysokości ponad 2700 m n.p.m. Temperatura między startem a metą spadnie o jakieś 15 stopni i bądź tu mądry? Zjeżdżamy na pobocze i mój suport mnie przebiera. Co dość zabawne regulamin wyścigu zabrania zawodnikowi wsiadania do samochodu – nawet na postoju, nawet w siarczystym deszczu. Więc siedzę na plastykowym pudle częściowo osłonięty drzwiami bagażnika a moja żona i suport mnie przebierają podczas gdy ja jem 🙂 . Po chwili czuję się jakbym zaczynał nowy wyścig. Cały suchy i cieplutki. Ok. To już teraz! W końcu zmierzę się z legendarnym Stelvio!!!ICON9

W Prato odbijamy na prawo i lecimy w stronę przełęczy. Kurde jakby nie było to się nam udało. Nie zmienili trasy jak rok wcześniej! I dostaliśmy szanse zmierzyć się z potworem. Po drodze mija mnie kolumna luksusowych aut, Ferrari, Porsche, Lamby chyba trochę mi na złość mam wrażenie, że jak mnie mijają to dodają gazu żeby było głośniej. Piłuje swoje i się pocę. Zjechałem ponad 1000m i dwie warstwy, które ledwo starczały na górze teraz są lekką przesadą. Muszę się zatrzymać i jedną z siebie zrzucić. Ok. Lecimy dalej. Prawdziwe Stelvio zaczyn się dopiero za Gomagoi choć już od Prato jest właściwie ciągle podjazd. Jednak dopiero teraz mijam pierwsze dwa z legendarnych 48 zakrętów.

Myślę sobie – super. Zaczeło się! Jednak po zakrętach 48 i 47 nic się nie dzieje, zaczyna się długi i żmudny podjazd. Numerowane zakręty dotyczą tylko miejsc gdzie dochodzi do nawrotu o 180 stopni. Wszystkie inne nie są numerowane. Kolejne dwa zakręty znajdują się kilka kilometrów dalej tuż przed miejscowością Trafoi. Dopiero teraz zaczyna się zabawa! Od Trafoi zakręty się zagęszczają. Odliczam każdy jak stację drogi krzyżowej. Piłuję je jeden po drugim odhaczając w głowie dystans. Co jakiś czas pojawiają się znaki informujące ile drogi zostało i na jakiej wysokości jesteś. To miłe i ułatwia przeżycie. Nawet nie myślę o końcu, tylko odliczam pojedyncze zakręty. Gdzieś po 16 zakręcie w końcu widać ścianę. Tę ostatnią część. Jadę po około 10 zakrętów i robię krótką przerwę na żela, picie i widoczki. Czegoś takiego jeszcze nie robiłem. Pewnie szybciej bym tu rower wprowadził ale to nie o to chodzi. Widok jest niesamowity. Piszczę cieniutko ze zmęczenia i zachwytu! Gdzieś na 44 zakręcie staję pod murkiem i patrzę w dół. W końcu mam przed sobą widok ze zdjęć. Stelvio przykrywają chmury.ICON10

Na górze wrzucam na siebie zimową kurtkę i zaczynam zjazd w stronę Bormio. Droga jest mokra, zakręty cholernie ostre. Nie jestem szybkim kolarzem na zjazdach. Mój rekord prędkości to marne 73 km/h. Więc dzisiaj tu nie poszaleję. Zjazd jest mimo wszystko szybki i ultra zimny. Cały się telepię. Mimo, że mam na sobie zimową kurtkę i szczelne spodnie przeszywają mnie zimne dreszcze. Lewa łydka trzęsie mi się mimowolnie i a palców u rąk już nie czuję. Dojeżdżam do tunelu i muszę stać na światłach. Mam krótką chwilę, żeby się dogrzać. Mówię sam do siebie, żeby jak najwięcej się ruszać i coś robić. Ruszam dalej. Po zejściu dobre kilkaset metrów w dół odrobinę się ociepla i odzyskuję większą kontrolę nad rowerem. Nie zjeżdżamy do Bormio tylko odbijamy w prawo na przełęcz Foscagno. Jeszcze jeden podjazd i kończymy rower. ~24km i blisko 1000m podjazdu i jestem w T2. Ostatni podjazd dłuży mi się, czuję zmęczenie. Mięśniowo wszystko jest ok. Trzymam kadencję przełożenie 34/30 zupełnie wystarcza. Ale zimno wyssało ze mnie mnóstwo energii i czuję, że wchodzę w wysokie tętno. Widok z Foscagno też jest świetny, ale na tym etapie marzę już o bieganiu. Piłuję powoli i odliczam kilometry. Na Stelvio szczegółowa informacja gdzie jestem i ile mi zostało bardzo mi pomagała. Ale tu jest odwrotnie. Patrzę jak powoli mijają mi te kilometry i się wściekam. Czuję, że przegrywam z własną głową. Mimo wszystko piłuję. Bywałem już w gorszych miejscach, a moja głowa potrafiła mi płatać większe figle. Pod koniec Foscagno widzę jednego kolarza prowadzącego chwilę rower… Nikt nie mówił, że będzie łatwo. Docieram w końcu na szczyt i lecę do Trepalle do T2. Szybki zjazd i jestem na miejscu.

CAROSSELLO 3000 NIE DLA MNIE

Na dole w T2 dowiaduję się, że nie zamyka nam się bagażnik w samochodzie. Ekstra… I tak już rower nie poszedł tak jak chciałem, bo zdewastowała nas pogoda to jeszcze to. Staram się wyłączyć tę myśl, że pierwsze co jutro rano zrobię to będę szukał włoskiego mechanika, do jakiegoś pieprzonego zamka, w sobotę, w Livigno, we Włoszech. WTF?

Ale dobra został mi jeszcze maraton, ale najtrudniejsze już za mną. Trasa rowerowa okazała się znacznie trudniejsza niż myślałem. Albo inaczej myślałem, że mam całkiem spoko ciuchy jak na deszcz. Zestaw który bez problemu wytrzymał Hardą Sukę tu miałem uzupełniony o jeszcze jedną rowerową kurtkę z dobrą membraną, ale jednak nie. Na zmianę ciuchów straciłem blisko 1h łącznie i teraz z perspektywy czasu myślę, że choć raz mogłem to olać, albo lepiej się zorganizować. Cholera nikt nie spodziewał się hiszpańskiej inkwizycji… I dokładnie takie myśli kołaczą mi się w głowie już od T2.ICON11

Zaczynam bieg, który leci zgodnie z moimi przewidywaniami. Na płaskim w okolicy 5min20 sek na km na zbiegu pod 4min na km i pod górę 10-12min na km. Nie wiem dlaczego ale kolo 10 km rozmawiam z żoną i pytając o limit na T3 słyszę 20:30. Ja prdl… Nie ma opcji, żebym lekko ponad 20 km zrobił poniżej 2h. Nie z kilkoma podejściami i nie po rowerze który zamiast 8h30min zajął ponad 10h. Siada mi ta myśl na głowę, trochę tracę ducha walki. I powraca myśl i jeszcze ten je*** zamek w bagażniku… Ok lecę swoje, trzymam tempo, które spada do 5min40sek na w miarę płaskim. Reszta bez zmian. Na ok. 18 km dzwoni żona pyta się jak idzie i czy jest szansa żebym był w T3 w limicie na 21:40 bo czekają. Zaraz… jak kurde 21:40? Przecież limit jest o 20:30? JA PRDL… Staram się podgonić, ale mogę tylko trzymać tempo. Tym bardziej, że zrobiło się już ciemno i zaczyna się kolejne podejście. Na zbiegach jest dobrze, ale na płaskim mogę tylko trzymać tempo które nie chce drgnąć poniżej 5min40sek. Jak tylko zaczynam szarżować, szybko skacze mi tętno i słabnę. Klasyczne wyziębienie, przerobiłem to boleśnie na Hardej w tym roku. Na tym odcinku spotykam wąsa. Mówię: So, no Carosello for us, ha? Wzrusza tylko ramionami i mówi coś po włosku. Odpowiadam, że niestety nie mówię po włosku na co słyszę tylko jedno słowo: COLD. Pewnie, że tak 🙂 Lecimy jakieś 3km razem dobiegając do jakiegoś gospodarstwa. Trasa niby leci tędy, ale wygląda jakby było odcięta płotem. Próbuję obiec dom i trafiam do pasących się osłów. Nie zwracając na nic uwagi opieram się o ich ogrodzenie. JEB! Dostaję strzała z elektrycznego pastucha. Ok, czyli to jest tak. Odskakuję od ogrodzenia i grzęznę w błocie. Po chwili wracam do punktu wyjścia, gdzie okazuje się, że nie było żadnego ogrodzenia, tylko elastyczny pręt przez który trzeba było przebiec. Git 1 minuta stracona. Teraz zaczyna się płaska część trasy 8 km do Livigno. I nieco mniej niż 40 minut do odcięcia. Klnę sam do siebie. Mogę trzymać tempo, ale go nie dokręcę. Mięśniowo jest nawet świeżość, ale serce nie wyrabia. Lecę swoje 5min40sek na km i czuję, że T3 mi się oddala. W okolicy 24km dobija do mnie sympatyczny triatlonista z Niemiec i tak lecimy do mety. Trzymamy tempo, ale obaj mamy smutną świadomość, że nie wyrobimy o jakieś 5-10min. Chwilę się łudzę, bo Niemiec twierdzi, że T3 jest na 29km. Wtedy luz. Ale upieram się, że pamiętam, że T3 jest na 32km. Gdy na zegarku mam 30km staje się jasne, że niestety ale miałem racje. Na 31km dobiegam do moich supperterów i lecimy wspólnie do T3. Wbiegam na rynek Livigno gdzieś o 21:46 może 48.

Obok nas Katalonka, supperterka zawodnika, który wbiegł odrobinę wcześniej kłóci się z Orgami. Supporterka Niemca, płacze i wpada mu w ramiona. Ja patrzę na mojego zioma i lekka konsternacja. Spotykam support Wojtka i dowiaduje się odrobinę o jego przygodach. Ok, jeśli u mnie coś nie poszło to ja nie chcę wiedzieć jaką karmę miał Wojtek.

Niestety nie możemy kończyć na Carosello. Orgi są nieubłagane. Biorę plecak i idziemy na odprawę. Sprzęt jest na miejscu więc lecimy. Jestem na maksa zirytowany. Ale lecimy swoje co zrobić. Aczkolwiek trochę mi cała sytuacja na psychę siada. Serio? Dwa razy kończyłem Hardą Sukę w pierwszej dziesiątce i przychodzi mi kończyć jakiegoś Xtri Iron Mana w drugim garniturze? ICON to będzie piękna i bolesna lekcja pokory.

Lecimy początkowo asfaltem w Livigno. Jestem przekonany, że teraz mamy już tylko po płaskim. W końcu nie zasłużyłem sobie na ścioranie na 3000m. Jednak po chwili wybiegamy z Livigno i wchodzimy na szutr. Zaczyna się podejście. Tempo bardzo dobre 10-12min na km na mocnych podejściach, zbiegi zbiegam a na płaskim lecę, jak to mówił Wojtek, świńskim truchtem. Po jakichś 4 km dobiegamy do gościa, który się zmieścił w limicie i go wyprzedzamy. Hola, hola! Jak to? Lecimy tą samą trasę? Konsternacja. Dzwonię do orgów i proszę o sprawdzenie mojej pozycji i czy dobrze lecę, bo wyprzedziłem gościa w drodze na Carosello. Orgi mi mówią, że nie mogę iść na Carosello, na co ja mówię ok ale wygląda na to, że ktoś nas tak pokierował. Podejrzewam, że początek trasy mamy ten sam a później się rozdzielimy, ale wolę mieć pewność. Po chwili oddzwaniają i już wiem, że jest ok. Za ok. 1 km spotykamy wolontariusza, który sprawdza nasz numer i kieruje nas w dół. Szczęśliwcy za nami dostają paszport do góry. Jest 22:40 limit jest o 01:00 i zostało na górę jakieś 4km i 500m podejścia. Na miękkiej rurce bylibyśmy tam przed północą… Ale dzisiaj nie dla psa kiełbasa. Lecimy w dół i po szybkim zbiegu trafiamy na metę, gdzie nikt nie czeka. Dopiero w ostatniej chwili jak lecimy już po dywaniku, ktoś wyskakuje z hali i woła kogoś. Wbiegamy na metę, dostaję medal i gratulacje. Całość zajęła mi 17h40min.

W hali jeszcze nic się nie dzieje. Jeden z organizatorów mnie przeprasza, że kuchnia zamknięta. Mówię, że w moim przypadku akurat nic nie szkodzi, bo mieszkamy 300m dalej i zaraz będę u siebie i się najem. Organizator się pyta, czy to mój pierwszy Xtri. Mówię, że nie. Na co odpowiada, tak myślałem, bo dobrze wyglądasz. No ba! Carosello mogło być moje! Wracamy do pokoju spacerkiem. A we mnie się kotłuje. W mojej głowie przewijają się myśli: 6-8 minut za późno na T3. Na światłach na rowerze stałem ponad 10 min spokojnie, przebieranie w deszczu, pomyłka z limitem na 20:30, elektryczny pastuch, postój na pierwszym punkcie mógł być spokojnie krótszy o 1 min. I tak w kółko… Kilka małych rzeczy, które razem okazały się niesłychanie bolesne. I tak wracam i czuję schadenfreude. Przejechałem fantastyczną trasę rowerową, zrobiłem fajne pływanie i zimnej wodzie, pobiegłem to co miałem pobiec i nie starczyło na Carosello 3000. Kończę ICON Livigno Extreme Triathlon jako najlepszy z najsłabszych. I pocieszam się, że na liście startowej były 102 osoby a ukończyło tylko 44. Że przesiew był większy niż na Grani tatr, Łemkowynie czy Hardej Suce. Ale to tylko po to żeby zagłuszyć samego siebie. Jest mi cholernie przykro a jednocześnie cały czas myślę o Stelvio i w ogóle o trasie rowerowej.

Po powrocie otwieramy piwo i Hania podgrzewa fantastyczny włoski makaron z pesto. Kulinarnie jestem w niebie. Siedzimy przy stole i przeżywamy ten dzień. Był ogień, rower był zabójczy ale piękny, rozmawiam chwilę o Wojtku. Ten złapał dwa razy gumę i zerwał łańcuch. Jeśli u mnie coś nie zagrało to co mam powiedzieć o nim? Sprawdzamy, gdzie jest i około 00:30 zaczyna zbiegać więc już praktycznie skończył. OK można iść spać. Misja zakończona.

Na koniec pozostaje podziękować pięknie suportowi za mega robotę. Wszystko zagrało tak jak powinno, byliście doskonali 😀

Ja z Wojtkiem. Pierwsi Polacy na ICONie 😉

One Response to ICON LIVIGNO EXTREME TRIATHLON – STELVIO MIO! – part II

  1. Wojtek pisze:

    Well done mate!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *