ICON LIVIGNO EXTREME TRIATHLON – STELVIO MIO! – part I

ICON12 logo

Stelvio… jaki kolarz nie chciałby podjechać przełęczy Stelvio? Więc jaki triatlonista nie chciałby zrobić triatlonu na dystansie Iron Man, na którym podjeżdża się Stelvio?

W grudniu 2016 r. dziwnym zbiegiem okoliczności dostałem wiadomość od jegomościa co się nazywa Luca Lamera. Otrzymałem informacje o nowym xtri triatlonie we Włoszech – ICON Livigno Extreme Triathlon. Jako, że wyspecjalizowałem się w startach Xtri i to była pierwsza impreza tego typu o jakiej słyszałem we Włoszech z ciekawości sprawdziłem trasę. Pływanie – 3,8 km w jeziorze Livigno na wysokości 1800 m n.p.m. (najwyższe pływanie w triatlonie), trasa rowerowa obejmująca pięć przełęczy w tym legendarne Stelvio znane ze słynnych górskich etapów giro d’italia – ~24 km, 1808m podjazdu, 48 bolesnych zakrętów. Średnie nachylenie na całości 7,4%. Koniec trasy na wysokości 2758 m n.p.m. czyli wyżej niż Tatry.

Łącznie trasa rowerowa blisko 200km i 4700m przewyższeń. Takiego odcinka nie powstydziłby się żaden pro tour. Po tym wszystkim jeszcze maraton z podejściem na wyciąg narciarski Carosello 3000. 42km i około 1500m przewyższeń. W 2017 r. już miałem zaplanowany sezon, postanowiłem więc, że jeśli na 2018 r. znowu nie załapię się na Norsemana to lecę ICONa.

I tak słowo stało się ciałem.

Zawody w 2018 odbyły się w piątek 31.08.2018. Dosyć nietypowy dzień jak na triatlon, bo piątek, ale co poradzić. Do Livigno zajechaliśmy w środę w nocy, po całej masie dziwnych przygód na trasie. Ostatecznie szczęśliwie dotarliśmy do celu jadąc ponad 1000km z Wrocławia.

W czwartek nerwówka… czeka mnie rejestracja, odprawa a jeszcze warto zrobić szybki test wody w jeziorze.ICON3

Najpierw woda. Celowo wchodzę do niej tylko w kąpielówkach (bez pianki) po to, żeby w piątek na pływaniu odczuwać mniejszy szok. Podczas, gdy ja latam i moczę pupę moja żona podsłuchuje dwóch Niemców, którzy też testują wodę ale w piankach. Pewnie są z Europy wschodniej. Im musi być gorąco. No nie powiem, ciepło to mi na pewno nie było. Ale warto było wejść do wody wcześniej. Woda 15 stopni więc dość zimna. Ale największym wyzwaniem okazało się dno jeziora. Początkowo kamieniste a później zamulone dno. woda do kolan ciągnie się przez jakieś 100m a później robi się tylko odrobinę głębiej. Dopiero naprawdę daleko od brzegu robi się głęboko. Początek pływania na pewno będzie ciekawy i chyba bardziej będzie to aquarun 😉ICON2

ODPRAWA

Szybko witam się z Wojtkiem (z którym znamy się z Hardej Suki i paru innych startów) i siadam koło mojego suportu . Zapisaliśmy się na ICONa niemal jednocześnie. Zaczyna się od filmu z poprzedniej edycji. Początek trasy rowerowej w deszcze a później piękne ujęcie ze Stelvio przykrytego śniegiem. W końcu to do mnie dociera. W 2017 r. nie podjeżdżali Stelvio i trasa została zmieniona. Więc wszystkie moje założenia o czasie ukończenia zawodów są niedoszacowane na około 2 – 3h. Cholera! Teraz zaczynam się stresować. Czuje się dobrze przygotowany, ale ta informacja zmienia postać rzeczy.

Do tego prognoza pogody. W czwartek mamy jeszcze bardzo przyjemną pogodę ale na piątek wszystkie prognozy zapowiadają deszcz. Orgi też zapowiadają, żeby śledzić smsy, które będą wysyłać dotyczące ewentualnej zmiany trasy rowerowej.

Zostaje jeszcze oficjalna prezentacja uczestników na rynku w Livigno – każdy ma szanse zrobić sobie zdjęcie na ściance 😉ICON1

Wracamy do pokoju i szykuję wszystko do osobnych pudeł i plecaków. Pływanie – do torby od pianki. Rower – do przeźroczystego pudła z IKEA. Bieg do plecaka triatlonowego. Jedzenie do przeźroczystego. Wszystko gotowe. Teraz spać bo wstajemy już o 03:15. Start o 05:15 a strefa otwarta od 04:00 do 05:00.

Pobudka

Wstaję o 03:15 i jeszcze jest sucho. Łudzę się, że pogoda nam dopisze. Sprawnie docieramy na start i szykujemy wszystko. Odbieram bojkę z patyczkami fluorescencyjnymi i gpsa. Zaczyna padać deszcz. Pięknie, miałem nadzieję, że jednak pogoda nam dopisze. Deszcz jednak będzie nam już towarzyszył przez całe zawody, odpuszczając tylko na chwile. Nieopodal T1 jest stacja benzynowa, na której zakładam piankę i chowam się przed deszczem. Z wejściem pod strefę czekam do ostatniej chwili mimo, że rozpalone przy niej jest wielkie, piękne ognisko. Na 10 minut przed startem idę pod ognisko, gdzie spotykam Wojtka. Do startu trzymamy się razem. Jak zwykle mamy kupę śmiechu, ale czuć już reisefieber. Ustawiamy się na macie wzdłuż linii brzegowej jeziora i czekamy na start. Orgowie puszczają muzykę, która potęguje nastrój napięcia. Jest ciągle ciemno. Start o 05:15 a wschód słońca w Livigno przewidziany jest na 06:36. Płynąć będziemy w nocy. Wszyscy mamy świecące bojki, do tego na jeziorze będą oświetlone kajaki a cztery główne boje, które musimy minąć świecą już w oddali.ICON5

Start!

Początek to prawdziwy swimrun 😉 . Przez jakieś 100 – 200 m woda jest za płytka żeby płynąć więc szybko idziemy do przodu. Dochodzę na odpowiednią głębokość i ruszam. Kilka ruchów i przechodzę w żabkę, nie mogę z chłodu złapać oddechu. Powtarzam tę czynność kilkukrotnie do momentu przyzwyczajenia się do temperatury. Po jakichś 10 minutach łapię rytm i już spokojnie płynę do końca. Nawigacja jest łatwa płynę na boje. Po minięciu ostatniej pozostaje już w linii prostej wrócić do brzegu. Wychodzę z wody w okolicach 30-go miejsca ale jestem zadowolony. Nie jestem mocnym pływakiem, dodatkowo w tym roku z pływania na długo wyłączyła mnie kontuzja. Wychodzę zadowolony chciałem płynąć w okolicach 1:55min/100m i to się udało. Na brzegu czekają już moi supporterzy – zaczynamy się przebierać.

Rower

Ciągle pada i jest zimno już w Livigno, a będziemy podjeżdżać wyżej, więc wiem, że ciuchy na rowerze będą bardzo ważne. Przekonałem się o tym na Hardej Suce, kiedy wyziębienie na rowerze odbiło się na bieganiu. Zakładam spodenki kolarskie, długą bluzę techniczna a na nią koszulkę kolarską. Na to kurtkę z membrana 15 000 / 20 000. Na nogi zakładam spodnie z membraną 10 000 / 10 000 i neoprenowe ochraniacze na buty. Mam nadzieje, że wytrzymam na tym do końca wyścigu. Wsiadam na rower i jadę w kierunku St. Moritz na przełęcz Forcola.ICON6

Leje deszcz, ale jedzie się dobrze. Ciuchy początkowo sprawują się wyśmienicie. Jedyny problem to buty od spodu powoli leje się w nie woda poprzez otwory na co dzień umożliwiające wentylację. Teraz to jeszcze nie problem, ale na górze na zjeździe odczuję to boleśnie. Pierwsze pasmo podjeżdżam stosunkowo łatwo, nachylenie podobne jak na Ślężańskich Tąpadłach tyle, że jedzie się znacznie dłuższy odcinek i kończy na 2315m a nie 400 😉

Mój zestaw sprawuje się idealnie na razie podjeżdżam na 34t/26t i mam jeszcze 2 zębatki zapasu na Stelvio. Trasa jest fantastyczna, mimo deszczu po prostu zapiera dech w piersiach a to dopiero początek. Po Forcoli krótki i szybki zjazd i po kilku, kilkunastu minutach stajemy na światłach. Wakacje to oczywiście fantastyczny moment dla drogowców i ich remontów i na naszej trasie będzie gdzieś 5 takich miejsc.ICON7

Kawałek za światłami zaczynamy kolejny podjazd na przełęcz Bernina. Ta jest jeszcze piękniejsza niż Forcola i odrobinę wyższa – 2323 m n.p.m. Niemal na całej jej długości wypasane na poboczu są krowy i co chwile słychać charakterystyczny dźwięk krowiego dzwonka. Bernina jest prześliczna a na początku zjazdu do St. Moritz po lewej mamy dwa piękne jeziora: Jezioro Białe (Lago Bianco) i Jezioro Czarne (Lej Nair) i  jak nazwa wskazuje faktycznie są od siebie zupełnie różne. Zjazd jest szybki i cholernie zimny.

Dobrze, że ciuchy jeszcze trzymają, ale stopy mam już całkiem mokre i zmarznięte. Znowu zjeżdżam pod światła i korzystam z okazji. I tak muszę stać – orgi bezwzględnie zabroniły przejazdu na światłach – grozi za to dyskwa. Korzystam z okazji i zmieniam szybko skarpety i buty. Po chwili znowu jestem w ruchu. Przed zjazdem do centrum St. Moritz odbijamy w kierunku małej miejscowości Zuoz i lecimy w kierunku Zernez. Trasa jest świetnie oznakowana na wszystkich skrzyżowaniach rozstawieni są wolontariusze więc w ogóle nie muszę korzystać z tracka co bardzo ułatwia życie. Teraz jest szybko mamy chwile przerwy przed kolejną przełęczą i prędkość jest świetna lecę pod 40km/h i ścigam się z takim jednym Włochem – którego od teraz nazywam per Wąs – koleś wygląda jakby właśnie wrócił z budki z piwem. Jak się później okaże nie będę się z nim rozstawał już niemal do samego końca.ICON8

Od okolic Zernez zaczynamy podjeżdżać kolejną przełęcz – Ofen (Pass dal Fuorn) – Kolejne ~20 km ataku na łydkę. Deszcz jest odrobine lżejszy ale i tak ciągle doskwiera. A przede mną kolejne 20 km i jakieś 850 m podjazdu. Tak więc przed Stelvio będę miał już przejechane 3 przełęcze i blisko 130km w nodze. Nie powiem – zapowiada się hard core’owo. Po Offenpass zaczyna się kolejny szybki odcinek trasy – jest mega mokro ale super szybko. Lecimy przez Tschiervs i Muestair do Glorenzy (Glurns) we Włoszech. Tutaj odbijamy na Prato. Już za chwileczkę, już za momencik przyjdzie mi się zmierzyć z potworem ze STELVIO!

 

ciąg dalszy nastąpi….

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *