KarkonoszMan trochę z boku

karkonoszman_grupowe

W ubiegłą sobotę, czyli 21 czerwca, na polskiej scenie tri zadebiutował prawdziwie ekstremalny triathlon KarkonoszMan lub – jak kto woli – Triathlon Karkonoski. Ponieważ to triathlon i do tego w górach, więc nie mogło nas tam zabraknąć. Organizację oraz zmagania nasz redaktor Łukasz obserwował nieco z boku, ze znacznie mniejszą doza emocji niż zawodnicy. A było co oglądać. Na Zamek Czocha dotarłem dzień wcześniej by spotkać uczestników Wielkiego Wyścigu i wziąć udział w odprawie. Szczęśliwie znalazłem zarówno zamek, Bo i Krasusa oraz Roberta Gudowskiego, organizatora zawodów. Nie minęło kilka chwil, gdy po wspólnej pamiątkowej fotce udaliśmy się na odprawę – najpierw zawodnicy, potem zaś support.

Na odprawie pojawił się pierwszy plus i jednocześnie minus organizacyjny. Ponieważ zawody odbywały się w trzecim dniu  tradycyjnego polskiego “długiego weekendu” wielu zawodników było na miejscu wcześniej, sprawdziło trasy i zgłosiło uwagi organizatorowi. Organizator te uwagi uwzględnił, kierując się przede wszystkim bezpieczeństwem startujących. Minusem był fakt, że o zmianach zawodnicy dowiedzieli się dopiero podczas odprawy. Trasa została więc dokładnie omówiona, łącznie z prezentacją zdjęć każdego rozjazdu i omówieniem oznaczeń. Na przyszłość zapewne przydałyby się mapki w pakietach – znacznie łatwiej się wtedy odnieść do omawianej trasy i prezentowanych zmian. Poza tym jednak wychodząc z odprawy wiedziałem, że zawodników czeka nie lada przygoda i zazdrościłem, że sam nie startuję.

karkonoszman_grupowe

Następnego dnia pobudka wczesnym rankiem bo zawodnicy startują już o 7. Już od 6 zaczęła zapełniać się strefa zmian. Niby tylko 72 zawodników, ale po dodaniu supportu dziedziniec Zamku Czocha, gdzie znajdowało się T1 zaroił się od ludzi. Po zakończeniu przygotowań większość przeniosła się nad jezioro, by szykować się do startu. Obserwując zawodników nie było widać szczególnej nerwówki. No może poza małymi wyjątkami, ale większość wyglądała na gotowych zmierzyć się z nieznanym.

Kilka minut po godzinie 7 wystartowali. Z brzegu nie wyglądało to na wielką pralkę, ale doszły mnie słuchy, że i tak można było oberwać. Nie zważywszy na te drobne niedogodności, triathloniści weszli w ciasny zakręt i zniknęli kibicom i fotografom z oczu. Oszacowaliśmy, że najlepszych spodziewamy się zobaczyć na zakręcie za niewiele ponad 20 minut. Niestety czas minął, a zawodników ani widu ani słychu. Na brzegu rozgorzała dyskusja, czy to może przez wiatr, czy może trudno nawigować, bo wszędzie takie same drzewa i ostre słońce. Konsensusu nie było, na szczęście w okolicy 30 minut pojawił się pierwszy zawodnik. Mocno odstawał od reszty, której wciąż nie było widać. Podobnie było z drugim zawodnikiem, dopiero potem przypłynęła 4-osobowa grupka, wraz z faworytem zawodów Marcinem Koniecznym.

Przeniosłem się w miejsce wyjścia z wody, gdzie wraz z supportem Krasusa obserwowałem wychodzących. Dzięki nim doskonale wiedziałem, który zawodnik właśnie wyszedł na brzeg, a gdy już Krasus i Bo zniknęli na horyzoncie, informacje spływały na bieżąco od obsługi maty. Organizatorzy pomagali zawodnikom wychodzić z wody, ostrzegając jednocześnie przed ukrytymi pod wodą kamieniami. Ostatni zawodnik pojawił się na brzegu z czasem około 1:08.

Aparat do samochodu i jazda na Zakręt Śmierci, fotografować zawodników zmagających się z trasą rowerową. Na miejsce dotarłem bez problemu, na części trasy mijając walczących z podjazdami triathlonistów. Zawody odbywały się w otwartym ruchu drogowym, więc uczestnicy musieli w wielu miejscach szczególnie uważać. Jednym z takich miejsc jest wspomniany Zakręt Śmierci. Ponieważ to był zjazd, na twarzach zawodników nie było widać zmęczenia. Raczej zadowolenie i skupienie na trasie.

Po zrobieniu zdjęć chyba większości triathlonistów ruszyłem tym razem na podjazd do miejscowości Sosnówka. Trafiłem tam tylko dzięki oznakowaniom trasy dla rowerzystów, bo GPS strasznie się pogubił. Tym samym z perspektywy kibica oznaczenia te były bardzo dobre. Na podjeździe spotkałem i nakrzyczałem na Krasusa, żeby napierał, zrobiłem zdjęcia kolejnym zawodnikom, w tym roześmianej Bo i Irkowi, który ciężko pracował na tym długim podjeździe. Po chwili spojrzałem na zegarek i okazało się, ze jeśli chcę złapać czołówkę na Śnieżce to muszę się zbierać.

Dotarłem na parking w pobliżu T2, i udałem się w kierunku szlaku na Śnieżkę. Żeby nie było lekko wyszło, że nie zdążę złapać zwycięzcy i tak też niestety się stało. Na Śnieżkę dotarłem łapiąc ostatnich zawodników pierwszej dziesiątki. Pogoda jednak ich nie rozpieszczała. Na całej trasie trochę wiało, trochę padało, trochę słońce wyglądało, jednak na szczycie wiatr urywał głowę. Cały wierzchołek góry skrywał się w chmurze, a w chmurze jak to w chmurze deszcz. W tym deszczu przez kolejne godziny organizatorzy czekali na uczestników finiszujących na najwyższym szczycie Karkonoszy. Nie było fanfar, setki kibiców, zegara czy dmuchanej bramy. Była jednak niesamowite emocje tych, którzy dotarli do mety.

Po dwóch dniach na przemyślenia mogę śmiało stwierdzić, że Triathlon Karkonoski zapisze się dużymi literami w polskim triathlonie. Z pewnością pewne rzeczy można dopracować, jednak do pewnych to zawodnicy będą się musieli przyzwyczaić, bo triathlon w wersji extreme też ma swoje prawa. Okiem obserwatora wyszło świetnie, zaś niedociągnięcia nie przesłoniły tego, że to po prostu dobra impreza. Jak zbiorę ekipę to za rok również zawitam tam jako zawodnik.

Więcej zdjęć https://www.facebook.com/media/set/?set=a.301501603362040.1073741869.176877009157834&type=1
https://plus.google.com/u/2/photos/113363207877987184708/albums/6028181215469693249

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.