Michał Podsiadłowski i jego triathlon – historia (z)Kona

fot. Magda Warzybok

Wydobyć od niego kilka słów, to naprawdę wyzwanie. Ale kiedy już można przeczytać gotowe odpowiedzi, to warto było na to poczekać. Nawet kilka tygodni. Specjalnie dla naszych Czytelników, jeszcze w starym roku, spóźniony prezent gwiazdkowy, jeszcze przednoworoczny – wywiad z Michałem Podsiadłowskim. Człowiekiem, który w dość krótkim czasie 4 lat przebył drogę “od zera do Ironmena na Kona”.

 

Tri-fun: Kiedy triathlon zagościł w Twoim życiu?

Michał Podsiadłowski: Debiutowałem w 2011 roku w Borównie.

TF: Jak to się w ogóle zaczęło?

MP: Dobre pytanie, bo z jednej strony dość klasycznie, a jednocześnie odrobinę ekstremalnie. W okolicach maja 2011 stanąłem na wagę i rezultat przeszedł moje najśmielsze oczekiwania… 3 cyfry to bardzo motywujący sygnał, szczególnie przy wzroście 173cm. Stwierdziłem, że coś należy ze sobą zrobić. Zacząłem jeździć do pracy rowerem i trochę biegać. Nie było to pierwsze podejście do zrzucania wagi i wiedziałem, że potrzebuję czegoś co pozwoli mi utrzymać regularność. Dodatkowo koledzy w pracy dołożyli szyderczą cegiełkę wątpiąc w moją wytrwałość w kontekście odchudzania, więc postanowiłem postawić przed sobą cel. Cel na tyle odległy, by był odległy i motywujący ale jednocześnie osiągalny.

TF: Jakaś specjalna historia?

MP: Specjalna może nie, ale muszę tutaj podziękować tak zwanym kolegom celebrytom. Między innymi dzięki startowi Tomka Karolaka stwierdziłem, że jest to możliwe do zrobienia 🙂

TF: Jak wyglądał Twój pierwszy start?

MP: Dla całej rodziny to była wyprawa życia 🙂 Pojechałem do Borówna razem z żoną, córką, bratem i rodzicami. Wszyscy byli bardzo zaangażowani i bali się, czy nie zrobię sobie krzywdy.

Kilka dni przed wyścigiem przyszła pianka, na expo kupiłem strój startowy w sklepie rodziców Kacpra Adama, a sam Kacper pomagał mi zamontować „turbo-uchwyt” na żele do szosy. Gdy spotkałem ich ostatnio, wspominaliśmy to z uśmiechem.

Same zawody były typowym debiutem. Popełniłem chyba wszystkie możliwe błędy: w T1 zakładałem skarpety kompresyjne na mokre nogi – czas zmiany ponad 6 minut, na rowerze za mocno, a na biegu marsz – Swim-Hammer-Walk.

Choć na swoje usprawiedliwienie mogę powiedzieć, że tego dnia wielu szło – warunki były prawie jak na Hawajach. Mimo tych wszystkich błędów, ukończyłem w połowie stawki, co jak na debiut po 3 miesiącach pseudo-treningu było bardzo zadowalającym wynikiem. I nie ukrywajmy, zaostrzyło apetyt na więcej 🙂

fot. Trinergy

fot. Trinergy

TF: Skąd przyszła chęć na Hawaje Kona Island i jak wyglądało zdobycie slota?

MP: Chyba każdy, kto interesował się triathlonem, choć raz szukał informacji na ten temat na youtubie. Gdy po raz pierwszy zobaczyłem filmiki z serii Ironman Motivation wiedziałem, że chcę tam pojechać! Dodatkowo odezwała się chęć współzawodnictwa – nie interesowało mnie tylko “ukończenie triathlonu”, co wielu debiutantów stawia sobie za cel, ja chciałem się ścigać.

A jak wyglądało zdobycie slota…? To było właśnie to ściganie – po średnio udanym pływaniu i rowerze z czasem poniżej oczekiwań, mimo “bardzo dobrych watów”, sytuacja nie była optymistyczna. Wybiegając z T2 sprawdziłem czas i stwierdziłem, że trzeba biec va bank. Nie interesował mnie dobry wyniki, ważny był slot, więc ryzyko, że padnę gdzieś po drodze i nie ukończę lub skończę po 10 czy 11h nie miało znaczenia.

Ryzyko się opłaciło, nie padłem 🙂 i mimo przygód z garminem (wyłączajcie podświetlenie na ironmana!) udało się pobiec 3.07.07 – zdecydowanie powyżej oczekiwań. Były to chyba pierwsze zawody, gdzie na mecie czułem, że wyjechałem się do końca.

TF: Ile razy startowałeś do tej pory w zawodach?

MP: Trochę tego było, Enduhub (http://enduhub.com/pl/drummer/) podaje 37 startów, licząc też starty biegowe i sztafety triathlonowe. Raz nie ukończyłem, bo urwałem łańcuch 🙂

TF: W ilu połówkach i całych triathlonach brałeś udział?

MP: 4 ćwiartki, 12 połówek i 3 całe.

TF: Który start był najciekawszy, najlepszy?

MP: Ciężko powiedzieć – każdy ma w sobie coś ciekawego, raz jest szybko i jest euforia, drugim razem jakieś błędy powodują, że trzeba walczyć.

Najlepiej jak na razie to chyba poszło mi w Barcelonie, gdzie na połówce wygrałem kategorię wiekową i byłem 4-tym AG na mecie. Do tego pojechałem 6 czas zawodów na rowerze – 2min 11s gorzej od Janka F. i 3’z hakiem od Frederika Van Lierde. Udało mi się jednocześnie bardzo przyzwoicie pobiec po tym półmaraton – 1h26’30”.

Start w Klagenfurcie też był bardzo udany – w końcu udało się zakwalifikować na Kona i uzyskać całkiem przyzwoity wynik (9.04.34) walcząc do samego końca.

Często mniej doświadczonym zawodnikom ciężko jest “zagiąć się”, wyjść ze strefy komfortu i walczyć mimo bólu i zmęczenia. Ja też miałem ten problem, jednak w Klagenfurcie na mecie po raz pierwszy mając kłopot z wzięciem oddechu czułem, że mocniej się nie dało –  świadomość tego, że zapanowałem nad ciałem i głową zrobiłem to, czego nie do końca chciały mięśnie, dała mi bardzo dużo satysfakcji.

TF: Jak było w tym roku 2015, kiedy mogłeś spotkać aż tylu Polaków na Hawajach?

MP: Nie mam porównania do innych lat, ale ten rok był zdecydowanie udany dla Polaków.  Parada narodów to niesamowite doświadczenie, a fakt że było nas tylu i wszyscy mieliśmy oficjalne stroje reprezentacji Polski, stworzyło podniosłą, chwilami wręcz euforyczną atmosferę. Czuliśmy się dumni, że możemy reprezentować kraj i wzruszeni możliwością uczestniczenia w tak prestiżowych zawodach.

TF: Jak wyglądały przygotowania do wyjazdu, kiedy zdobyłeś slot na Kona?

MP: Zacząłem od urlopu, żeby wypocząć po Klagenfurcie – tydzień nad morzem + 1 tydzień bez treningów. Po powrocie z urlopu od razu wnioski o paszport i wizy, żeby wyrobić się ze wszystkim oraz poszukiwanie biletów i lokum na Hawajach. W między czasie treningi, dużo treningów. Ze względu na pływanie bez pianek, zwiększyliśmy ilość pływania do około 12km tygodniowo. Ponadto dużo długich treningów, często z zakładkami.

Po drodze była jeszcze jedna ważna impreza do zaliczenia – mistrzostwa świata w ½ IM w Zell am See. Niestety, krótki odstęp pomiędzy tymi zawodami a Hawajami spowodowały, że w Zell nie dało się wszystkiego zrobić na 100%. Zawody tej rangi wymagałyby konkretnych treningów, tymczasem ja ostrzyłem zęby na Hawaje i wystartowałem bez odpuszczania w treningu. Źle nie było, ale rewelacją bym tego nie nazwał. Cennym doświadczeniem wyniesionym z tego startu, szczególnie w kontekście Hawajów, było ściganie się w pełnym słońcu przy temperaturze oscylującej w okolicach 35 stopni.

Oprócz tego zaliczyłem jeszcze dwa starty w sztafetach triatlonowych jako zawodnik drużyny Beko Pro. Zaproszenie do startu było dla mnie bardzo nobilitujące – rok wcześniej na moim miejscu występował Łukasz Bodnar, dwukrotny mistrz w Polski w jeździe indywidualnej na czas.

TF: Jak przebiegały zawody na Kona Island?

MP: Hawaje to z jednej strony zawody, jak każde inne, a z drugiej wszystko jest trochę inaczej.

Pierwszym problemem jest fakt, że mało zawodników mieszka w samej Kona. My mieszkaliśmy około 60km od startu, co przekładało się na około godzinną podróż – w Stanach wszyscy jeżdżą zgodnie z przepisami, a dodatkowo tego dnia chyba też wszyscy o 4 rano akurat w tym samym kierunku. Trzeba było zatem odpowiednio wcześnie wstać, by wyszykować się i dotrzeć na czas.

Wyjątkowy jest poranek przed startem – jest to swoista ceremonia. Normalnie przychodzimy do strefy zmiany, zalewamy bidony, sprawdzamy rower  i idziemy się rozgrzewać. Tutaj pierwszym elementem jest tak zwany body marking – naklejanie numerów startowych. Zaangażowanych jest wielu wolontariuszy, wszystko przebiega niezwykle sprawnie co nie zmienia faktu, że oczywiście każdemu się spieszy 😉 Kolejny element, to obowiązkowe ważenie, bardzo ważne ze względu na ryzyko hipernatremii.

Dopiero po przejściu tych punktów wchodzimy do strefy zmiany i mamy dostęp do roweru. Organizatorzy zapewniają  (dosłownie!!!) dwie palety pompek dla uczestników – widok tego dzień przed, bardzo nas rozbawił.

Zaskoczeniem może być natomiast, iż dostęp do worków jest ograniczony – każdy kto chce coś dorzucić, musi poczekać na wolontariusza, który będzie go pilnował.

Gdy już wszystko jest dopięte na ostatni guzik, a toi toi odwiedzony, trzeba było się nasmarować kremem przeciwsłonecznym. Nie wiem, czy zawsze tak jest, ale w tym roku zapewniał go organizator – oczywiście tu też swoje trzeba było odstać 🙂

 

Pływanie bez pianek w falującym oceanie to dla polskiego amatora koszmar i kosmos w jednym.

W moim przypadku okazało się, że strach ma wielkie oczy i udało się całkiem nieźle popłynąć, choć nie bez znaczenia mógł być fakt, że idąc za radami Andrzeja Kozłowskiego, ustawiłem się po zewnętrznej. Dzięki temu uniknąłem tzw. pralki, a i okoliczność, że płynie ze mną 1500 innych zawodników, straciła na znaczeniu – skupiłem się na utrzymaniu tempa i nawigacji, co zdecydowanie się opłaciło.

Wolontariusze w strefie zmiany to też coś nowego – pomagali odnaleźć, a wręcz podawali worki z wieszaków, pomagali w przebraniu się, a na koniec nawet pakowali worek i odwieszali go. Nie brakowało też takich, którzy w rękawiczkach, obficie i niezwykle sprawnie smarowali chętnych kremem przeciwsłonecznym – było to niezmiernie ważne, bo słońce tego dnia nie wybaczało…

fot. Magda Warzybok

fot. Magda Warzybok

Trasa rowerowa to wycieczka autostradą przez pola lawy, wzdłuż wybrzeża do miasta Hawi i z powrotem. Rower jest moją najmocniejszą stroną, więc jestem nieobiektywny – mnie się bardzo podobało! Charakterystyczny dla tej trasy jest brak płaskich odcinków – jedziemy albo w górę, albo w dół. Nie są to wielkie góry, ale nieustanne falowanie, może niektórych zmęczyć. Co do moich odczuć, byłem rozczarowany słynnym podjazdem pod Hawi – przy górkach, które widziałem w Barcelonie, Klagenfurcie i Zell am See, Hawi to pagórek.

Powszechnie wiadomo, że Ironman to zawody w jedzeniu i piciu – kto nie je i nie pije odpowiednio dużo i często, ten kończy marszem albo w ogóle nie kończy. W dniu zawodów powiedzonko to okazało się wyjątkowo prawdziwe – zawodnicy, dla których nie był to hawajski debiut opowiadali, że “trafił nam się” jeden z najcieplejszych dni w historii zawodów – żadnej chmurki, tylko żar lejący się z nieba i asfalt jak patelnia.

Szybko dało się to odczuć na rowerze – na każdej stacji łapałem wodę, by się oblewać, izotonik serwowany na punktach (w oryginalnych butelkach – nie rozrabiany z koncentratu) stał się za słodki i musiałem go podrabiać wodą, żele w bidonie (zamiast przyklejać saszetki do ramy, wlewam wszystko do bidonu i z niego piję) na gorąco jadłem tylko z rozsądku, przymuszając się do tego.

Ale mimo tego jechałem i wyprzedzałem non stop. Jechałem na czas poniżej 4h40’ gdy na 177km na podjeździe podczas wyprzedzania małej grupki, doszło do przetasowania. Jeden z zawodników wyjechał tuż przed moje koło, ja zwolniłem, by na niego nie wpaść i niestety zostało to odebrane przez sędziego, który zjawił się znikąd, jako drafting – dostałem 5 minut kary do odstania w penalty boxie 500m przed T2 – bardzo niemiłe uczucie.

Gdy dojechałem do namiotu, miałem w głowie czarne myśli, widziałem te tłumy, które wyprzedzałem, jak teraz one wyprzedzają mnie!!! I tak stałem i czekałem na te tłumy, ale ku zaskoczeniu nikt nie nadjeżdżał… Przemknęło kilku pojedynczych zawodników, kilku dołączyło do towarzystwa, ale tłumy pozostały w mojej głowie. Podbudowany uznałem, że to nie koniec wyścigu, że trzeba walczyć do końca i wbrew pozorom ta chwila odpoczynku może być zbawienna dla maratonu.

Mimo przymusowej przerwy, udało mi się wykręcić 48 czas roweru (łącznie z karą). Gdyby nie ona, pierwsza 30 byłaby moja. Gdy po wyścigu rozmawiałem z Lukasem Kramerem okazało się, że i on, nie do końca rozumiejąc za co, dostał karę – mieliśmy wrażenie, że sędziowie w czubie wyścigu byli wyjątkowo surowi.

Gdy wypoczęty 😉 wreszcie ruszyłem do T2, dotarłem tam dosłownie w kilkanaście sekund, wolontariusz odebrał ode mnie rower, biegnąc słyszałem, jak wykrzykują mój numer, by ktoś przygotował worek. Ściskając w garści worek, wpadłem do namiotu i metodą podpatrzoną na youtubie jednym ruchem wywaliłem wszystko na ziemię.  Wolontariusz pomagał, podając skarpetki i buty, założył mi czapkę na głowę, zabrał kask i zapakował worek za mnie i najpewniej zabrał go do odwieszenia, ale nie było mnie tam na tyle długo, by się upewnić. Zaliczywszy bardzo krótki stop na smarowanie kremem u kolejnego wolontariusza, pobiegłem – 2’53”. Wydaje się długo, ale jest tam trochę biegania i jak patrzy się na wyniki okazuje się, że doświadczenie robi swoje.

fot. Magda Warzybok

fot. Magda Warzybok

Początek biegu, to podbieg pod Palani Road – tutaj tłum kibiców daje wielkiego motywacyjnego kopa. Przez kolejne 17 kilometrów, które w większości pokonuje się po słynnej Ali’i Drive również dopingu nie brakuje. Ostatnim tłocznym i głośnym miejscem jest hot corner – róg Palani Road i Kuakini Hwy który jest tak nazwane, bo przebiega się przez niego trzy razy. Doping lekko ucieka po wbiegnięciu na Queen K – tam jest się trochę samemu, nie licząc punktów ustawionych co milę i dużej, hałaśliwej grupy kibiców z Hannes Hawaii Tours robiącej coś na kształt imprezy.

Bieg jest zdecydowanie inny niż na imprezach europejskich. W Kopenhadze trasa płaska jak naleśnik i wszędzie tłum kibiców, w Klagenfurcie mimo lokalizacji w sercu Alp najdłuższy podbieg nie ma nawet 10 metrów długości, a pierwsza runda przez stare miasto to gwarancja gorącego aplauzu od gości kafejek, szczególnie jeśli się jest w czubie wyścigu.

Na Hawajach mamy za to pola lawy po bokach, asfalt gorący, tak że czuć to przez buty i non stop albo pod górkę albo z górki. Według mojego garmina 300m w górę i w dół i to się czuję, szczególnie w ponad 40 stopniowym upale.

Punkty na biegu były rozstawione co milę i to one właściwie nadawały tempo na biegu, a pomiędzy ogień! Na punktach wolno, wręcz marszem, żeby zebrać wszystko, czego potrzebuję – lód pod strój, nawet 3-4 kubeczki, cola, żel co 3-4 punkt, zimna woda na ciało – cały rytuał powtarzany na każdym punkcie. Ale jak się okazało, była to dobra strategia.

Dość trudnym momentem na trasie jest Energy Lab – miejsce w okolicach 30km, gdzie ze względu na ukształtowanie terenu, jest mało wiatru, przez co wrażenie temperatury jest spotęgowane – odcinek dodatkowo kończy się podbiegiem. Podobno potrafi dać w kość. Osobiście tak tego nie odebrałem, natomiast uciążliwy był zdecydowanie gorszy standard punktów odżywczych – były krótsze i nie tak dobrze zaopatrzone, jak na pozostałej części trasy.

Po wybiegnięciu z Energy Lab czułem, że to już podróż do domu – wizja tylko 11 km do mety dodaje skrzydeł, dodatkowo robi się ciut chłodniej ze względu na porę dnia. Pamiętajcie jednak – ciut nie znaczy chłodno 🙂 na Hawajach nie uświadczyliśmy takiej pory dnia czy nocy, jak chłodna pora.

Zbieg Palani i hot corner to już radość i jednocześnie początek finishu, każdy zbiera się w sobie i mimo że chwilę wcześniej cierpiał, zaczyna biec szybciej.

Skręt w Ali’i Drive i ostatnie 500 metrów to tłum kibiców i emocje – niektórzy płaczą jak Olga, niektórzy skaczą z radości, ja czułem ulgę, że się udało i że to już koniec. Nie było lekko, ale chyba nie po to tam pojechałem, troszkę też zabrakło do tego, co chciałem osiągnąć, wiec jest plan, żeby wrócić.

TF: O czym myślisz, kiedy pokonujesz tak długie dystanse?

MP: Ciężko powiedzieć, na wyścigu skupiam się głownie na oszukiwaniu siebie – o tam jest 5km, a potem będzie skręt, to będzie już tylko kawałek do punktu, a z punktu to już tylko ileś tam do połowy. Na rowerze to radość z wyprzedzania i kontrola tempa.  Nie mam jakiś konkretnych myśli – często wpadam po prostu w tzw Nothing Box (https://www.youtube.com/watch?v=gjnLLw5BTmc https://www.youtube.com/watch?v=aZBhyPiyeOs ) szczególnie na treningach.

TF: Jak wyglądają Twoje treningi, szczególnie kiedy przygotowujesz się do startu A?

MP: Przed startem treningi robią się dłuższe i intensywniejsze. Jest dużo interwałów o wysokiej intensywności np.  na rowerze 3×40’ w strefie TEMPO (90-95% FTP) z przerwą 20’, dodatkowo część na niskiej kadencji (65rpm) – nie jest to przyjemny trening. Z biegowych treningów utkwiły mi w pamięci 3x4km albo 5x2km na dużej prędkości.

Staram się wykonywać je sumiennie – choć nie zawsze się udaje zrobić wszystkie, ze względu na brak czasu i czasem też zmęczenie. To co jest też ważne, to pilnowanie zadanych intensywności – często jest to trudne, niekomfortowe lub nawet bolesne, ale podobno kluczem do sukcesu jest wyjście ze strefy komfortu.

Oczywiście jest jeszcze ta druga strona medalu – jeśli trener pisze bieg 50’ easy to znaczy, że mam w okolicach 4.50-4.45/km, a nie 4.25/km, bo noga fajnie podaje. Mści się to potem, bo zmęczenie się kumuluje i nie ma siły na wykonanie akcentów.

TF: Jak obecnie wygląda Twoja dieta?

MP: Dieta to zawsze jest problem. Pracuję normalnie na etacie 8h dziennie, więc jeśli chcę jeść zdrowo, to muszę zabrać wszystko ze sobą do pracy. Na gotowanie w domu przy 17-20h treningu często po prostu brakuje czasu. Przez rok gotowała mi żona, ale ona też ma pracę, córkę i dom na głowie. W tym roku postawiłem na dietę pudełkową z pomelo.com.pl i bardzo mi ona pomogła. Przed startem w Barcelonie zszedłem do 69kg, co było  rekordem – nie ważyłem tyle chyba od podstawówki.

TF: Jak wcześniej wyglądało Twoje życie (wiem, że walczyłeś z większą ilością kilogramów, niż masz teraz)?

MP: Jako programista dużo czasu spędzam przed komputerem – 8h to minimum, ale często i gęsto więcej. Do tego praca w korporacjach, to też lanczyki w różnego rodzaju stołówkach czy pizzeriach, raczej nie z gatunku dietetycznych. Po powrocie do domu zasiadałem przeważnie przed TV – w końcu zmęczony po pracy musiałem odpocząć. Na efekty nie trzeba było długo czekać.

TF: A Twoja dieta przed startem i w dniu startu?

MP: Przed startem to w zasadzie bez jakiś cudów – pizza lub/i makaron + izotonik. Rano w dniu startu to tosty z dżemem i kawa. Przed samym startem staram się wrzucić jeszcze batona energetycznego, ale ciężko wchodzą przez stres.

TF: Jakie masz plany na kolejny sezon?

MP: Kolejny sezon będzie raczej spokojny. Chciałbym odwiedzić Sieraków z sentymentu i Brodnicę, bo wygrałem start w serii Volvo. Dostałem zaproszenie do Bydgoszczy na ¼, ale to mimo szczerych chęci stoi pod znakiem zapytania – mam nadzieję, że się uda. Potem trochę luzu i we wrześniu chciałbym sprawdzić, czy angielskie ale w Weymouth smakuje tak dobrze, jak w Canterbury, gdzie kiedyś pracowałem.

fot .Magda Warzybok

fot .Magda Warzybok

TF: Twoje marzenie?

MP: Jedno spełniłem – zakwalifikowałem się i ukończyłem Ironmana na Hawajach.

Ale nie stałem jeszcze na podium w IM, fajnie byłoby zrobić to na Hawajach. Nie ma mnie też w klubie sub-9 do którego bardzo chciałbym dołączyć. Hawaje, Kona, podobno są zacnym miejscem na taki wyczyn. Zobaczymy czy starczy mi na to siły i motywacji, a żonie cierpliwości.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *