Ooops I did it again! Ironman Frankfurt

IMG_3120

Rok temu jeszcze przed startem w moim pierwszym Ironmanie, zapisałam się już na kolejny rok do Frankfurtu. Start w tym miejscu wybrałam ze względu na termin (początek wakacji) i ze względu na atmosferę zachwalaną przez osoby, które startowały tam wcześniej. Pół roku ciężkich treningów, wyrzeczeń, planów, zmieniania planów, wyznaczania celów głównych i zastępczych, odpuszczania,diety i walki z lodówką, wstawania o 5 rano, smrodu przepoconych rzeczy w samochodzie i wsparcia najbliższych, w końcu nadszedł czas zbierania plonów.


Każdy start wywołuje u mnie stres, ale przed Frankfurtem stresowałam się wyjątkowo mocno. W ostatnim miesiącu przygotowań, balansowałam na granicy przetrenowania i z jednej strony chciałam jeszcze coś mocniej przycisnąć, ale zawroty głowy i dziwne samopoczucie sprawiały, że odpuszczałam treningi i wracałam do domu.

Dodatkowy stres wywoływały u mnie prognozy pogody. Na początku podano że 5 lipca temperatura będzie wynosić ok. 30 st., ale niestety z każdym dniem bliżej startu temperatura rosła, aż stanęła na 38 st w cieniu w dniu zawodów.

Już na tydzień przed startem zmieniłam myślenie i już wiedziałam, że o życiówkę nie powalczę. Potem bardzo dokładnie zapoznałam się z umiejscowieniem punktów odżywczych na trasie rowerowo-biegowej i zaplanowałam picie i jedzenie, tak aby się nie odwodnić i nie opaść z sił.

Kiedy już myślałam, że ogarnęłam nieuniknione, dotarła do nas wiadomość, że ze względu na wysoką temp wody (26,5st), zakazane jest pływanie w piance. Złym pływakiem nie jestem, ale zdecydowanie lepiej wychodzi mi pływanie w piance. Dlatego znów musiałam poprzestawiać sobie czasy w głowie i zaakceptować nową sytuację.

Do Frankfurtu przyjechałam w piątek wieczorem, natomiast w sobotę przyjechała moja przyjaciółka i jednocześnie niezastąpiony suport.

Odebrałam pakiet startowy, okleiłam rower, spakowałam wszystko co do T1 i do T2 w odpowiednie worki dostarczone przez organizatora i ruszyłyśmy zawieźć rower nad jezioro. Organizator zapewnił transport zawodników i rowerów, dlatego już po godzinie byłyśmy nad Strandbad Langener Waldsee i oddawałam rower do strefy zmian. Wieczorem tylko przygotowanie bidonów, jeszcze raz powtórka co, jak i kiedy zrobić w strefach i spać.

IMG_2505
3:30 pobudka. Standardowe śniadanie, czyli połowa bułki z dżemem, a druga połowa z masłem orzechowym. Tym razem bez kawy i o 4:30 wychodzimy na autobus, który wiezie nas na start. W strefie szybkie pompowanie kół, uzupełnianie bidonów, ostateczne sprawdzenie roweru i już można się udać na plaże by powoli szykować się do startu. Na plaży przebywa ok. 2700 zawodników i prawie wszyscy w jednakowych błękitnych czepkach. Widok niesamowity.

IMG_2617

Punkt 7:00 wystrzał z armaty rozpoczyna najpiękniejszy, a zarazem najcięższy dzień w moim życiu.

Biorąc pod uwagę, że ustawiłam się w górnej części plaży, zanim weszłam do wody, minęło dobrych 4-5 min. Przez pierwsze 300m mała pralka, ale dość szybko cały tłum gdzieś się rozpłynął i płynęło mi się w miarę swobodnie. Oczywiście nie uniknęłam paru kopnięć i dwóch zdecydowanie mocnych uderzeń w głowę, ale poza tym nie mogę narzekać.

Na pierwszej i drugiej bojce zrobił się niezły zator i kolejne minuty uciekły. Dopiero po pierwszym kilometrze rozluźniło się na tyle, że mogłam już płynąć spokojnie swoje. Czułam że płynie mi się w miarę dobrze, ale po wyjściu z wody, gdy spojrzałam na zegarek, byłam bardzo rozczarowana. 1h32min. Zdecydowanie stać mnie na więcej.

Byłam zła, ale nie ma co płakać, szybka zmiana w T1, zakładanie kompresów, rękawków i po rower. Wskakuje na siodło i w trasę. Cholera, coś jest nie tak. Cisnę korbę, uda płoną, jadę max. 22km/h, a inni wyprzedzają mnie ja TGV. Zatrzymuje rower i sprawdzam, czy nie złapałam przypadkiem gumy. Nie, opony twarde jak kamień. Jadę dalej i cały czas taka niemoc. Kurcze, no tak to ja daleko nie pojadę, a już na pewno nie 180km. Coś musi być nie tak. Zatrzymuję rower jeszcze raz i tym razem sprawdzam hamulce. No oczywiście. Tylne ramiona mi się trochę skrzywiły i jeden klocek niemiłosiernie tarł o rawkę. Szybko je wyprostowałam i wskoczyłam na rower i od razu inna bajka.

IMG_2815

Garmin zaczyna pokazywać 30km/h i ogień w nogach też gaśnie. No, ale niestety pierwsze 10km straciłam. Powoli zaczynam nadrabiać. Średnia prędkość ładnie rośnie, a mi jedzie się coraz swobodniej. Mijam Frankfurt i wyjeżdżam na pierwszą z dwóch pętli. Jedzie się bardzo fajnie, układam się na lemondce i pruję do przodu.

Plan jest taki, że na każdym punkcie biorę coś do picia – wodę albo izo. Jem dokładnie co 45min. Wiem, że muszę bardzo uważać na to, żeby dobrze się nawadniać, aby rozpoczynając bieganie być dobrze nawodniona. Dzięki radzie MKONa, mój izo mam dodatkowo delikatnie posolone, plus zabrałam ze sobą tabletki ALE HydroSalt.

Trasa bardzo urozmaicona, cały czas delikatnie góra – dół, czasami mocniej do góry, ale i ładnie w dół. Na jednym zjeździe moja strzała rozpędza się do 71km/h, a ja mam przerażenie w oczach. Niesamowicie urokliwe są mijane po drodze małe miasteczka, które całe żyją tymi zawodami. Przed domy albo restauracje wynoszone są stoły, przykryte białymi obrusami, rozpalane są grille i jest jedna wielka biesiada. A obok co chwile przejeżdżają zawodnicy, którzy są dopingowani z całych sił. Naprawdę niesamowite.

Na trasie rowerowej najbardziej bałam się tych czterech największych podjazdów, do których nie czułam się przygotowana. Niestety nasze płaskie Mazowsze nie sprzyja odpowiednim treningom.

Jadę, jadę, jest ok 80km – ok było parę podjazdów, ale gdzie są te wielkie góry, których tak się bałam. Okazało się, że to czego tak się bałam, okazało się wcale niegroźnymi górkami, które pokonałam prawie z rozpędu. Jedynie ostatni najdłuższy podjazd dał mi się we znaki, ale atmosfera i kibice prawie wciągnęli mnie na szczyt tego wzniesienia.

Pierwsze okrążenie kończę ze średnia prędkością 28km/h, z czego jestem bardzo zadowolona. Ale niestety na drugim kółku gubię bidon z izo i na odcinku 30km zostaje tylko z 200ml wody. Jest to zdecydowanie za mało i czuję, że zaczynam się odwadniać. Widać to po prędkości jazdy i po słabnących nogach. Średnia zaczyna spadać, a ja nie mogę odzyskać mocy. Do T2 zjeżdżam mając na liczniku średnią 27km/h. Niby wiedziałam, że ten dzień nie jest na bicie życiówek, ale gdzieś z tyłu głowy miałam taka małą nadzieję. Schodząc z roweru nie czułam się najlepiej, nogi totalnie nie moje. Nawet pomyślałam, że nie wiem, jak pokonam ten maraton.

Szybkie spojrzenie na zegarek, przeliczenie czasu i krzyczę do Eweliny, że na maraton mam 6:40 i nawet na czworakach, ale przejdę ten dystans.

Pierwsze kilometry na biegu to masakra. Biegnę 100m i muszę przejść na marszu, bo nogi nie te. Idę do pierwszego punktu odżywczego, gdzie wylewam na siebie całe wiadro wody, piję cole, wysypuje na język saszetkę z solą, i jeszcze więcej piję. Dodatkowo za strój wrzucam całą garść kostek lodu, które idealnie zaczynają chłodzić.

Zaczynam biec i już jest lepiej. Biegnę coraz dłuższe odcinki, zaczynam łapać luz, ale nie odpuszczam żadnego punktu z wodą. A tych na pętli 10,5km było aż sześć. Wbiegając na drugą pętle zaczynam wierzyć, że uda mi się pokonać jeszcze trzy kółka. A zaczynając trzeci odcinek biegu czuję, że zupełnie odszedł kryzys i zaczynam biec swoje. Wtedy też pierwszy raz przeliczyłam, jaki czas może mi wyjść na mecie i wychodziło, że będę w okolicy 13h. No to nie jest tak źle. Fajnie byłoby też złamać to 13h, ale zaraz zganiłam się, bo to nie jest pogoda na walkę z zegarkiem.

A było niemiłosiernie gorąco. Podobno w cieniu było 38st. I nawet nie chcę myśleć, ile było w pełnym słońcu.

Nawet nie wiem, kiedy mój zegarek pokazał 40-ty km, cztery kolory frotek miałam założone na ramieniu i w końcu mogłam skręcić z pętli biegowej w prawo, w kierunku rynku i mety. Wbiegłam na ironmanowy dywan i ogłuszył mnie krzyk kibiców. Wszyscy krzyczeli, gratulowali, wyciągali ręce, aby przybijać piątki. Dla tej chwili warto było tak się męczyć. Mimo, że byłam jedną z 2700 uczestników tych zawodów, to czułam się jak gwiazda i że ci wszyscy ludzie są tu dla mnie. Dobiegając do mety w końcu usłyszałam “Joanna, YOU ARE AN IRONMAN”.

33

Oczy od razu mi się zaszkliły i z uniesionymi rękami przekroczyłam metę. Czas pokazał 13h 02min. Jak dla mnie – rewelacja. Zaraz za metą czekała na mnie Ewelina, która też bardzo się wzruszyła. A ja czułam się wyśmienicie. Jedynie co mnie bolało to stopy.

Tego dnia było wszystko, czego nie lubię w triathlonie. Pływanie bez pianki, start wspólny, problemy na rowerze, wiatr w twarz na podjazdach, kostka brukowa, gorący, palący wiatr, który w ogóle nie chłodził, zero wiatru na bieganiu i 38st. w cieniu.

Pomimo tego wszystkiego, to był piękny dzień. Tłumy kibiców, którzy zagrzewali do walki, idealnie zorganizowane punkty odżywcze i niesamowita atmosfera na mecie. Już nie mogę się doczekać kolejnych startów. Za rok.

20

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.