Pływająca dzidzia….

basen 1

Niemowlak na basenie, pływający bobas, aquadzieciak to tylko parę z chwytnych haseł reklamujących jakże popularne dziś zajęcia dla maluchów w wodzie, polecane dla rodziców już z nawet kilkutygodniowymi pociechami.

Jako aktywni z natury, czekając jeszcze na narodziny naszej córeczki zdecydowaliśmy się, że jeśli okoliczności na to pozwolą, nasza Hania szybko spróbuje uroków wodnych kąpieli basenowych.

Ogarnąwszy się nieco z szoku po pojawieniu się nowego małego lokatora stawiającego cały dom na głowie, w duchu zaszczepienia w córce miłości do sportu zapisaliśmy się z trzymiesięczną Hanią na pierwszą w jej życiu lekcję pływania. W ramach przygotowań nasz dzidziuś od przeszło dwóch miesięcy odbywał regularne kąpiele z mamą w dużej wannie, co wyraźnie bardzo pasowało obu stronom i zdawało się być doskonałym treningiem adaptacyjnym.

Kolejnym krokiem był zakup specjalnych nieprzemakalnych pieluszek, na szczęście łatwo dostępnych, co po raz kolejny utwierdziło nas w przekonaniu, że dzieciaki muszą lubić pływać. Nieco trudniej było z miniaturowym szlafroczkiem, ale i takie cudo udało się znaleźć dla naszej przyszłej pływaczki. I tak praktycznie i mentalnie przygotowani, pełni pozytywnych emocji i niezwykle podekscytowani pierwszą wizytą naszej córki na basenie w zimowy sobotni ranek ruszyliśmy na zajęcia dla „Małych Rybek”.

Mały komfortowy basenik z szatnią wyposażoną w przewijaki, uśmiechnięty Pan prowadzący, grono nagich przeuroczych bobasków nastawiały wyjątkowo pozytywnie. Za radą trenera, wierząc zarazem w męskie silne i bezpieczne ramię, zdecydowaliśmy że do wody z Hanią wejdzie tata. Ja pozostała na brzegu basenu miałam pełnić rolę się zarówno ogólnie rozumianego wsparcia, fotografa, kibica, a w praktyce byłam rozchwianym kłębkiem emocji.

I tak oto odważnie weszli do basenowej wody, ale jak się okazało nasza mała rybka wcale nie do końca poczuła się jakby wkraczała w swoje naturalne środowisko, wręcz przeciwnie – z każdym krokiem taty zamaczającym następny  kawałeczek jej ciepłego ciałka, Hania wydawała z siebie coraz to większy wrzask, a z małych oczek lały się coraz pokaźniejsze łezki. Nic nie pomagały nawoływania mamy, motywowanie przez pana instruktora, gumowe żabki, kaczuszki czy jeszcze inne stworki. OLYMPUS DIGITAL CAMERANaszemu dzidziusiowi wyraźnie było zimno,  o czym świadczył kolor jej skórki i marmurkowe plamki pełne gęsiej skórki. Chociaż Hanka wydawała się być najbardziej niezadowolonym minipływakiem, na szczęście dla mojego skołatanego serca nie była jedynym płaczącym bobaskiem, bo od czasu do czasu wtórował jej równie młody i wystraszony paromiesięczny Tadeusz. Jako, że po 15 minutach sytuacja niewiele się zmieniła, a i tata stawał się coraz bardziej zmęczony, zdecydowaliśmy się nie męczyć dłużej naszego sportowca.

Ileż radości i ulgi pojawiło się na buzi naszej dziewczynki, kiedy znalazła się w ciepłym ręczniku w ramionach mamy. A gdy już dostała butelkę z ciepłym mleczkiem, była się szczęśliwa jak nigdy dotąd. Chociaż nijak nie dało się ukryć, że nasza Hania nie okazała się być Michealem Phelpsem, my wciąż mieliśmy wielką nadzieję na to, że nawet po takim ciężkim początku istnieją jeszcze nikłe szanse na rozwój jej „pływackiej kariery”. Nie zraził nas również fakt, iż pan trener do rodziców większości dzieciaków powiedział znaczące słowa „Poradziłaś sobie”, a naszą pociechę obdarzył tylko czarującym uśmiechem.

Pełni niezłomnej wiary postanowiliśmy cały tydzień prowadzić nową formę adaptacji kąpieli wodnych w wannie, w wodzie nieco chłodniejszej niż dotychczas. Co więcej, oprócz gromadzenia optymistycznych myśli i pielęgnowania wiary w naszą Małą Syrenkę, postanowiliśmy zaakceptować fakt, iż Hania najprościej mówiąc ma prawo nie lubić wody i niekoniecznie chciałaby rozpoczynać kariery nurka, zwłaszcza w tak młodym wieku.

Tak uczuciowo skonsternowani ruszyliśmy na sobotni trening.  I tu nasza córka zaskoczyła nas po raz kolejny. Poza tym, że tym razem do wody weszła z mamą,  basen, woda, pan trener, inne dzieciaki wciąż pozostały takie same jak tydzień temu, a humor Hani był o sto osiemdziesiąt stopni inny. Mała już od pierwszych chwil poczuła się dosłownie i w pełnym tego słowa znaczeniu jak ryba w wodzie. Ileż radości dawało pływanie na brzuszku, kopanie na pleckach, latające samoloty, poszukiwanie nurkującej piłeczki, czy przyklejanie gumowych żabek do basenowych płytek basenowych.

I tak oto właśnie tej zimowej soboty rozpoczęła się obiecująca kariera naszej Małej Pływaczki….

OLYMPUS DIGITAL CAMERADziś Hania jest już całkiem sporym niemowlakiem, do wakacji regularnie chodziła na zajęcia dla „Małych Rybek” dające tak wiele nowych wrażeń, radości i przełamywania strachu zarówno dla niej i rodziców.

Co więcej, zaczęłyśmy chodzić na basen również same, gdzie nie tylko nasza córka ochoczo bryka w wodzie, ale chętnie korzysta z biczy wodnych, sztucznych nurtów czy jacuzzi, które zawsze okazuje się świetną ścianką wspinaczkową.

A co najważniejsze – po wizycie na pływalni Hania nigdy nie była chora, co stanowi obawę wielu rodziców, wręcz przeciwnie mam wrażenie nabiera odporności i dużo lepiej znosi zmiany temperatury. Pomimo ciężkiego początku, jak nauczyło nas nasze dziecko, nigdy nie warto od razu z czegoś rezygnować, ale dać sobie i naszej pociesze drugą szansę, która może okazać się początkiem naszej wspólnej wspaniałej sportowej przygody….

One Response to Pływająca dzidzia….

  1. bogdaner pisze:

    fajny tekst, pozdrowienia 🙂
    PS szlak przetarty, zatem czas na Leona …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *