Po TUT zostały już tylko wspomnienia i totalnie zajechane „czwórki”

TUT

A oto relacja z pierwszego Trójmiejskiego Ultra Trail napisana przez Przemka Zalewskiego. Zaopatrzcie się w kawę i przeżyjcie bieganie ultra.

Tydzień przed startem był bardzo trudny. Sporo się działo. Masa stresu i wszystko w pędzie od rana do nocy.

25.07 miał być dniem startu w TUT, a jednocześnie pierwszym dniem dłuższego urlopu. Do Gdańska dojechałem po południu w piątek (24.07), odebrałem pakiet. Potem na małe zakupy. Przygotowanie sprzętu, kolacja i spać. Niby proste. Wszystko poza tym ostatnim.

Już po 20:00 byłem gotowy do spania. 8 godzin było by idealnie. Wziąłem książkę i piwko na dobry sen, ale niestety skończyło się piwo i książka, a sen się nie zaczął. Położyłem się już na dobre o koło 21:00 i zacząłem „liczyć barany” i leżałem tak ponad 4 godziny! I z każdą godziną coraz bardziej robiłem się wściekły. Po prostu nie mogłem spać. Chyba cały ten tydzień stresów i teraz stres związany ze startem skumulowały się i dawały w kość, nie pozwalając zasnąć. W końcu się udało, ale było to jak pstrykniecie światłem. Niecałe 3 godziny. Trudno, to nic nowego. Wstałem ogarnąłem się. Bułka, miodzik, stoperan i do boju.

W TUT startował też Harry (Wojtek Zakrzewski). Super gość, którego mam przyjemność znać. Zrobiliśmy już parę kilometrów razem. Można na niego liczyć. Nie pozwalał mi się użalać nad sobą, za co jestem mu bardzo wdzięczny.

fot. Mariusz Adamczuk

fot. Mariusz Adamczuk

Mieliśmy ten komfort, że jechaliśmy dwoma samochodami i mogliśmy jeden zostawić na mecie, a drugim pojechać na start, co było o tyle dobrym rozwiązaniem, że po dobiegnięciu do mety nie musieliśmy się martwić, jak dotrzemy do domów.

Na starcie byłem dobre pół godziny przed strzałem startera. Były rozmowy, ostatnie czynności fizjologiczne itp. No i wzrost stresu. Mam niestety taką przypadłość, że spalam się na starcie zawodów, na których wyniku mi zależy. Tym razem nie było inaczej. Gotowałem się w środku. Do tego jakimś cudem okazało się, że mam cały mokry plecak. Najbardziej się bałem, że przecieka, ale chyba po prostu nie trafiłem do bukłaka napełniając go rano. Nic dziwnego po niecałych 3 godzinach snu z praktycznie zamkniętymi oczami.

No i start…

Pierwszy etap chciałem przebiec spokojnie, żeby nie przesadzić. Oczywiście tętno poszybowało pod niebo. Co prawda było trochę duszno, ale na pewno przy tempie w okolicy 4:50-5:00 nawet w tą pogodę nie powinno być w okolicy 165. Tam gdzie mogłem się hamowałem, ale nie chciałem spaść na jakąś daleką pozycję. Realnie oceniając bieg i patrząc na inne biegi zazwyczaj mieszczę się w 10% stawki. W TUT startowało 100 zawodników rachunek jest prosty i to był mój plan maksimum. Minimum 20 miejsce. Poniżej 20 porażka – nie patrzę w lustro przez miesiąc. Pod pewnym względem ten bieg był naprawdę wyjątkowy, bo udało mi się zrealizować maksimum, a jednocześnie ledwo minimum, ale o tym później.

Przed startem obawiałem się, że się zgubię na trasie, bo z mapy wynikało, że nie jest prosta. Okazało się, że trasa była oznaczona bardzo dobrze i trzeba by było być naprawdę gapą, żeby się zgubić (szkoda że nie było w tej kategorii pucharu, coś bym wygrał).

Po kilku kilometrach stawka się rozciągnęła i tempo się wyrównało. Co ciekawe, jakoś po 12-14 km zaczęło mi spadać tętno mimo, że biegłem szybciej niż na początku. Wpadłem w rytm i biegło mi się naprawdę świetnie. Przed sobą miałem zawodnika z bardzo charakterystyczną brodą (pozdrawiam!). Tak go sobie goniłem, ale nie przeganiałem, bo biegł idealnie pode mnie, a odchodziła mi konieczność nawigacji.

Dobiegliśmy do około 22 km i tam niestety przed punktem był mały kłopot z oznaczeniem trasy, ale na szczęście udało się szybko znaleźć drogę i dobiec do punktu.

Punkty były idealne. Wszystko na widoku, pod ręką, do wyboru do koloru. Sam zjadłem chyba z tonę pomarańczy. Wolontariusze byli bardzo pomocni. W ogóle organizacja była na wysokim poziomie.

Na punkt wbiegliśmy we czterech. Tu popełniłem błąd, bo z punktu wybiegłem pierwszy i sam. Od razu zacząłem mieć problemy z nawigacją ,ale nie jakieś poważne. Gdy podbiegałem pod jedną górę, spotkałem mocno dopingującego nas Kamila Leśniaka. Powiedział mi, że jestem 8. Pomyślałem, że to super pozycja. Tym bardziej, że czułem się świetnie i biegło mi się naprawdę dobrze. Wierzyłem, że dobiegnę na tej pozycji. To było bardzo realne. Potem doleciałem do węzła, gdzie trzeba było się przecisnąć pod dwoma wiaduktami. Za plecami nie widziałem nikogo. To dobra rzecz, bo jak nie widzisz nikogo przed sobą, to trudniej się zmobilizować żeby przycisnąć. Przed wiaduktem spytałem się wolontariusza, jak dalej. Powiedział mi „ZA ograniczeniem do 30 w prawo” jak się okazało, nie za, tylko PRZED. Może byłem zmęczony i źle go zrozumiałem, ale jestem prawie w 100% pewien, że powiedział ZA. Straciłem dobre 3-4 minuty. Gdy się zorientowałem, że źle biegnę i zawróciłem, zobaczyłem chłopaków, z którymi wbiegałem na punkt, jak skręcają w dobrą stronę. Dogoniłem ich, przyciskając trochę, bo nie chciałem stracić kontaktu wzrokowego.

Spadłem na 12 pozycję. To było pierwsze podcięcie skrzydeł. Potem znowu wróciłem do walki o pierwszą dziesiątkę. Gdy biegłem tak z jednym zawodnikiem na 10 pozycji, wpadliśmy w trudniejszy kawałek. Zbiegaliśmy po gałęziach i liściach i zagadaliśmy się, znowu polecieliśmy za daleko. Nawet nie wiem, ilu nas wtedy wyprzedziło. Wróciłem, ale już zaczynałem się denerwować. Potem gdzieś na 35 km skończyła mi się woda w bukłaku. Do punktu jeszcze według rozpiski 6 km, ale się okazało, że u mnie będzie to prawie 9.

fot. Mariusz Adamczuk

fot. Mariusz Adamczuk

Potem zaczął się dramat. Brak wody. Spadek o kilka pozycji i jakby tego było mało, znowu źle pobiegłem. Tym razem też nie sam. Nie zauważyłem, że ścieżka skręca w lewo do podejścia i zrobiłem naprawdę długi podbieg, zanim się zorientowałem, że źle biegnę. Gdy wróciłem na trasę, byłem załamany. Tak dobrze mi szło. Zero kryzysu fizycznego. Samopoczucie lepiej niż dobrze, a tu taka głupia wpadka.

Zrównując się z jednym z zawodników spytałem się, na której mniej więcej pozycji jesteśmy. Powiedział, że około 35-36. Tak jak wcześniejsze wpadki podcinały mi skrzydła, to było jak walnięcie siekierą. Odechciało mi się walczyć. Pierwsza myśl, to taka, żeby zejść z trasy na następnym punkcie. Jedyne co mnie powstrzymało to to, że chciałem przywieść medal dla synka, bo zawsze jest ze mnie taki dumny a dla niego nie ma znaczenia, czy jestem 5 czy 50-ty.

Postanowiłem odpuścić i po prostu ukończyć. Trochę biegłem, trochę szedłem, ale generalnie zero ścigania. Na drugim punkcie spokojnie zjadłem i się napiłem. Trochę pogadałem. Minęło mnie kilka osób, ale w ogóle mnie to już nie ruszało. Potem jeszcze raz poleciałem kawałek za daleko i dołożyłem kolejne kilkaset metrów. Wróciłem i tak sobie człapałem. Trzymałem się zawodników i gadałem. Zabijało to nudę. Bo jak się nie ścigasz i nie dajesz z siebie wszystkiego, to takie ultra potrafi być strasznie nudne, a do tego boli.

Biegnąc z jednym zawodnikiem gadaliśmy i rozważaliśmy, czym się różni maraton od ultra i wyszło na to, że to prawie to samo tylko, że ultra biegnie się dalej i boli dłużej. To taka dygresja żeby zobrazować jak dziwnie działa mózg po kilkudziesięciu kilometrach.

Na którymś zakręcie mijaliśmy wolontariusza. Mówił zawodnikom, na której jest się pozycji. Okazało się, że jestem na 23, co prawda minąłem po drodze jeszcze kilka osób od momentu zgubienia się, ale nie aż tylu. Niestety, kolega, który mówił, że jesteśmy w 4 dziesiątce, mijał się z prawdą. Z tego płynie największa lekcja dla mnie, jeśli chodzi o bieganie ultra. Trzeba słuchać siebie w pierwszej kolejności. Gdybym zamiast ufać wolontariuszowi, a potem zawodnikowi, leciał swoje to, wszystko potoczyłoby się inaczej. Generalnie chodzi o to żeby liczyć na siebie. Tak do końca nie wiem, czy ten wolontariusz wprowadził mnie w błąd. Po 30 km w tym terenie, ze średnim tempem w okolicy 5:00, mogłem być zmęczony i źle usłyszeć. Błąd polegał na tym, że zaufałem w coś, co usłyszałem i straciłem koncentrację. Tym bardziej, że jak pisałem na początku, żeby się zgubić tak jak ja, trzeba było naprawdę być gapą, bo trasa oznaczona była dobrze.

Gdy dowiedziałem się, że jestem 23, wrzuciłem znowu drugi bieg. Na garminie pojawiała się 4 przy tempie nawet na płaskich odcinkach, a z góry nawet trójka. Postanowiłem zawalczyć.

Szybko doleciałem do dwudziestego miejsca. Potem minąłem kolegę, z którym się zgubiłem i też go wyprzedziłem, a potem zaczęły się skurcze. Z góry biegło się dobrze. Podejścia tez były ok. Najgorzej było na płaskich odcinkach. Cały czas coś kręciło w łydkach. Postarałem się uciec poza zasięg wzroku osobom, które wyprzedziłem i kontrolowałem sytuację. Jak mnie nie zobaczą, to nie będą mnie gonić. Ponieważ mijałem ludzi, od jakiegoś czasu wiedziałem, że raczej nikt mnie nie dogon,i chyba, że naprawdę komuś by wyszedł „super total ultra negative split”.

TUT

Mniej więcej na tym etapie wskoczył mi na garmiine dystans, który powinienem przebiec. Jakieś 64km. Czas około 6:25:00. Byłoby nieźle, ale do mety, jak się okazało, jeszcze koło 5 km. W sumie to nie do końca widziałem, ile, bo nie wiedziałem, ile dołożyłem dokładnie.

Ostatni etap to sporo podejść i zbiegów. Stromych i krótkich. W sumie to mi pasowało, bo na płaskim łapały mnie skurcze i tak człapałem, za to z góry mogłem lecieć jeszcze całkiem przyzwoitym tempem. Niestety, trochę mnie poniosło i na jednym ze zbiegów, przeskakując naprawdę długim susem jakiś konar, złapał mnie potworny skurcz łydki. Próbowałem coś robić, ale niestety musiałem swoje odczekać. Z łydki zrobił się kamień i nie dało rady biec.

Gdy do mety zostało już naprawdę niewiele, na jednym z podejść, chyba najgorszym, zauważyłem, że ktoś mnie goni. Byłem pewien że jestem 20 i nie chciałem oddać tego miejsca. To był mój plan minimum. Końcówkę tego podejścia podbiegłem. Nie wiem skąd miałem jeszcze siły.

Na górze zrobiło mi się niedobrze. Po wbiegnięciu, ścieżka w miarę płaska, szła w lewo i prawo. Rozglądałem się, szukając taśmy wyznaczającej szlak. Zauważyłem ją tuż przed sobą. Trasa przecinała ścieżkę i prowadziła mocno w dół. Ktoś, kto układał trasę, wie, co boli pod koniec takich biegów. Oj jak, to bolało.

Poleciałem na maxa. Musiałem zniknąć za zakrętem, zanim gość wynurzy się na szczycie. Udało się. Potem jeszcze dogoniłem jedną panią, tuż przed samą metą. Udało mi się ją wyprzedzić i wbiegłem na metę tuż przed nią.

Na mecie. Radość, że to już koniec. Mimo spokojnego odcinka w środku biegu, końcówka dała mi w kość. Musiałem nadrobić sporo, żeby zrealizować chociaż plan minimum, ale udało się. Takie małe zwycięstwo na osłodę zmarnowanej szansy na naprawdę dobry wynik.

fot. fanpage TUT

fot. fanpage TUT

Na 63 km maiłem czas dokładnie 6:20:00, na metę wpadłem 7:06:00. 46 minut przez głupie błędy. Średnie tempo biegu na 68.8 km wyszło mi 6:12. Gdybym utrzymał to tempo na 64 km, dawałoby mi to tego dnia 8 pozycję. Szkoda, trudno i biega się dalej. Za rok też chętnie tam wystartuję.

Impreza naprawdę świetna. To co rzuciło się w oczy, to naprawdę szczere zaangażowanie orgów. Wolontariusze – przynajmniej takie miałem wrażenie – nie byli z łapanki i naprawdę starali się, jak mogli. Poza tym świetna trasa. Mimo że to nie góry, dała w kość. Pierwsza połowa bardzo szybka, a druga to już zupełnie inna bajka. Gdy trasa robi się coraz gorsz,a w miarę upływu czasu, zmęczenie potrafi się mocno skumulować.

Ogólnie jestem zadowolony. Choć niedosyt lekki jest. Cieszę się też z dobrej lekcji biegania ultra. Utwierdziłem się też w przekonaniu, że zbiegi są zdecydowanie moją mocną stroną. Praktycznie od początku do mety wszystkie leciałem naprawdę mocno i sprawiało mi to sporo radości, a teraz sprawia, że ludzie patrzą na mnie, jak na wariata, bo chodzę trochę jak pingwin, a schody są moim największym wrogiem.

Jeśli ktoś to przeczytał do końca, to dziękuję. Bieg ultra to i relacja ultra. Mogło by być dłużej, bo działo się jeszcze sporo więcej, ale to by było już mocne przegięcie.

Tekst: Przemysław Zalewski

One Response to Po TUT zostały już tylko wspomnienia i totalnie zajechane „czwórki”

  1. Jarek pisze:

    Biegacz z broda pozdrawia rowniez! 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *