Podróże kształcą, zwłaszcza te do Ślesina

GIT-slesin-0010

Sportowe założenia na ten rok były proste. Bo właściwie dwa. Pierwszy i najważniejszy, to poprawić w Gdyni czas o co najmniej pół godziny w stosunku do zeszłego roku na dystansie połowy Iron Mana. Drugi, to nabrać jak najwięcej doświadczenia, stąd mam zaplanowanych sporo startów w ćwiartkach. Tak, żeby nie przeciążyć za bardzo organizmu.

Zwłaszcza, jeśli co drugi start traktuję jako mocniejszy trening, a nie poważne ściganie. Po przetarciu w Sierakowie do Ślesina jechałem z nastawieniem na wyśrubowany czas. Oczekiwania, które miałem wobec siebie były spore, zwłaszcza, że organizator już w piątek poinformował, że warunki są świetne. Woda ciepła, bo aż 20 stopni. A po za tym każdy, z kim rozmawiałem mówił, że Ślesin to płaska i bardzo szybka trasa. Zarówno rowerowa, jak i biegowa.

I w teorii wszystko się zgadzało. Woda, jak na polskie warunki, faktycznie była ciepła, a wręcz gorąca. Ale nie dziwne, skoro w dniu startu skwar był taki, że każdy pospiesznie ręcznikiem przykrywał opony w rowerze, który wstawił do strefy zmian, bo w pewnym momencie z głośnym hukiem zaczęły strzelać dętki. nagle się okazało, że ręcznik może być niezbędny. Choć już nie raz myślałem, że niepotrzebnie go taszczę, skoro i tak nie ma czasu z niego korzystać.

Jedna z atrakcji triathlonu w Ślesinie, to nietypowa trasa pływacka. Zaczyna się w jednym jeziorze i przepływa do drugiego i tam wychodzi się z wody. Nie tak jak zazwyczaj, że wejście i wyjście jest niemal w tym samym miejscu. Dzięki tej atrakcji wyciągnąłem kolejną naukę z podróży do Ślesina, to wiedza na temat okularów pływackich. Szkła muszą być idealnie czyste, i nie mogą parować. Przy tej temperaturze nie było o to trudno. Dodając do tego, że moje okulary nie są już najmłodsze, efekt był
taki, że po pierwszym nawrocie nie bardzo widziałem gdzie mam płynąc dalej, bo na wodzie nie było wielkich boi, a tor pływacki wyznaczony był przez przęsła mostu, pod który mieliśmy wpłynąć. A że na całym moście stało dużo ludzi to wszystko mi się zlało w jedną plamę. Zdałem się na tłum, płynąłem z nim i między ludźmi. Podobna sytuacja powtórzyła się po ostatnim nawrocie, kiedy co prawda widziałem wielką dmuchaną  bramę, do której miałem przypłynąć, ale nie bardzo potrafiłem ocenić pod jakim
kątem. W efekcie popłynąłem szerokim lukiem, czułem nawet, że jakoś zbyt luźno się zrobiło. Według wskazań GPS nadrobiłem ok 50 metrów, co przy tym dystansie to sporo. Tak, to wiem na pewno. Przed następnym startem muszę mieć nowe okulary. W pełni przejrzyste. Taka sytuacja nie wybacza widoczności tylko w miarę dobrej, ona musi być idealna.

Strata czasowa na pływaniu była jednak do wybaczenia. Minuta w tą, czy w tą, nie gra roli, skoro czekać miała mnie szybka trasa rowerowa. No i czekała. Ale tu znów niespodzianka i kolejna lekcja. Na codzień, podczas treningów staram się wybierać długie i proste odcinki dróg. Kto z nas nie lubi się rozpędzić i czuć jak rower sunie po asfalcie. To zamiłowanie zemściło się w dwójnasób. Co z tego, że trasa była niemal płaska i bez podjazdów, skoro miała jakąś nieograniczoną liczbę mniejszych lub
większych dość ostrych zakrętów. nagle uświadomiłem sobie, że nie bardzo umiem wejść w nie z dużą prędkością, bo zarzuca mi tylne kolo. No i nie było wyjścia. Przed każdym zwalniałem, żeby później tracić sporo sił na to , żeby ponownie się rozpędzić. Niestety nie wystarczy mieć siłę w nogach, skoro na technicznej trasie nie wiadomo jak się składać. Kolejny punkt, który należy dopisać do listy z hasłem: “poprawić”. Przy okazji przypomniałem sobie starą zasadę, że trzeba czytać regulaminy.
I to bardzo dokładnie. Po pierwszej z dwóch pętli zorientowałem się, że nie ma punktów odżywczych. A to oznaczało jedno, mam ze sobą za mało płynów. I jadąc kolejne 22 km cały czas z niepokojem patrzyłem na swoje za małe bidony i termometr, który pokazywał 32-33 stopnie. Zamiast skupiać się na jeździe moje myśli odpływały w dywagacje, jak biec w takiej temperaturze, zwłaszcza, że zsiądę z roweru już z brakiem odpowiedniego nawodnienia.

Triathlon błędów nie wybacza. Podczas biegu wiedziałem, że średnie tempo będzie słabe. Już nic nie pomoże ani punkt odżywczy co kilometr z kawałkiem, ani liczne kurtyny z lodowatą wodą, które choć na chwilę przynosiły ulgę, ani kibice, w których przeistoczyli się ci, co licznie przyszli nad jezioro, żeby skorzystać z pięknego, słonecznego i upalnego dnia. Ale wreszcie udało mi się wcielić w życie zasadę, by pierwsze dwa kilometery pobiec spokojnie, a dopiero później starać się nabrać tempa.
Nie było to łatwe, ale samo to, że nie dałem się porwać adrenalinie i szaleństwu, sprawiło, że ukończenie tego triathlonu w ogóle było możliwe. Najważniejsze, że kolejny etap został wykonany, nauka wyciągnięta, podróż mam nadzieję zaowocuje. A skoro jej celem jest ukończenie w przyszłym roku Iron Mana, to to jest tylko droga, która w tamtą stronę prowadzi. Nie zamierzam z niej schodzić. A tego, co się podczas tej podróży nauczyłem, nikt mi już nie odbierze.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.