Połówka w Sierakowie

DSC_2295

Siedzę sobie na leżaku, słońce grzeje, bose stopy grzeją się na tartanie. W lewej ręce chłodny Miłosław, w prawej ciepły burger, a myśli zaprząta tylko jeden problem – chce mi się iść do tego basenu 10 metrów dalej czy nie? To najsilniejsze w moim przypadku wspomnienie z weekendowego startu w Sierakowie. Ale zanim do tego doszło trochę sie wydarzyło o czym poniżej.

W miniony weekend do Sierakowa po raz trzeci zjechali triathloniści z całej Polski by zmierzyć się z trasą Triathlon Sieraków. Według list startowych można było liczyć na blisko 600 zawodników dystansu ½ IM oraz prawie 850 na ¼ IM. W rzeczywistości zawsze te 10% się nie zjawia, ale mimo to w miasteczku zaroiło się jak w ulu. Wszak prawie każdy przyjechał z rodziną czy przyjaciółmi co praktycznie podwoiło na weekend populację Sierakowa. Wraz z całym triathlonowym majdanem obciążony niczym zamykający karawanę wielbłąd zjawiłem się również i ja.

Szybko i sprawnie załatwiłem odbiór pakietu, numerowanie, zdanie roweru oraz rekonesans okolicy, bo w Sierakowie byłem po raz pierwszy. Na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało ok, więc w samochód i jazda szukać gdzie jest nasz nocleg. W drodze do Zajazdu Ostęp, który serdecznie polecam udało nam się przejechać połowę trasy rowerowej. Fakt ten jednak umknął mi i dopiero rano jadąc na zawody zrozumiałem, że ten aksamitny asfalt to trasa, którą będę jeździł. Bardzo przyjemnie mnie to zaskoczyło – lepsza jakość nawierzchni niż na świeżo oddanych fragmentach A1.

Koniec tych refleksji, dojechaliśmy i zaczęła się nerwowa krzątanina – przynajmniej dla mnie, bo Kasia spokojnie rozglądała się po okolicy. Nie wiadomo kiedy usłyszałem, że już 8:30, no to pianka w połowie na siebie i w drogę na plażę. Tam kilka minut spędzonych na próbie ułożenia pianki, rezygnacja i wejście do jeziora na rozgrzewkę. Ta przebiegła całkiem pomyślnie – zderzyłem się tylko z 3 osobami. Znowu wyjście z wody i ułożenie mokrej już pianki poprawnie. Start zbliżał się nieubłaganie, ale organizator zadbał by zająć nam i kibicom czas czymś atrakcyjnym. – w tym przypadku pokazem latania na Fly Boardzie.

No, ale czas zabawy się skończył. Pożegnałem się z Kasią i poszedłem do strefy startu z twardym postanowieniem napier… Czułem się dobrze i miałem zamiar pocisnąć. W momencie wystrzału armaty nie wskoczyłem jednak do wody z pierwszej linii. O nie – samobójcą nie jestem, wystarczyła mi przygoda w Malborku. W wodzie jak to w wodzie, mokro i nic nie widać – przynajmniej przy brzegu gdzie trochę wzburzyliśmy dno. Dalej widoczność naprawdę świetna, co z pewnością motywowało triathlonistów do ostrej walki. Nic nadzwyczajnego, tu kopniak, tam złapanie za nogę – ot standard. Standardem jednak nie jest przechodzenie z kraula do żabki w celach nawigacyjnych. Poważnie – ogarnijcie się triathloniści. Jeśli płyniecie kraulem, to kraulem do jasnej ch…, jak żabą to żabą i wszystko jest ok. Ale taka zmiana w trakcie, w tłumie ludzi jest objawem totalnego braku wyobraźni. Jak trzeba, to nawet taki cienias w pływaniu jak ja mogę was nawigacji nauczyć, zapraszam na basen do Torunia – pokaże co i jak.

Do pierwszej boi więc walczyłem żeby utrzymać się na powierzchni i unikałem nóg cichociemnych żabkarzy. Za boją zrobiło się zadziwiająco luźno, ale jakoś nie dotarło do mnie, że tak być nie powinno. Po chwili jednak stwierdziłem, że albo prowadzę stawkę albo pomyliłem drogę. Niestety to drugie. Wróciłem na właściwą trasę, by za kilka chwil odebrać dziwny telefon:

– Halo?

– Tu międzynarodowa stacja kosmiczna. Steruj w prawo! Bardziej w prawo!

– Eee, dzięki…

Po trzecim zygzaku, który narysowałem na trasie na szczęście był już ostatni nawrót i prosto jak w mordę strzelił do brzegu. Pociągnąłem trochę mocniej rękami i nawet udało mi się parę osób wyprzedić. Po chwili wyjście z wody i niestety zagapiłem się totalnie, bo nie zauważyłem zegara (nie wiem nawet czy był) i potruchtałem sobie pod górkę w kierunku strefy.DSC_0585

Do T1 wpadłem spokojnie, żeby tętno nie zwariowało – ściągam piankę i pułapka. Obie nogi zaplątane i nie moge zdjąć. No nic, siadam i ściągam ręcznie – może telewizja nie patrzy to wstydu nie będzie. Z całą resztą ekwipunku poszło sprawnie, jeszcze tylko rzucone zawodnikowi skrzynkę obok powodzenia i na trasę. Dotruchtałem do linii uwaznie wybierając którędy prowadzę rower ponieważ przez nierówności potrafił ostro podskoczyć. Za linią na czarnucha i na trasę.

Początek z górki, ale nie ze mną takie numery – dobrze wiem, że za każdym zjazdem jest podjazd. Tutaj był on niewielki, tuż przed skrętem, kawałkiem prostej i kolejnym skrętem do wyjazdu z miasteczka. Potem już gładki asfalt trasy z jedną przeprawą przez tory i nawrotką po drodze z sześciokątów. Ułozyłem się na lemondce i jazda. Długo nie poleżałem, bo pojawiła górka – zmiana chwytu, zmiana biegu jazda. I tak w sumie przez całą trasę. Staram się sobie przypomnieć płaskie odcinki i właściwie takowych nie było. Każdy był przynajmniej lekko z górki lub pod górkę. Mimo to jechało się bardzo przyjemnie. Nie było tu jednak jak w Malborku gdzie właściwie cały czas wyprzedzałem. Tutaj zdarzyło mi się czasem kogoś śmignąć, jednak częściej ktoś mijał mnie. Sierakowskie wzniesienia pokazały mi, że jestem wciąż cienki w uszach.

Żeby jednak nie było tak nudno na czterech pętlach rowerowej trasy już na pierwszej źle rozerwałem torebkę z żelem, który w artystyczny sposób rozlał się po nodze, rowerze i głowie Kitty. Kitty strasznie się przez skleiła, więc przestałem trąbić do dzieciaków. Jednocześnie na własnej skórze przekonałem się, że opinia o zwisającej rurce od mojego bidonu jest prawdziwa i już szukam jej zastępstwa.

DSC_2067Do mety roweru dotarłem trochę zmęczony tą interwałowo-siłową trasą. Nie czułem jednak ciężkich nóg biegnąć do T2, generalnie biegło się dosyć lekko, tylko tętno wyższe niż zazwyczaj. Przebrałem się w miarę szybko, choć nie był to pit stop na miarę Kubicy i ruszyłem na trasę biegową. Zgodnie z założeniami najpierw powoli. Okazało się że powoli daje mi strasznie wysokie tętno jak na takie tempo biegu. Postanowiłem tak jednak przebiec pierwsze okrążenie i zdecydować później czy przyspieszyć. Tętno jednak nie miało zamiaru się uspokoić dlatego też zdecydowałem się po prostu utrzymać tempo. Szczególnie, że trasa była dosyć crossowa, a ja cały czas na granicy kolki. Problemem nie były nogi, bo siła i moc były, tylko kolka i szalejące tętno. Poza moimi osobistymi trudnościami tego dnia, trasa była bardzo fajna. Dobrze oznaczona, a wszelkie wystające korzenie oznaczone jaskrawą farbą, co przy zmiennym oświetleniu bardzo pomagało.

Na metę wbiegłem z czasem 5:40:27. Absolutnie bez szału i trochę poniżej swoich własnych oczekiwań, co jednak nie zniechęca mnie w żadnym wypadku do Triathlonu Sieraków. Trasa wymagająca, więc tym bardziej trzeba się przyłożyć do treningu. Organizacja pierwsza klasa, a strefa finishera wzorowa. Zimne piwo, lody, hamburger i oczywiście woda, izotonik i owoce, a do tego leżaki i basen – no czego chcieć więcej. W moim przypadku lepszego wyniku, ale o to już sam się będę musiał postarać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *