Prime Food Triathlon Przechlewo według Emilii Wołyniec

Emilia_Wolyniec3

Zabezpieczcie sobie coś do picia i chrupania, bo relacja wyszła zacna. Ale warto, kiedy tak zdobywa się pudło na zawodach triathlonowych.

 

 

Mój start w Przechlewie zupełnie nie był planowany, a decyzję o wzięciu udziału w Prime Food Triathlon Przechlewo podjęłam spontanicznie, trzy tygodnie przed startem.

Będąc w Gdyni na Herbalife usłyszałam od kolegi, że ma zamiar startować w Przechlewie. Pomyślałam sobie, a może i ja wystartuję. Pomimo tego, że w tym roku miałam już za sobą 9 startów w samym triathlonie i bardzo dużo biegowych, czułam ,,głód” startowy. Wiedziałam, że sezon tri dobiega końca i chciałam poczuć po raz kolejny ten stan emocji jaki towarzyszy podczas zawodów. Było już po terminie zapisów, z najwyższym wpisowym i osiągniętym limitem. Dlatego w pierwszej kolejności pomyślałam o starcie w sztafecie, tam jeszcze nie osiągnięto limitu i było mniejsze wpisowe. Długo nie musiałam namawiać dziewczyn z Tri NEGU do wspólnego startu w sztafecie. Monika Chodyna i Lidia Juchniewicz podchwyciły pomysł. Pozostała tylko kwestia tego czy możemy jeszcze się zapisać. Po otrzymaniu pozytywnej odpowiedzi od organizatora, wpłaciłyśmy startowe. Mi jednak nadal nie dawała spokoju myśl o starcie w Mistrzostwach Polski Amatorów na dystansie Olimpijskim, które miały odbyć się następnego dnia po sztafetach. Trochę wahałam się czy zapisać się na ten start, bo dystans ten ze względu na pływanie, którego zawsze się boję i jest u mnie najsłabsze, nie pasował mi zupełnie. Mówiłam sobie sama do siebie, że fajnie byłoby powalczyć w Mistrzostwach Polski Amatorów (Pro nigdy już nie będę) i zdobyć miejsce na pudle. Postanowiłam, że jeśli organizator wyrazi zgodę na start, to nie pozostanie mi nic innego jak wystartować. Ponownie przyszła pozytywna odpowiedz. Czekał mnie więc ostatni, a zarazem podwójny start w triathlonie w tym sezonie.

W sobotę rano umawiamy się z dziewczynami po odbiór pakietu. Ja od rana lekko zestresowana. Kolega z Tri NEGU śmieje się ze mnie, że po tylu startach nie powinnam się stresować, tym bardziej, że w sztafecie tylko biegnę (co jest moją najmocniejszą stroną w tri). Może i nie powinnam, ale ja jestem zbyt ambitna i zawsze chcę wypaść jak najlepiej, a tym bardziej w sztafecie aby nie zawieść dziewczyn.

Emilia_Wolyniec3

Zbliża się godzina startu. Monika Chodyna rusza na trasę pływacką. Wiemy doskonale z dziewczynami, że będziemy miały na początku sporą przewagę nad resztą sztafet, bo Monika pływa rewelacyjnie, zawsze wychodzi z wody jako jedna z pierwszych. Ja i Lidka zupełnie nie martwimy się o jej start. Ostatecznie Monia wychodzi trzecia z wody i biegnie do strefy zmian, gdzie czeka już na nią Lidka. Patrzę na zegarek i wiem, że mam jakąś 01:15:00 do swojego startu. Niby dużo, ale zleciało błyskawicznie. Krótka rozgrzewka i wchodzę do strefy zmian. Przyjeżdżają pierwsi zawodnicy. Pojawia się pierwsza kobieta. Rywalka z innej sztafety wybiega na trasę. Patrzę na czas jest już 01:19 z kawałkiem. Myślę sobie, gdzie Lidka? Może coś się stało? I w tym momencie zauważam jej jaskrawy strój. Wiem, że mam około 3 – 4 minuty straty do pierwszej. Wybiegam ze strefy zmian i podejmuję próbę doścignięcia kobietki. W oddali na prostej widzę oddalającą się rywalkę. Na nawrocie już wiem, że nie dam rady jej dogonić. Ostatnie 50 m do mety biegnę razem z Monią i Lidką. Ostatecznie zajmujemy 2 miejsce wśród sztafet kobiecych, a 12 miejsce wśród wszystkich 39 startujących sztafet męskich, mixów i kobiecych.

Po zawodach czuję się nadzwyczaj dobrze nic nie boli, czuję jeszcze, że mnie nosi – myślę sobie ,,ciekawe co będzie jutro”. Wstaję rano, czuję się ok, może troszkę nogi ciężkie, ale przecież bywało gorzej. Patrzę za okno, hm pogoda nie zachęca – szaro, ponuro i wietrznie. Jadę wstawiać rower do strefy zmian. Pytam wszystkich dookoła czy na rowerze nakładają coś na siebie, każdy odpowiada tak. Więc i ja zostawiam bluzę w koszyku.

Mój start przypadał w ostatniej IV fali. Czekając na rozpoczęcie swojego wyścigu myślałam sobie po co ja się zapisałam na ten drugi dzień, przecież mogłabym być już po wszystkim. Pomimo, że stałam w piance czułam chłód, ręce miałam już sine. Gdy sędziowie zezwolili na wejście do wody, odczułam ulgę, bo w wodzie było zdecydowanie cieplej niż na brzegu. Początek pływania – zawsze jest dla mnie najgorszy. I tak było tym razem. Ciężko było przebić się do przodu. Z reguły staję gdzieś z tyłu, nigdy nie pcham się do przodu, bo po prostu boję się tej całej ,,pralki”. Do pierwszej żółtej bojki płynę raz żabką, raz kraulem. Potem jakby troszkę rozluźniło się (zapewne głowa też się rozluźniła 😉 ) i już płynę do końca kraulem. Sama jestem zdziwiona, że płynie się nawet przyjemnie. Wychodzę na brzeg, spoglądam na zegarek i stwierdzam jest ok. – 33 minuty, jak na mnie może być.

Biegnę pod górkę do strefy zmian, oglądam się za siebie i widzę Emilię Domańską, mówię jej ,,o cześć Emila”, ona do mnie ,,biegnij”. Chyba nie byłam jeszcze tak bardzo zmęczona bo miałam siły, żeby powiedzieć jej jeszcze ,,fajny masaż dla stóp na tym asfalcie”. W strefie zmian zastanawiam się czy zakładać bluzę i ostatecznie nie robię tego. Wsiadam na rower, pierwszy podmuch wiatru i mówię sobie ,, zła decyzja, trzeba było ubrać się”. Chłód przeszedł mnie po całym ciele. To co działo się na trasie rowerowej, to wiedzą Ci co startowali. Nigdy jeszcze nie zmarzłam tak jak w Przechlewie. Silny wiatr, rzęsisty deszcz towarzyszący od początku do końca na rowerze oraz niska temperatura powietrza około 10 stopni sprawiły, że nie byłam w stanie założyć skarpetek po zejściu z niego. Niektórzy mieli problemy z odpięciem kasku. Trasa rowerowa nie była trudna technicznie, bynajmniej dla mnie, pomijając fakt oczywiście mokrej nawierzchni i padającego deszczu oraz silnego wiatru. Natomiast trasa biegowa, hm to że nikt nie wykręcił sobie kostki na tych kamieniach i błocie to chyba cud. Zawsze schodząc z roweru i zaczynając bieg wiem, że zaczyna się dla mnie najprzyjemniejsza część wyścigu.

Na biegu czuję się najlepiej. Od pierwszego kilometra zaczynam dyszeć i sapać, zawsze mi to pomaga. Słychać mnie z daleka, panowie oglądają się za siebie, uśmiechają się, pytają czy nie potrzebny respirator, czy wszystko ok ? Ja z uśmiechem biegnę dalej. Uśmiech ten przeplatany był na zmianę grymasem na twarzy, kiedy czułam chłód na ciele przy porywach wiatru. Pierwszy raz byłam bliska popłakania się na biegu. Nie kontrolowałam tego. Miałam serdecznie dość. Na ostatnim kilometrze kolega Piotrek Brzozowski, który przez zimno zszedł z trasy krzyknął do mnie, że jestem 5 lub 6. Widziałam przed sobą kobietkę, którą starałam się dogonić. Zabrakło dosłownie 7 sekund, tyle samo co w Gdyni do ,,pudła’’ w K30.Emilia_Wolyniec2

Wpadam na metę szczęśliwa, że mam już to za sobą. Do momentu wywieszenia wyników nie wiedziałam, na którym miejscu ukończyłam zawody. Z wielką niepewnością spoglądam na wynik i … udało się. Mam brązowy Medal Mistrzostw Polski Amatorów na dystansie Olimpijskim w K30, tym samym zajmując 6 miejsce wśród wszystkich kobiet.

 

Emilia_Wolyniec1

Triathlon w Przechlewie zapamiętam do końca życia, bo był to start w najcięższych warunkach jakich do tej pory brałam udział. Koniec sezonu tri nie oznacza dla mnie końca startów, bo czeka mnie jeszcze kilka zawodów biegowych, a po głowie chodzą także zawody narciarskie. Przymusowy odpoczynek czeka mnie w listopadzie, spowodowany zabiegiem zdrowotnym. Całe szczęście, że przymusowy bo znając siebie, to wyszukiwałabym kolejnych startów.

Tekst: Emilia Wołyniec

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *