Przechlewo 2015 według Błażeja

przechlewo2015

“Ból jest tymczasowy. Może trwać minutę, godzinę, dzień, rok, ale w końcu ustępuje i coś innego zajmuje jego miejsce. Jeśli się poddam, to pozostanie na wieki.” – te słowa Lance’a Armstronga chyba najlepiej podsumowują start na 1/2 IM dla debiutanta. Bardziej liczy się walka na trasie i satysfakcja z ukończenia niż wynik. Start w Przechlewie w debiutanckim sezonie był dla mnie wyjątkowy pod wieloma względami, zwłaszcza jego zakończenie.

Planując sezon nie zakładałem startu na tak długich dystansach. Wydawało mi się, że to trochę za wcześnie. Końcówkę sezonu miałem pustą i szukałem jeszcze jakiegoś startu. Gdy usłyszałem “no chodź, w Przechlewie będzie fajnie” od towarzyszki treningowej (pływackiej) niedoli, to długo się nie zastanawiałem. Miałem do wyboru olimpijkę albo połówkę, a że pływakiem najlepszym nie jestem to wybór mógł być jeden, jak już męczyć się na długim pływaniu to chociaż nagrodą na długim rowerze.

Przechlewo.

Start przywitał pięknym Słońcem, gdyby tylko nie mocny wiatr, to warunki można by określić jako idealne. Jednak im bliżej wystrzału startera, tym bardziej nerwy i strach przed nieznanym dawały się we znaki. Na szczęście koleżanki i koledzy pomagali podtrzymać bojowego ducha. Gdyby nie oni ciężko byłoby zmotywować się do wejścia do wody i rozpoczęcia długiej walki.

Na zawodach w tak czystej wodzie jeszcze nie pływałem. Stojąc po szyję w wodzie można było zobaczyć własne stopy. Niesamowite wrażenie, płynąc można było podziwiać wszystkie wodorosty. Po strzale startera popełniłem dość duży błąd. Zamiast płynąć z boku, po zewnętrznej stronie pętli pływackiej, wpłynąłem w sam środek pralki. Dość szybko dostałem kopniaka w okularki, co wybiło mnie z rytmu na tyle, że po ok. 300m musiałem odpuścić kraula i doczłapać do końca grzbiecie. Dzięki temu miałem dużo czasu, żeby podziwiać piękne, błękitne niebo ;]

Dopływając do brzegu połączyłem się z grupą sztafet na 1/4IM, która wystartowała 30min. później. Do tego widoku już się zdążyłem przyzwyczaić, wychodzę z wody jako jeden z ostatnich. Na brzegu kibice dali solidny zastrzyk energii. Teraz to już mogło być tylko z górki, szkoda że pod wiatr (stale ok. 8m/s w porywach do 15m/s).

Na rowerze czuję się zdecydowanie najlepiej i czekam na moment, kiedy wyjdę z wody i będę mógł wreszcie zacząć kręcić. Na takie warunki taktyka była prosta – zaatakować przeciwnika mielonką. Każda próba jechania z kadencją poniżej 90 mogła się zakończyć zarżnięciem nogi jeszcze na rowerze. Niestety razem ze wzmagającym się wiatrem niebo zaciągnęło się chmurami i mogłem sobie co najwyżej pośpiewać “Oprócz błękitnego nieba…”

Początek pętli rowerowej był z wiatrem, co pozwoliło szybko złapać odpowiedni rytm. Bardzo szybko okazało się, że walka będzie ciężka. Już po pierwszym skręcie wiatr zaczął mi przestawiać rower, chociaż do najlżejszych zawodników nie należę. I tak miałem dobrze w porównaniu do zawodników z dyskami, których potrafiło przestawić na środek drogi. Dość szybko zacząłem łapać zawodników, którzy wyszli z wody przede mną. W zasadzie tak było do końca, poza nielicznymi wyjątkami, kiedy dublowali mnie dużo mocniejsi zawodnicy.

Zadziwiające było dla mnie, jak łatwo można się wyłączyć na trasie. Tego najbardziej obawiałem się przed startem – co ja będę przez te 6h robił. Bardzo szybko udało się znaleźć w głowie pudełko z napisem “Nic” i dokładnie studiować jego zawartość, przerywając na pozdrowienia klubowiczów z TriWawy i pomachanie kibicom na nawrotach.

Na trasie rowerowej spędziłem w sumie 3h 9min, jednak czas minął dość szybko. Pozostał już tylko półmaraton, na dość wymagającej trasie. Podbiegi potrafiły mocno wejść w nogi. 2 pętle z 3 podbiegami na każdej w sumie ~120m przewyższeń na trasie. Pierwszą pętlę udało się nawet biegać pod górę, na drugiej sił pozostało już tylko na maszerowanie na wzniesienia. Wysiłek był duży mimo, że tempo na to nie wskazywało. Z każdym kilometrem coraz wolniej i coraz trudniej było się zmotywować do walki. Kiedy skończył się sznur zawodników biegnących w przeciwnym kierunku kryzys zaczynał pukać do drzwi. Z każdym krokiem byłem bliżej mety, ale w głowie tego nie czułem. Ostatnie podejście i było już z górki, ale trudno było znowu rozpocząć bieg. Na szczęście kilkaset metrów za wzniesieniem usytuowany był bufet i wolontariuszy słyszałem od momentu, kiedy tylko pojawiłem się na horyzoncie. Niesamowity doping. To dało solidny zastrzyk energii i wiarę w to, że już prawie koniec. Dość powiedzieć, że średnie tempo przed bufetem wynosiło 6:30, a zaraz za nim udało się przyspieszyć do 5:50 i utrzymać na ostatnich 3km.

Czekał mnie już tylko zbieg na metę. Przebiegnięcie przez mostek i wreszcie upragniona kreska. Ostatnie metry biegłem jak w tunelu. Mignęły mi tylko zielone stroje TriWawy przy barierkach, ale zupełnie nie zauważyłem spikera obok którego przebiegłem. Liczyła się już tylko meta. Słyszałem z głośników jak Paweł Bondaruk mnie zapowiada. Była to bardzo szczególna zapowiedź. Szczególna, bo przypomniała mi jaką drogę przeszedłem przez ostatni rok. Trudno uwierzyć, że jeszcze rok temu nie umiałem pływać, w zasadzie to gdybym wpadł do wody głębszej niż do szyji to bym utonął. Po roku walki z instynktem przetrwania w wodzie udało mi się ukończyć 1/2 IM. Może jeszcze pływanie nie idzie jakby mogło, ale dla mnie to gigantyczny sukces.

Jeśli chodzi o same zawody to wszystko było świetnie przygotowane, dobre oznaczenia, niesamowici wolontariusze, cudownej jakości asfalt do jazdy. W zasadzie nie można chcieć niczego więcej, no może tylko lepszej pogody.

Tekst: Błażej Marcinkiewicz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *