Przystanek Budapeszt

13942683_1299242330114359_318496029_n

Zawody w Budapeszcie były dla mnie trzecim startem na takim dystansie. Była to też dla mnie najważniejsza impreza, pod którą były podporządkowane inne starty, a przygotowania rozpoczęły się z początkiem roku.
Jechałam z konkretnym, wyznaczonym przez siebie celem – złamanie 6h a co za tym idzie poprawienie wyniku z Gdyni o ponad 10 minut. Pamiętam jak po tych właśnie zawodach zarzekałam się, że nigdy więcej.. no cóż.
Widać, jakie były tego efekty. Niestety (albo stety) ten sport to jedno wielkie uzależnienie. Od rygoru treningowego, od adrenaliny, od zmęczenia, od przekraczania swoich granic, od tego uczucia na mecie, którego nie da się porównać z niczym innym.. ale to może temat na inny tekst.
Do Budapesztu jechałam dobrze przygotowana, odpowiednio zmotywowana i spokojna.. do czasu:) Cały czas towarzyszyła mi Paulina, co dodatkowo było dla mnie olbrzymim wsparciem i nie pozwoliło do końca zwariować;)

ORGANIZACJA

Chciałabym się do czegoś przyczepić, ale nie mogę. Zawody były zorganizowane świetnie. Odbiór pakietu bez żadnych kolejek klik klik i już miałam w ręku to, co trzeba. Wszyscy przemili i pomocni oraz komunikatywni. Miasteczko było przestronne i fajnie rozmieszczone. Była strefa dla dzieci, serwis Shimano, kilka stoisk sportowych oraz oczywiście Sklep Ironman, w którym można było popłynąć z kasą.
Odprawa była zorganizowana bardzo profesjonalnie, prowadzący mocno dowcipkował, przez co rozluźnił trochę atmosferę. Dla wszystkich do dyspozycji była woda, co przy panujących wtedy upałach było zbawienne.
Po odprawie można było podejść i zapytać o wszystko, co też uczyniłam. Nie jestem jakimś strasznie doświadczonym zawodnikiem, ale serio docenia się tematy typu przestronny i mieszczący wszystkich namiot oraz dobre nagłośnienie, czy wspomniana wcześniej woda. Odprawa była dość wcześnie, więc po jej zakończeniu na spokojnie zjadłam makaron na mieście i wróciłam do wynajmowanego mieszkania po rower i rzeczy do spakowania w worki.

13932043_1299242350114357_1401962687_o

START

Wczesna pobudka i śniadanie. Dzień wcześniej miałam przygotowane rzeczy do ubrania i te, które muszę jeszcze ze sobą zabrać. Na miejsce dotarłyśmy ok 2h przed startem. Mieszkałyśmy ok 2 km od startu, więc poranny spacer dodatkowo rozbudził i trochę uspokoił.
Na miejscu tradycyjnie sprawdziłam rower, przygotowałam żele i bidony a także jeszcze raz sprawdziłam swoje worki. Dodatkowo kilka razy w myślach przeszłam cały etap logistyczny woda – worek –rower – worek – bieg, żeby mieć pewność, że wszystko jest tak jak trzeba
Na tych zawodach były dla mnie dwie nowości. Przyznaję trochę się tym stresowałam, ale teraz z perspektywy czasu wiem, że oba rozwiązania są świetne. Wspomniany już system workowy i Swim Rolling Start. Z workami wszyscy wiemy, o co chodzi napisze jedynie, że w swoim NIEOGARNIĘCIU bardzo sprawnie mi to wszystko poszło i pozwoliło zachować mega porządek. Worki bez problemu odnalazłam w strefie i cała procedura zajęła mi mniej czasu niż „system skrzynkowy”. Swim Rolling Start to stosunkowo nowa inicjatywa IM. Wprowadzają ją na zawodach stopniowo i głównie chodzi o bezpieczeństwo zawodników. Podobnie jak na imprezach biegowych zawodnicy ustawiają się w swojej strefie czasowej – szacowany czas pływania. Start jest falowy oraz co 5 sekund puszczanych jest 8 zawodników. Pozwala to na zmniejszenie efektu „pralki” i napływania mocniejszych zawodników na słabszych.
Było to przeprowadzone dość sprawnie, chociaż puszczanie zawodników z czasem zaczęło żyć swoim życiem..

PŁYWANIE

Nie jestem dobrym pływakiem, to moja najsłabsza dyscyplina. Moim założeniem było dopłynąć poniżej 45 minut i to się udało! Zatoka, w której odgrywał się ten etap była idealnym miejscem na tego typu imprezy. Woda była bardzo spokojna. Do pierwszej boi nawrotowej było dość ciasno, później płynęło się już zdecydowanie lepiej. Bałam się tego etapu, dlatego przed startem przeprowadziłam ze sobą motywacyjny dialog, który odpowiednio mnie nastawił. To bardzo pomogło. Po jakiś 100 – 200 metrach weszłam w swój rytm i płynęłam „swoje”. Wzięłam sobie do serca wskazówki trenera – nie w trupa, ale też bez luzowania. Pozwoliło mi to zachować dobre jak na mnie tempo i płynąc w mojej strefie komfortu aż do końca.

13918835_1299242343447691_469172670_o

T1

Wyjście z wody, szybka kontrola czasu i uśmiech! Na brzegu stała Paulina, do której krzyknęłam, że jest dobrze! Udało mi się zmieścić w zakładanym czasie a co więcej urwać prawie 3 minuty. Super. Dało mi to motywacyjnego kopa na dalszą część wyścigu. Strefa zmian była bardzo blisko wyjścia z wody. Na moje oko ok 100 metrów, może 150. W drodze do niebieskiego worka, w którym czekały już rzeczy na rower tradycyjnie zdjęłam piankę do połowy. Szybko do namiotu, przebranie bez piknikowania i zbędnego siedzenia. Na spokojnie, ale żwawo. Pianka i rzeczy po pływaniu szybko wylądowały w worku, który przechwycił ode mnie wolontariusz i szybkim krokiem ruszyłam po rower. Całość zajęła mi trochę ponad 3 minuty.

ROWER

Zgodnie z zaleceniami trenera zaczęłam na spokojnie. Po odjechaniu ok 3 km od T1 wciągnęłam pierwszy żel i popiłam wodą. Wszystko miałam przygotowane i na spokojnie wymierzone. Tradycyjnie jeden żel więcej, woda z przodu i izo na ramie. Tylne koszyki wolne, czekające na napoje w punkcie żywieniowym. Jechało mi się bardzo dobrze. Trasa liczyła dwie pętle i prowadziła w większości wzdłuż Dunaju. Była też praktycznie płaska. Po mimo kilku ślimaków zaznaczonych na mapie nie sprawiały one większych kłopotów. Jedyny minus tego etapu to momentami dość wąskie przejazdy na „szybkich odcinkach”, przez co tworzyły się delikatne korki i trzeba było zwalniać. Wisienką na torcie był ponad kilometrowy podjazd w okolicach Zamku, przyznaję, że dawał w kość zwłaszcza na drugiej pętli. Na tym etapie starałam się dobrze rozłożyć siły, stale kontrolując średnią prędkość. Kolejny żel zjadłam po 25 kilometrze a ostatni ok 1-2 km przed dojazdem do T2. W chwilach kryzysu ratowałam się zimną wodą z punktów żywieniowych polewając głowę, plecy i nogi, co przynosiło chwilową ulgę. Dodatkowo na trasie kilka razy spotkałam się z Pauliną, która dzielnie towarzyszyła mi na rolkach.
W Budapeszcie pierwszy raz spotkałam się z tak rażącym i ordynarnym draftingiem. Trzy, może cztery razy mijałam Serbów, którzy we trzech tworzyli pociąg. Ewidentnie mieli to przećwiczone i ustalone wcześniej.

13931456_1299242360114356_1279538056_o

T2

Przed zejściem z roweru kilka łyków wody i bieg do belki oznaczonej moim numerem. Tradycyjnie pobiegłam za daleko i musiałam się cofnąć, aby zostawić rower. W drodze do czerwonego worka zdjęłam kask, aby zyskać nawet te 2 czy 3 sekundy. W namiocie szybka zmiana butów, daszek na głowę, klik na zegarku i już jestem na biegu.

BIEG

Etap biegowy liczył 4 pętle, na każdej z nich były bogato wyposażone dwa punkty odżywcze zaopatrzone również w lód, którego zgodnie z informacją przekazaną nam na odprawie miało nie być. Na tym etapie nie tylko zmęczenie dawało o sobie znać, ale również wysoka temperatura – było ponad 30 stopni, i ok 80 % trasy w pełnym słońcu. Na każdym punkcie piłam colę i wodę, oraz brałam lód na kolejne metry biegu. Zbawienne również okazały się prysznice z zimną wodą, pod które przebiegałam za każdym razem. Przestawienie się z roweru na bieg nie było dla mnie tak ciężkie jak to pamiętam z innych imprez. Może, dlatego, że ten element miałam przetrenowany jak należy. Na początku biegło mi się dość lekko, dlatego pierwsza pętla minęła dość szybko. Trasa była jednak dość żmudna i z każdą kolejną pętlą coraz trudniejsza nie tylko fizycznie, ale przede wszystkim psychicznie.
Przed 10 kilometrem dopadł mnie pierwszy poważniejszy kryzys. Ciało wysyłało sygnały o coraz większym zmęczeniu a nogi robiły się coraz cięższe. W takim momencie zawsze dzielę bieg na kolejne etapy. Wyznaczam sobie wirtualne punkty na trasie i powtarzam w myślach kolejne etapy. To bardzo mi pomaga. Dodatkowo na trasie zawsze w tym samym miejscu czekała na mnie Paulina, co bardzo dodawało mi otuchy. Znajoma twarz na trasie działa cuda i działa jak największy dopalacz.

13977823_1299242366781022_444751570_o

META

Kiedy dobiegałam do punktu, w którym nakładali ostatnią frotkę czułam się już bardzo szczęśliwa. Pamiętam, ze krzyczałam coś do wolontariusza, który mi ją zakładał, przez co odwdzięczył się nie tylko okrzykiem, ale też szczerym uśmiechem. Na ostatnich metrach, pomimo tego, że tempo już spadło, leciałam jak na skrzydłach. Skręcając na ostatnią prostą zza zakrętu wyłonił się czerwony dywan i meta. Przestawiłam zegarek na łączny czas wyścigu i nie wierzyłam własnym oczom. Czas dużo lepszy od zakładanego. Za metą czekała Paulina, a ja tradycyjnie się rozpłakałam ze szczęścia. Ogromny wysiłek za mną i piękny wynik na mecie. Czego można chcieć więcej?

NA KONIEC..

Chwilę odpoczęłam i z medalem na szyi udałam się do namiotu odebrać swoją koszulkę finishera. W strefie był bogato zaopatrzony bufet, w którym można się było napić i najeść do syta.
Uzupełniłam płyny i zadzwoniłam do swojej trenerki na krótkie podsumowanie..
Swoim startem w Budapeszcie zrealizowałam wszystkie, postawione przed sobą cele. To były dla mnie bardzo ważne zawody. Moja sportowa podróż się jednak nie kończy. Budapeszt był jedynie kolejną, aczkolwiek bardzo dużą stacją w tej podróży. Kolejne wyzwania i przystanki przede mną.

13942683_1299242330114359_318496029_n

Katarzyna Zawadzka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *