Radków, czyli dalej nic nie wiem

Nowak_Radkow

Ten moment kiedy pędzisz górską serpentyną przez las, na liczniku ponad 50km/h, przed tobą zakręt 180 stopni, za nim kilkunastometrowa przepaść i wielkie drzewa, a ty przypominasz sobie że przecież nie umiesz zjeżdżać… – tak można pokrótce scharakteryzować moje pierwsze spotkanie z Garmin Iron Triathlon Radków.

Sezon w pełni więc i cykl GIT osiągnął półmetek. Trzecie z kolei zawody cyklu odbyły się w niedzielę 22. czerwca właśnie w Radkowie. Według zapowiedzi organizatora to najtrudniejsze ¼ IM w Polsce. To fakt, lekko nie było, ale do tego dojdziemy później.

W sobotę 21. czerwca kibicowałem finiszerom KarkonoszMana jednak nie mogłem czekać do końca, bo jeszcze wieczorem czekał na mnie objazd trasy w Radkowie. Zdecydowanie nie chciałem go przegapić, bo film z ubiegłego roku pokazał mi, że bez tego może być kiepsko na trasie rowerowej. Na miejsce dotarłem 7 minut przed wyruszeniem grupy na trasę – co dało mi całkiem niezły czas w tym specyficznym T1 czyli wyładowaniu i złożeniu roweru z samochodu oraz szybkim przebraniem się w strój rowerowy.

Trasa miała jeden wielki plus – nie dało się na niej zgubić. Na tym jej plusy się kończyły. Najpierw 10km ciągłego podjazdu w stronę Karłowa, potem nawrót i tyle samo zjazdu, po serpentynach biegnących przez las. Podjazd może nie był super ostry, ale do lekkich również nie należał no i był bardzo długi. Dla kogoś z nizin jazda przez 10km pod górę to spore wyzwanie. Prawdziwa trudność tej trasy, przynajmniej dla mnie, to zjazdy. Rower rozkręcał się prawie bez mojego udziału do 60km/h, a klocki żałośnie piszczały kiedy bez pardonu hamowałem na każdym oznaczonym jako niebezpieczny zakręcie. Trzeba też zauważyć, że nierówności przy tej prędkości znacznie bardziej się odczuwa – mój czarny rumak brykał niczym szczeniak na pierwszym spacerze. Na szczęście udało się go poskromić, więc na dół dotarłem tylko ze zdrętwiałymi od wstrząsów i zimna rekami. Załadowałem się więc do samochodu i pojechałem na nocleg.

W niedzielę wstałem w dobrym humorze z dwoma planami na zawody. Plan pierwszy przewidywał ciśnięcie na maxa, plan drugi nie rozpieprzenie się na trasie rowerowej. Komisja orzekła, że oba plany są w kategorii świetne, więc zdecydowałem się je zrealizować. Spokojnie ogarnąłem więc odbiór pakietu, ustawienie strefę zmian, depozyt i oczekiwałem na start. Ponieważ zaczęło padać przebrałem się w piankę i zastanawiałem jak to będzie na rowerze gdy ten asfalt dodatkowo będzie mokry. Z rozważań nie wychodziło mi nic dobrego, więc skupiłem się na nadchodzącym pływaniu.

Z czekającymi na start zawodnikami obgadaliśmy jeszcze raz trasę rowerową, gdzie się wybiega, gdzie wyjeżdża, by na koniec podyskutować o kompresji i smaku żeli z kategorii “pre race”. Potem kilka minut rozpływania i oczekiwanie na start. Startowaliśmy z wody, więc ustawiłem się bezpiecznie w okolicy połowy stawki i czekałem na wystrzał z armaty. Bum, poszli. Standardowa pralka, tu kopniak tam kopniak nic nadzwyczajnego. W planie było 1,5 pętli co oznaczało w sumie 6 nawrotek na bojkach. Do drugiej bojki tłukliśmy się wszyscy równo, a potem już sobie spokojnie płynąłem do samego końca.

Wyjście z wody jest dla mnie zawsze wielką zagadką, bo nie mam zegarka w wodzie, a nawet jeśli jakiś zegar stoi w okolicy to nigdy go nie zauważam. W T1 znowu zaplątałem się w piankę czyżby urosły mi łydki czy jak? Obserwując moje wyniki to jednak mało prawdopodobny wniosek. Reszta zmiany szła sprawnie, aż do momentu gdy zawodnik obok zobaczył, że na rower zakładam softshell. Powiedziałem, że nie mam zamiaru zamarznąć, co w momencie gdy zaczęło świecić pełne słońce musiało być dość dziwne. Szybki wybieg ze strefy i od razu podjazd. Ci którzy nie zrzucili przerzutek na najlżejsze przełożenie mieli nie lada problem. Na trasie wydawało mi się, że jadę całkiem szybko i okazało się, że miałem rację. Wydawało mi się. Pod górę wyprzedzałem bezlitośnie jednocześnie nie dając się zbyt wielu zawodnikom, jednak zjazdy to zupełnie inna bajka. Co chwila ktoś krzyczał lewa, więc wtedy kurczowo trzymając się kierownicy, starałem się zjechać na prawą stronę drogi. W kwestii zjazdów mam bardzo dużo do nadrobienia. I tak było zdecydowanie lepiej niż na sobotnim objeździe, ale żeby dojść do średniej wprawy potrzeba by pewnie jeszcze kilkudziesięciu dobrych zjazdów.

Nowak_Radkow

Do T2 dotarłem z uśmiechem na ustach gdyż chwilę wcześniej na szczycie ostatniego podjazdu dwójka chłopaczków, tak na oko 7-8 lat, prowadziła profesjonalną dyskusję:

– Ty, patrz! Ten to w bluzie daje! Na pewno się zajedzie!

– No!

Wykazałem się dużą dozą samokontroli i nie obsmarkałem się ze śmiechu, jednak uśmiech na ustach się utrzymywał. Aż do momentu gdy chciałem wyruszyć na bieg i okazało się, że zapomniałem zawiązać butów. Pamiętajcie – warto to jednak zrobić, poważnie to pomaga.

Po chwili ten drobny błąd techniczny został naprawiony. ruszyłem więc dziarsko na trasę bez konkretnego planu. Wiedziałem, że trasa to 2 pętle, z jednym mocnym podbiegiem i plotkach o drugim podbiegu. Plan jak to zrobić pojawił się na trasie – na początku trzymam się tętna 160-165, a potem zobaczymy. Okazało się, że całkiem nieźle realizuje ten plan, aż dotarłem do podbiegu. Rzeczywiście był dość ostry, ale nie dał mi rady. Podbiegłem go tak zwanym świńskim truchtem, ale i tak dzięki temu łyknąłem kilka osób. Na zbiegu gdzie ludzie tupali wolno łapiąc oddech dałem się ponieść grawitacji i wyprzedziłem kolejnych kilku zawodników. Spodobało mi się to więc postanowiłem na drugim okrążeniu przyspieszyć. Jak zaplanowałem tak uczyniłem i znowu przeskoczyłem kilkanaście osób. Po drodze podziękowałem jakimś okrzykiem Garnkowi Mocy za kibicowanie i popędziłem do mety. Czekał mnie jeszcze podbieg pod górkę na której znajdowała się meta i możliwość padnięcia sobie po tym wszystkim na trawę.

Oba elementy zaliczyłem, gdy oddech się uspokoił rozejrzałem się wokoło i zacząłem zastanawiać nad tym jak mi mogło pójść. Niestety na tablicy mnie nie było, więc wyniki sprawdziłem dopiero następnego dnia. Okazało się, że mój wynik wygląda następująco: m-sce open 179/313, m-sce M30 35, swim 18:27 (135), T1 3:33 (229), bike 1:55:32(196), T2 01:26(175), run 53:20 (155), total: 3:12:18. I do dnia dzisiejszego nie wiem co o tym sądzić. Po raz kolejny najlepiej wychodzi mi pływanie, które uważam za swoją najsłabszą dyscyplinę i trenuje je w sumie najmniej, a jednocześnie wynik ostateczny rozmija się z moimi oczekiwaniami. Tak więc po tym starcie nadal wiem, że nic nie wiem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *