Rawa Mazowiecka – triathlon oczami uczestnika

slider_triathlonrawa

28 lipca w Rawie Mazowieckiej odbyły się Mistrzostwa Polski Puchar Polski w triathlonie. Ponad 200 zawodników zmagało się z wysoką temperaturą, palącym słońcem oraz swoimi słabościami. Założeniem był dystans olimpijski (1.5km/40km/10km), który w rzeczywistości okazał się trochę odbiegać na wszystkich dyscyplinach, co dawało się odczuć, szczególnie w samo południe. Organizacja samych zawodów jeszcze trochę pozostawia do życzenia (dodatkowe opłaty licencji, za mało punktów nawadniających i orzeźwiających na całej trasie – w taki upał to niezbędne, brak kategorii kobiecych w przyznawaniu nagród). Ale każdy triathlon to świetna zabawa.

Ryszard Cieśla przygotował relację specjalnie dla TRI-fun.pl – poczytajcie!

Do Rawy Mazowieckiej przyjechałem dzień wcześniej, wieczorem. Z Pruszkowa jest tam tylko 60 km ale przed startem chciałem być sam, mieć „wolną głowę” i co najważniejsze, zapoznać się z trasą kolarską i wodą. Wrócę na chwilę do głowy. Otóż moja głowa opierała się na kołnierzu ortopedycznym, który odciążał nadwyrężoną 2 dnie temu szyję. Polecam długą grę w badmintona :). Szybka lokacja w hotelu Hetmańskim i jadę .. w kołnierzu … odebrać pakiet, popływać trochę i zrobić rundę trasy rowerowej.

Byłem na tej imprezie jako kibic w zeszłym roku więc bezproblemowo znalazłem biuro zawodów. Odebrałem pakiet startowy, licencję tri za 20 zł [nie można tego doliczyć jakoś do pakietu?] i obiecałem że jutro zgłoszę się do lekarza :). Spotkałem kilku znajomych z klubu 12tri.pl. Potwierdziły się pogłoski o zakazie pianek, co nie powiem, trochę mnie zmartwiło. Po pierwsze, woda nie była aż tak ciepła, po drugie, pierwszy raz miałem płynąć dystans 1500 w wodzie otwartej.

Pora na zapoznanie się z trasami. Przepłynąłem 400m, zgłosiwszy to uprzednio ratownikom, żeby mnie nie ścigali z wody. W wodzie ciemno-zielono-czarno ale nieprzyjemnego zapachu jak w Suszu nie wyczułem. Szyja po badmintonie trochę protestowała przy oddychaniu na lewą stronę. Trochę obaw zostało, trzeba być jutro czujnym – pomyślałem – i nie przeginać. Miałem nadzieję, że bojki które są na wodzie to nie są jeszcze te właściwe na jutro, bo tych nie było widać wcale. Razem z dwoma kolegami objechaliśmy trasę kolarską, co okazało się dobrym pomysłem, gdyż parę dziur na trasie było a i specyfika profilu ciekawa. Trasę biegową sobie odpuściłem. Znałem ją z zeszłego roku, pamiętając że jest na odkrytym słońcu i po kostce,której nie cierpię szczerze.

Powrót do hotelu, wieczorne przygotowania sprzętowe, węglowodany.

Spałem dobrze.

Start zaplanowano o 12 ale wcześniej chciałem „załatwić” tego lekarza u którego wizytę obiecałem dzień wcześniej. Z badaniem to nie miało wiele wspólnego ale chociaż dowiedziałem się jakie mam ciśnienie krwi – 130/80 – zupełnie dobrze :).

Czas od momentu wstawiania rowerów do strefy zmian aż do startu to okres specyficzny. Każdy koncentruje się na swój sposób… „Pręży muskuły”, czyta książkę, popija wodę, po kilka razy przestawia swoje rzeczy …

Na plażę, miejsce startu, pomaszerowałem nie wiedzieć czemu [z nerwów?] w czapce do biegania. Po prostu zapomniałem ją zdjąć. Szczęśliwie tuż przed startem podałem ją koleżance, mówiąc żeby „schowała” .. [sic!].

Rawa_Woda_przedstartem

Start z wody to dla mnie nowość, więc doszło kilka minut dodatkowego stresu na stojąco w wodzie. Start! Włączyłem Garmina, odczekałem kilka sekund i zacząłem płynąć… żabką .. bo inaczej się nie dało. Na szczęściu po kilku metrach przeszedłem do kraula, co chwila kontrolując kierunek. No i właśnie z tym był problem. Nie widziałem bojek! Potwierdziły się obawy z dnia poprzedniego. Były za małe i jakieś .. ciemne. Trochę wobec tego nadrobiłem, jakieś 200m wg GPS, choć zapewne trasa też była dłuższa niż 1,5km. Brak punktu odniesienia powodował, że zatrzymywałem się na chwilę i oceniałem sytuację.. muszę nad tym popracować, bo to zupełnie wybija z rytmu. Dodatkowo płynąłem prawie cały czas oddychając na prawą stronę. Podświadomie bałem się nadwyrężać szyję.

Wychodzenie z wody w połowie dystansu, ciekawe dla kibiców, mnie również nie przeszkadzało. Był wtedy czas na kontrolę czasu … o matko! Ale słabizna jakaś 🙂 Ciekawostka jest taka, że tuż przed wyjściem z wody po 1 okrążeniu Garmin trzeci już raz dał znać o przepłynięciu kolejnych 300m…. Pływanie wyszło więc słabo ale bez zadyszki wyszedłem z wody, czekając kiedy dorwę mojego Wiliera.

Dobieg do zmiany po specjalnej macie, bezpieczny i szybki. Nie popełniłem błędu z Suszu gdzie zbyt mocno popłynąłem ostatnie metry i na miękkich nogach wyszedłem tracąc tracąc równowagę. Wspomnę w tym miejscu, że rywalizowaliśmy z kolegą kto będzie lepszy w tych zawodach, a stawką był nawet pewien zakład. W strefie dowiedziałem się, że kolega Andrzej wyjechał jakieś 5 minut temu … Ile?? 5Minut???! [w rzeczywistości było trochę mniej]. No to ładnie … Kask, skarpety, buty … żel i baton corn do kieszeni stroju, drugi corn w zęby i .. no właśnie.. kolejny raz tracę na tym czas – rękawiczki nie chcą się dać ubrać ! 🙂 Nie ta strona, palce nie chcą wchodzić ..

W końcu dałem radę i jazda. Wpinanie w pedały z jednoczesnym zagryzaniem batona, łyk izotonika i gazu! Szybko dogoniłem i zostawiłem jedną, drugą osobę, grupkę .. i jadę sam. Wiem, że za 1km będzie krótka górka i potem 5k lekkiego nachylenia „+”. Po drodze zgubiłem żel, który sobie wypadł bez pytania. Doskoczył ktoś .. z „Akademia Triathlonu” na stroju. Jedziemy, zmieniając się i dogadując co do długości zmian. Przez 10 km jedziemy razem, wyprzedzając kolejnych zawodników. Po drodze załapało się dwóch w tym jeden dogoniony a jeden nas doszedł. Okazało się, że to Adam kolega z klubu, znakomity biegacz i jak się okazało, niezły kolarz. Jedziemy zgodnie pracując jeszcze jakiś czas. Stwierdziłem, że to dla mnie za szybko i odpuściłem. Kolejne okrążenie jechałem sam. Nie przypominam sobie, żeby wyprzedził mnie jakiś pojedynczy zawodnik – teraz to sobie uświadomiłem :). Jakoś w połowie 2 okrążenia wyprzedził mnie pociąg zawodników z czołówki. Przez moment miałem myśl, żeby „siadać na tzw. koło” ale byli za szybcy -oceniłem. Po niedługim czasie kolejny pociąg, wolniejszy, jak mi się zdawało.. z dziewczynami…

Złapałem koło i jadę. Prędkość wzrosła do 38 km/h :). Nieźle – pomyślałem – byle się trzymać. Przydało się doświadczenie z toru kolarskiego i brak strachu w jeździe w tłoku. Niesamowite uczucie, jedziesz szybko, masz czas na odpoczynek i mijasz kolejnych zawodników. No ale wszystko co dobre też się kiedyś kończy. Wypadła mi butelka z izotonikiem [trzeba było bidon brać] … chwila zawahania i pociąg sobie odjechał. Wystarczyło kilka metrów. Nie byłem w stanie doskoczyć. Szkoda :). Ostatnie okrążenie przejechałem samotnie, bez picia i jedzenia, co też miało swój specyficzny urok, dało do myślenia a w konsekwencji doprowadziło później do deficytów podczas biegu.

W strefie zmian widzę trochę rowerów, nawet sporo. Zerknąłem na czas. Pierwszy raz.

– Nie jest tak źle – pomyślałem – poniżej 2h. Wypiłem duszkiem 0,33 litra wody którą miałem wziąć na bieg. Trochę ulżyło.

Gdzie moja czapka?? Gdzie? Ach.. koleżanka schowała przed biegiem… Zupełnie o tym nie pomyślałem wtedy. Dobra, biegnę.

– Proszę zabrać numer startowy! – sędzia zawrócił mnie po kilku metrach. Łapię numer i w nogi. Ktoś do mnie krzyczy z boku.. Nie wierzę własnym oczom. Przecież Ania też startuje, co ona robi na trawie w cieniu? Krótka rozmowa o tym co się jej przydarzyło.

– Ania, masz czapkę?

– Mam.

– Dawaj!!!

Nawet przez moment nie pomyślałem później w tym upale, że ta czapka była CZARNA :). I całe szczęście.

Bieg do 1,5km zgodnie z planem w tempie poniżej 5min/km. Potem kolka [to te 0,33l wypite duszkiem?], pragnienie [odezwał się brak wody na ostatniej pętli kolarskiej].. I to by było na tyle – zdawał się mówić mój organizm, który nie pozwalał biec szybciej, reagując wtedy wzrostem tętna ponad strefę tlenową. Woda, dajcie mi coś do picia, gdzie ten bufet miał być??! – zły na siebie – truchtałem w tempie 6-6’05min/km.

Koniecznie muszę tutaj wspomnieć o – moim zdaniem – zbyt małej liczbie miejsc gdzie można było się napić. Przy ostatnim już bufecie zauważyłem, że ktoś podaje mi połówkę banana, z czego chętnie skorzystałem. Nie wiem czemu nie było tego wcześniej.

500 metrów przed metą spojrzałem na czas. Drugi raz. 3h00min… Jak na tyle błędów to całkiem dobrze :). Poprawiłem numer startowy, pozdrowiłem krzyczących „brawo” kibiców.

Rawa_meta

Szczęśliwy dobiegłem do mety, trzymając się „tlenu”. Woda na mecie smakowała jak nigdy w życiu! :). W krótkim czasie wypiłem 1,5 litra co też świadczy, że „hamulcowym” były braki wody w organizmie.

Zawody oceniam pozytywnie, ale nie mam zbyt dużego doświadczenia, więc nie wiem co jest normą a co zaniedbaniem etc.. Za rok pewnie też tam przyjadę jak Bóg pozwoli, przez sentyment do miejsca mojej pierwszej w życiu „olimpijki”. No i zakład wygrałem :).

Tekst: Ryszard Cieśla

Jeśli chcecie się podzielić swoimi wrażeniami nie tylko z imprezy triathlonowej – piszcie trifun.pl@gmail.com

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *