Rzeźnik – Pain is Good TRI-fun.pl Team & Poranny Patrol na trasie!

PiG Tema

Ciemno wokół, choć nie czarno. Jest tuż przed 3 nad ranem, a ludzi tyle że nie sposób ogarnąć wzrokiem. Trochę chłodno. Ostatnia analiza czy wszystko jest w porządku, jeszcze endo trzeba uruchomić. Nuta niepewności – coś jakby stresik. Jak to będzie? Czy pójdzie (a raczej czy pobiegnie się)?

I wreszcie po kilku minutach, w takt charakterystycznych rytmów, po wystrzale ze strzelby, ruszamy. PiG Team&Poranny Patrol wśród niemal 1,5 tys. biegaczy.

Biegniemy zupełnie swobodnie. Pilnujemy się wzajemnie, żeby nie przeginać na starcie. Jednocześnie staramy się też nie zostać w tyle przed węższym fragmentem gdzie tworzą się korki. tempo przyzwoite 5:30 przy spokojnym oddechu. Niestety moje buty sprawiają mi psikusy “nabierając” kamyczków. Trzy postoje związane z wyciąganiem kamieni. Dzięki Patrykowi robię to zanim zdążą narobić dziadostwa na moich stopach. Po to się ma partnera na biegu, żeby się wzajemnie pilnować.

RZ1

Wbiegamy do lasu. Czołówki oświetlają skrawki trasy. Po godzinie mijamy Duszatyn (600 mnp) i wspinamy się żwawym krokiem na Chryszczatą (997). Patryk cały czas czuwa nad moim nawodnieniem przypominając o tym w odpowiednich odstępach czasu. Samopoczucie po 16tu kilometrach jest niezwykle obiecująco dobre, choć nie obeszło się bez wizyty poza szlakiem w krzaczki, co budziło we mnie lekką obawę o dalszy przebieg. Czy aby to już stałą się świecką tradycją? Co zjadłem? Niby nic takiego, chleb z nutellą. Miałem jednak na przepakach antidotum w postaci elektrolitów. Byle do Cisnej.

Po 2 godzinach i 20 minutach docieramy na przełęcz Żebrak. Nie marudząc za wiele na wodopoju kierujemy się w dalszą drogę, pokonując kolejne wzniesienie bardzo sprawnie.

Przenikliwy wiatr burzył błogostan trafiając na rozgrzane ciało gwałtownie je wychładzał. Konieczność oczyszczania przegród nosowych był dowodem dyskomfortu. Robiło się jednak coraz cieplej kilometry mijały. Wołosań zaliczony jednak zbiegając pojawił się niepokojący ból kolan najpierw w lewej nodze. Nie za mocny ale budzący niepokój. “ Boli ręka boli noga … ale wyścig nadal trwa” nucąc w głowie słowa piosenki napieraliśmy. Zbieg do Cisnej i przepak. Tam w rytm muzyki niemal jak na finiszu wpadliśmy na orlika.

Przebrane skarpety oraz koszulka. Z jedzenia tylko jeden baton na trasie zniknął i soczek kubuś czy smakuś – jakiś taki gęsty. Nie lubię produktów, które długo się zjada typu baton, czy czekolada. Zdecydowanie preferuje szybko zjadalne żelki, galaretki lub rodzynki. Właśnie te ostatnie podjadałem na trasie. Płyny, a wraz z nimi elektrolity uzupełnione, więc kijki w ręce i powrót na trasę.

RZ2

Piękne podejście na Małe Jasło kijki się zaczęły sprawdzać Wprowadzając miarowy rytm dodatkowo wspomagałem nogi, odchodziłem Patrykowi. To były nie liczne chwile na trasie gdzie miałem poczucie mocy. Zanim dotarliśmy na Jasło czułem, że zaczynam walczyć.
Moje milczenie i zdawkowe odpowiedzi mogły o tym świadczyć. Patryk miał jeszcze dużo energii nagrywał filmik, robił zdjęcia, o coś pytał a ja nic tylko koncentracja na drodze i napieranie. Zajście z Jasła było już bolesne, później Fereczata zaliczona i biegniemy w dół. Jeszcze biegnę, ale już z bólem.

Spotkanie ze znajomymi twarzami u podnóża Fereczatej tuż na początku “drogi Mirka” było szybkie. Ewa, Monika i inni wolontariusze zrobili punkt z wodą na ok 7km przed Smerekiem. Wsparłem się na kijkach zrobiłem skłon chciałem chwilę odpocząć. Musiałem strasznie wyglądać, bo pomimo tego, że stałem tuż przed Ewą (raczej wisiałem na kijkach) rozglądała się pytając Patryka gdzie jestem. Zimna woda wylądowała na głowie. Ależ to było miłe uczucie. Dostałem taki prezent od Ewki albo Moniki już sam nie wiem, ale był mi potrzebny. Już prażyło słoneczko.

Ruszyliśmy drogą Mirka, ale niestety z częstymi przejściami w marsz. Kolana i mięśnie już były w takim stanie, że musiałem stawać, żeby coś się porozciągać. Napieraliśmy do przodu co rusz mijając Wojtka z jego partnerem, też Patrykiem. Jak ja przechodziłem w marsz to oni nas mijali i taka zabawa miała trwać jeszcze przez kilkanaście kilometrów. Smerek osiągnęliśmy już w tempie niemal na piątkę, a przynajmniej tak twierdzi Patryk. Parłem ostatnie kilometry, żeby móc położyć się na przepaku i zluzować nogi. Dać im odpocząć choć trochę.

Smerek ogarnięty tylko dzięki Patrykowi ja nie ogarniałem nawet własnego przepaka. Paliło, ani deka cienia. Chwila leżenia na trawie a tu już pomidorówka od Patryka, wypiłem trochę na siłę, ale wiedziałem, że muszę. Podstawowa higiena, zmiana skarpet, koszulki. Z trudem wstałem, żeby podejść do wodopoju napełnić bukłak. Lecimy dalej. Wydawało się, że na punkcie kontrolnym w Smereku spędziliśmy minutę, a w rzeczywistości minęło ich ponad 20. Zmęczenie sięgało 8 /10. Po jakimś czasie zrobiło się trochę lepiej. Pomidorówka zadziałała.

RZ3

Podejście pod Smerek sprawiło nieopisaną ulgę. Niestety skończyło się i przeszło w piękne, ale bolesne napieranie na Chatkę Puchatka. Każdy krok to niewiarygodne kłucie w kolanach. Na to nałożyło się jeszcze ogólne zmęczenie. Wysoką temperaturę przyćmiewał ból.
Dotarcie do Chatki Puchatka i świadomość, że już nie zdążymy przed dwunastoma godzinami pozwoliło na chwilę wytchnienia i ponowne rozciągnięcie zmęczonych mięśni.

Dalsza walka z bólem, przypomniała tekst piosenki: “ O Caryńska ileś mi krwi napsuła”. Słowa ziściły się co do joty. Ostanie 8km radziłem sobie jak Kamil Leśniak w Bochni (krzycząc przy każdym kroku). Musiało to budzić zdziwienie wśród turystów, których na szlaku nie brakowało. Momentami próbowałem śpiewać. Patryk zapierniczał w dół, a ja starałem się go nie zgubić.

Ostatnie kilometry to była już masakra. Chciałoby się powiedzieć, że gnaliśmy jak nakręceni, ale niestety ja byłem tylko nakręcony, a z gnaniem to raczej miało nie wiele wspólnego. Kilka wyprzedzonych par to owoc zrywu. Ostatnia prosta i META. Medal na szyje. Piwko Ursa. Upragniona możliwość położenia się z nogami do góry. Ale radość jakaś taka ciężka, zmęczona. Do świadomości dociera ZROBILIŚMY TO ! Ja po raz pierwszy, Patryk już drugi!!!

RZ4

“ w sercu radość w ręku medal… OT OTK OTK Rzeźnik !!! “. Dzięki Patryk, dzięki Grześ. Tak to dzięki Tobie tak się zakończył ten wyścig !!! Dedykuje ten wysiłek właśnie Tobie Grześ PiG Team partnerze !

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.