Second edition Xterra Swimrun World Championship – to the World’s End

Terra

Kiedy rok temu w wrześniu, na pierwszych treningach pływackich, a raczej po nich na saunie, wymienialiśmy się wrażeniami z sezonu letniego, Feda był podekscytowany ekstremalnym startem, którego dokonał na XTERRA OPEN WATER race Horten – Moss, czyli 10km na odcinku, gdzie normalnie przepływa się promem, to jego dokonanie przyćmił Steinar, który wraz z Fred Artuhr-em pokonał pierwszą edycję XTERRA SWIMRUN, czyli 50km w biegu i 8km w wodzie.

Ja słuchając tego starałem sobie wyobrazić, jak jest to zrobione, że płynie się, biegnie, ale w czym stroje na zmianę się nosi, gdzie się przebiera?

Szybko okazało się, że jest to mega bieg przełajowy, wymyślony chyba w Szwecji, skąd przyjeżdżają najlepsi, a startuje się w butach, z wiosełkami na dłoniach i pullboy-em na nodze, oraz w krótkiej piance, a tak jak się człowiek wyposaży na starcie, to musi z tym oporządzeniem dobiec do mety.

Miesiące mijały, ale Feda nie zapomniał opowieści o niesamowitej przygodzie, a jako że w zawodach tych startuje się parami, zaczął poszukiwania partnera. Wybór padł na mnie, choć byłem bardzo niechętny i długo się wahałem, dopiero w lutym 2015 roku postanowiliśmy, on jedzie ze mną na IM 70.3 w Gdyni, a ja startuje z nim w zawodach pod znakiem XTERRA.

Po rejestracji dostajemy powitanie na stronie organizatora i z niego dowiadujemy się, że jako pierwsi będziemy reprezentować Polskę oraz Bośnię i Hercegowinę. Dni mijają, treningi płyną, zaczynają się pierwsze starty i pojawia się pierwszy klops.

W Haugesund na IM 70.3 dostaję slot na IM 70.3 w Zell am See, które są w tydzień po SwimRun. Co jak co, ale sam start w MŚ IM jest już mega, więc zaczynają się poszukiwania zastępstwa mojej osoby do team-u. Jednak po obozie szkoleniowym i rozmowach z trenerem Tomkiem Antosiakiem oraz ustaleniem z Feda, że lecimy tempem wczasowym i odpuszczamy pokonanie drugiego teamu z Arendal, dochodzimy do tygodnia poprzedzającego zawody, gdzie w końcu obcinam nogawki pianki i robimy dwa treningi w oporządzeniu na SwimRun.

Ja płynę bez wiosełek ze względu na słabe ramiona, Feda płynie bez pullboy-a, bo okazuje się, że buty i pianka całkiem nieźle unoszą nogi. Niestety podczas trzeciej pętli, przeskakując przez łańcuch, staram się złapać zająca, co skutkuje plaskiem o asfalt i rozciętym kolanem, co Feda kwituje z uśmiechem, uff dobrze że uciąłeś nogawki, bo tak byś zniszczył piankę.

Drugi trening w niedzielę, robimy wraz z Steinarem, więc możemy posłuchać jeszcze więcej rad od kogoś, kto już przebiegł ten wyścig.

Wszystko funkcjonuje dobrze, choć bieg 4,5km w długich rękawkach powoduje delikatne przegrzanie. W piątek o 13 wyruszamy do Tjøme, gdzie o 16 rejestrujemy się u głównego organizatora Tom-a Remman-a, człowieka który był tak zaangażowany w organizacje poprzedniej edycji, iż musiał zostać hospitalizowany, gdy uczestnicy dobiegali do mety. Jest to też facet, który w tym roku otrzymał różową koszulkę, za ukończenie po raz dziesiąty Norseman-a.

Stawiamy się w pięknych koszulkach ARENDAL TRIATHLON TEAM SLAVIC, które zaprojektował dla nas Dariusz i jego firma Revecto, bo jak mówi Joanna KOZA Kozaniecka, co nie dotrenujesz to dowyglądasz.

Słońce świeci, temp wody w granicach 19st, odbieramy GPS, numer startowy oraz dwie reklamówki na ciuch do odbioru na mecie, oraz druga na własne wyżywienie, które będziemy mogli odebrać na punkcie żywieniowym nr 4. Dojeżdża też druga ekipa z Arendal team KILLER WHALE z Steinarem i Fred Arthur-em.

Szybka kolacja z hamburgerem i piwkiem i pędzimy na odprawę, na której pada jedno pytanie, zadziwiające dla mnie, jakie są pływ morskie przewidziane na jutro, WTF? Odprawa mija, po raz kolejny poznajemy trasę: https://app.box.com/s/7ynnizfia7j2d8fu11c2ebuhbe1hd9s7 i udajemy się do swoich pokoi.

Pogoda na start to około 20-25 st i woda w granicach 20st, więc z żalem pozbywam się również rękawków od pianki. O 22 lądujemy w łózkach, ale długo sen nie przychodzi, by po chwili być brutalnie przerwanym na śniadanie o 2:30. Ledwo widząc na oczy, połykam trzy kanapki z dżemem i żółtym serem, niestety nutelli brak, i podwójne espresso. Szybka toaleta poranna, ubranie na siebie wszelkich dóbr na wyścig i o 3:40 ruszamy autobusem do Tønsberg. Po 45 minutach wyskakujemy z autobusu, lecz po krótkim siku i postoju na 10st, decydujemy wrócić i trochę się dogrzać. Z powodu problemu z gps-ami zawodników start następuje o 5:05.

terra2

Pierwszy etap to wspólny bieg za samochodem prowadzącym i dopiero po 2,5km truchtu rozpoczyna się wyścig, gdy wskakujemy do wody, a ta zaskakuje swoją ciepłotą. Po jakiś 400m wychodzimy z wody i biegniemy po pierwszej wyspie, tu przekonuję się, że będzie to typowy bieg techniczny, na asfalt można liczyć, ale w późniejszych odcinkach, a wychodzenie z wody po kamieniach, które są ukryte pod zielenią morską, nie jest łatwe, co przypłacam zdartymi opuszkami palców, oraz paroma upadkami.

Gdy pokonujemy kolejną wysepką i wskakujemy do wody, widzę niektóry ekipy już na kolejnym brzegu. Podczas tego etapu, Feda nagle staje, ale nie daje żadnych znaków, wcześniej umówiliśmy się, że ten który płynie pierwszy, ostrzega przed meduzami, ten jednak przed niczym nie ostrzega, tylko pokazuje mi wyłaniające się zza horyzontu słońce, a jego słowa, so romantic, doprowadzają mnie do zadławienia wodą ze śmiechu. W końcu miało być bardzo krajoznawczo.

Kolejny bieg, kolejny odcinek w wodzie, bieg i stajemy na krańcu wyspy, a po drugiej stronie widać przystań, tylko zastanawia nas, czemu ludzie płyną na prawo, skoro flaga powiewa na lewej stronie, ale to szybko się wyjaśnia, gdy w połowie drogi do mojej osoby bardzo szybko zbliża się znak wodny, a ja pomimo wszystkich sił nie umiem płynąć do przodu, więc to po to było pytanie o pływy morskie.

Ten odcinek około 500m kosztuje mnie bardzo dużo energii, gdyż bez wiosełek naprawdę ciężko pokonać boczny nurt. Wychodzimy na brzeg i spotykamy linę, bo tu musimy się wspiąć na 50m, by po chwili biegu w lesie zbiec wprost do pierwszego punktu żywieniowego. Szybkie dwa kubki wody i mały kubek Fresubin i ruszamy dalej.

Pierwszy w tym dniu skok do wody i przełamanie lęku, bo skoki do wody często tego dnia wykonujemy z wysokich przystani, czasem 2-3 metrowych. Dwa krótkie biegi i dwa płynięcia i meldujemy się na drugim posiłku oraz pierwszym Cut Off, które ma nastąpić o 8:30, a na którym nasza ekipa stawia się godzinę wcześniej.

Kolejny skok z wysokości, ja ułatwiam sobie zejściem do połowy drabinką, płyniemy, biegniemy, płyniemy, biegniemy. Pięknie słońce zaczyna przygrzewać, ale kiedy pojawiamy się przed najdłuższym odcinkiem pływackim 1100m, ja padam na plecy i nie mam ochoty płynąć dalej. Ramiona palą po walce z prądem, a tu pani również informuje o bocznym pływie, na dodatek pojawia się ból w kręgosłupie, chyba nogi zbyt mocno wypychane są do góry podczas płynięcia i wygina mnie ciągle w łuk.

Po chwili odpoczynku, pokrzepiającej gadce Feda, ustalamy taktykę i zaczynamy płynąć. Płyniemy na punkt, którym jest dom położony o jakieś 500m w prawo od flagi organizatora. Jednak w połowie drogi już płyniemy wprost na flagę, a później musimy trochę korygować, by w końcu wyjść na skalisty brzeg.

Rzucamy się w pogoń za ekipą, która znika nam w lesie i tam po raz pierwszy korzystamy z map. Okazuje się, że już jesteśmy na wyspie w kształcie ptaka, gdzie jest zakaz poruszania się po niej, więc możemy biec tylko brzegiem, fajne norweskie prawo, nawet jak ktoś ma dom nad samym brzegiem nie ma prawa zakazać Ci przejścia po plaży, bo te należą do wszystkich.

Na Gåsøy biegniemy w trzy drużyny i tam skracamy bieg poprzez małe przeprawy wodne. Głód doskwiera i wbrew zasadą korzystamy z poczęstunku ciastkiem zbożowym i łykiem wody, od ludzi, którzy dopingują jedną z drużyn na małej łódce pontonowej. Krótka przeprawa wodna i tu moje przedramię doznaje małego poparzenia, meduza która była daleko, rozpuściła swój welon, a ten – jak się dowiaduję – może sięgać 3 i więcej metrów.

Po krótkim biegu znów w wodzie i tu Feda łapie poparzenia. Później kolejna mała przebieżka, krótki odcinek wodny i jesteśmy na trzeciej stacji z pożywieniem. Wypijamy dużą ilość wody, coli, połykamy po żelu i wcinamy garściami mieszankę orzechów i suszonych owoców. Ściągamy również pianki, bo teraz czeka nas pierwszy bieg powyżej 5km. Ruszamy w drogę i na jednym z podbiegów, pytam kolegę z drużyny, gdzie jego entuzjazm z rana i co się stało z uśmiechem, ale po chwili odzyskujemy siły i zaczynamy biec w tempie założonym, a nawet trochę poniżej 6:00.

Po asfalcie i biegu w lesie dobiegamy do pierwszego na trasie zbiornika z wodą słodką. Płynę tam jednocześnie cały czas łykam wodę i staram się wypłukać słony smak z ust. Na wyjściu dostajemy wskazówki, jak dalej biec, a przed kolejnym skokiem do wody czekają na nas dzieci gromko krzycząc heia heia i machając flagami norweskimi.

Tu mamy 500m płynięcia, z tym że po środku czeka nas 50m wyspa, po której trzeba przebiec. Na drugim odcinku eskortuje nas kajak, a z rytmu płynięcia wyrywa mnie nawoływanie Feda. Zatrzymuje się i dostaję miłą informację, na przystani czeka jego mama na nas. Krótka wymiana uścisków, chwila wytchnienia i ruszamy do stacji żywieniowej nr 4.

Tu popełniamy wielki błąd, bo spragnieni i głodni nie zważamy na to, co było w instrukcji wyścigu i połykamy po dwa pełne opakowania Fresubin-y, mnóstwo wody, z braku coli nadrabiamy po kubku red bull-a. Na efekty nie trzeba długo czekać, po kilometrze Feda wymusza wymioty, a ja w nadziei, że płynięcie w słodkiej wodzie wyciągnie ten nadmiar ruszam wpław, ale niestety, płynę jak pijany i zaraz po wyjściu z wody również wymuszam opróżnienie żołądka.

Na stacji żywieniowej było również drugi Cut Off o godz 12:30 nad którym wciąż mamy jedną godzinę przewagi, ale od tej stacji będzie już tylko gorzej z powodu problemów żołądkowych. Staramy się biec, ale ciągle jest to trucht i spacer, tempo wzrasta do 10min na km, na domiar złego jest to również odcinek około 5km i jak przed stacją traciliśmy do drugiej ekipy z Arendal jakieś 5min, czas podany przez mamę, to teraz lecimy w dół.

Radek_Uliasz_sierpien

Długi bieg i gdy lądujemy przed etapem około 400m płynięcia, jesteśmy wyczerpani, ale na szczęście woda trochę nas ożywia. Dawno nie cieszyłem się tak na skok do wody, na tym odcinku płyniemy z inną drużyną, a eskortuje nas przypadkowy pan swoją drewnianą łódką i jak się okazuje, pływa i zabezpiecza inne ekipy. Kolejny bieg, na którym na próżno szukamy żeli schowanych w piankach, które musiały wypaść na biegu, 700metrów w wodzie i zjawiamy się na piątym punkcie żywieniowy, gdzie czeka nas tablica z wynikami, na której lądujemy na 40 pozycji o godzinie 13:32.

W mojej głowie pojawia się smutek, bo do głosu dochodzi myśl, że ostatni Cut Off na mecie ma być o godz 15 lub 15:30, a przed nami 200m w wodzie, 5km biegu, 700 metrów płynięcia i ostatnie 6km do mety, więc jest ciasno.

Odcinek płynięcia pokonujemy z głowami nad wodą, gdyż jest to mały przesmyk i duży ruch łodzi. Na brzeg wychodzimy dopingowani przez właścicielkę posesji z dzieckiem na rękach, która udostępniła organizatorom swoje włości. Feda informuje, że to 5km biegu, więc ściągamy pianki, ja nakłaniam byśmy nie tracili czasu tylko biegli, bo odcięcia czas bliski.

Biegniemy i biegniemy, komicznie wyglądamy i chyba dla dzieci nieco dziwnie, bo co chwilę jak my, na plażach pośród wypoczywających, pojawiają się ludzie w piankach, czepkach i biegają między ich ręcznikami. Do szóstej stacji żywieniowej biegnie się i biegnie, po drodze wskakujemy na czyjś ogródek i korzystamy z węża ogrodowego, woda słodka i nic więcej człowiekowi nie trzeba. Na punkcie stawiamy się w trzy drużyny, każdy pluje wodą dla sportowców, która okazuje się słoną wodą, ale wcina wszystko inne co jest na stole: żele, pomarańcze, winogrona.

Wchodzimy pod most, woda, zimna jak diabli, choć ma 20st, ale po chwili czuję, że rozgrzany na nie 5km, a jak się okazało 7.5km biegu, organizm wraca do swojej temperatury. Kiedy wychodzimy na pomost hotelu, gdzie mieszkamy, zostaje nam już ostatnie 6km, ale wiemy, że czas odcięcia nastąpi za pół godziny. Jednak niesieni dopingiem ludzi pijących piwko i jedzących dania serwowane na ogródku hotelowym, ruszamy w bieg, swoją drogą. Tak jak w Gdyni, tak i tu powinni zakazać spożywania na odcinkach, gdzie się biegnie. Tu pytam też Feda, czy za rok będziemy mieli lepszy czas, ale widzę tylko uśmieszek i wiem, że tak naprawdę były to jedne z najcięższych zawodów dla niego, który przecież w tym roku pokonał pełny dystans IM.

Po drodze wbiegamy na stare działo, które jest punktem widokowym, skąd już widać Verdens Ende, czyli naszą metę, do której zostało już lub aż 3km. Nie zbiegamy po schodach, tylko ścinamy trochę na przełaj, bo w głowie mamy zapamiętane, jak Tom mówił, że nie koniecznie trzeba użyć schodów, lecz można na własną rękę inaczej i nam się to udaje, więc nogi nie muszą być skatowane schodzeniem po schodach.

Teraz już krótki szuter, ścieżka rowerowa i bieg do mety, niestety Feda tu łapie kolkę, więc podtrzymując się na duchu, że ukończyliśmy już to, truchtamy, spacerujemy i małymi kroczkami pokonujemy ostatnie 500m biegiem i meldujemy się na mecie po 10 godzinach i 49 minutach, co na końcowej klasyfikacji daje nam 32 pozycję z 52 teamów, które tego dnia wystartowały, z czego 3 w trakcie poddały się i piły wino u gościnnych ludzi, oczekując na odbiór przez organizatora.

Terra

Na mecie pyszne piwko, bardzo dobry napój regeneracyjny firmy CYL o smaku winogrona, zdjęcie pod najstarszą latarnią, toast coca colą i powrót do hotelu. Wieczorkiem wspólny grill i masa pozytywnych ludzi poznanych przy pysznych hamburgerach i wyśmienitym tego dnia zimnym piwku. Gdy rano następnego dnia zeszliśmy na śniadanie, od razu poznawało się ludzi odpowiednio opalonych, chodzących z podniesioną głową i uśmiechem, bo ten pomimo zmęczenia sam cisnął się na twarz po tym co przeżyliśmy. Na pozdrowienia do zobaczenia za rok ja odpowiadałem pokiwaniem głową, bo na tą chwilę ciężko mi stwierdzić, czy poddał bym się takiemu morderczemu wysiłkowi raz jeszcze, jednak innych zapraszam, więc może za rok Ty pojawisz się na starcie i dołączysz do grona póki co 150 śmiałków, którzy ukończyli i kolejnych, którzy zgłoszą się do trzeciej edycji Xterra Swimrun World Championship – to the World’s End.

Tekst: Radek Uliasz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *