Sieraków – przyjazny, acz wymagający

Marek_sieraków2

Relacji z Sierakowa mamy kilka. Oto nasz Marek opowie, jak mu się startowało.

Wielkopolska bardzo długo nie kojarzyła mi się z jeziorami. Mazury wiadomo, ale Wielkopolska? Swoje wyobrażenie zmieniłem dopiero niedawno, ale i tak wtedy jeszcze nie myślałem o triathlonie. Trochę wokół tych jezior biegałem. Ale pełnię ich wartości, nie tylko tych widokowych,  miałem okazję docenić pierwszy raz. Wystarczy zjechać z autostrady i już spomiędzy drzew co chwilę wyłania się niebieska tafla wody. Okolice Sierakowa oprócz tego, że usiane są gęsto jeziorami, mają jeszcze sporo różnych wzniesień. Przy tak słonecznej pogodzie na jaką trafiłem, kwitnące maki i chabry, które rosły w zaczynającym się złocić zbożu tylko dopełniały tego sielskiego krajobrazu, którym można by zapełnić niejeden folder o polskiej krainie, mający ściągnąć do nas tłumy spragnionych życia wśród natury obcokrajowców.

No, ale w końcu nie przyjechałem do Sierakowa odpoczywać, ani wylegiwać się nad jeziorem. Ćwiartka dystansu Iron Mana to miał być dzień treningowy. Cel w tym roku jest jasny i prosty. Rozpocząć przygotowania do przyszłorocznego startu w Iron Manie, a po drodze, w Gdyni na połówce poprawić czas sprzed roku o co najmniej pół godziny. Stąd sporo startów na krótkich dystansach. Po pierwsze po to, by na dobre oswoić się z otwartą wodą, a po drugie, żeby nauczyć się i wytrenować całą tę logistykę w strefach zmian.

Marek_sieraków

Kolejny krok zrobiony. Start do etapu pływackiego niemal idealny. Zawodników podzielonych na trzy tury do strefy startu zapraszał sam Jerzy Górski. Rozpoczynanie pływania odstępach co dziesięć minut sprawiło, że nie było tłoku i każdy miał w miarę dobry komfort i przestrzeń dla siebie. Nie było właściwie żadnych przepychanek, zderzeń, wpłynięć czy napłynięć na innych zawodników. Do tego Jezioro Jaroszewskie w miejscu startu miało łagodny brzeg, który łagodnie wchodził w wodę, ale szybko robiło się na tyle głęboko, że nie trzeba było marnować sił na skakanie po wodzie, bo dosłownie po kilku krokach można już było płynąć, aż do mety pierwszego odcinka. Na brzegu, organizatorzy zadbali nawet o to, by ktoś pomagał wychodzić z wody. Ale tu sielanka się kończyła. Dobieg z wody do strefy zmian, to już mały hardkor. Nie dość, że daleko, to jeszcze mocno pod górę i po mocno nierównej ścieżce. O wywrotkę w takich warunkach nie było trudno. Nawet to, że ścieżka była częściowo przykryta wykładziną wiele nie pomagało. Zresztą podobnie było z wybiegiem na trasę rowerową. Co prawda już nie było pod górę, ale nadal bardzo nierówno. To na pewno element, który można by poprawić. I jest to we wspólnym interesie zarówno organizatorów, jak i właściciela obiektów.

Marek_sieraków2

Jednak gdy człowiek się już wydostał, trasa rowerowa rekompensowała niedogodności. Co prawda ruszyłem trochę z przeszkodami, za co ochrzaniał mnie (ale wstyd) nawet Jurek Górski przez mikrofon. Wszystkich, których lekko wstrzymałem przepraszam, ale to właśnie nauczka dla mnie. Za szybko chciałem włożyć stopy w buty przyczepione do SPD. Efekt taki, że prawie się zatrzymałem, a za mną kilku innych. No, ale jak już ruszyłem, to mogłem się cieszyć jazdą po gładziutkim asfalcie. Nawierzchnia z cyklu marzenie. Widoki z podobnej kategorii, ale już o samym profilu tego powiedzieć nie można. Podjazdy, czasem naprawdę wymagające przeplatane ze zjazdami. Ciągle w górę i w dół. Te różnice wzniesień w nogach można było poczuć bardzo szybko. Co było po wielu widać już na drugiej pętli. Za to wsparcie wolontariuszy w strefach odżywiania wzorowe. Podobnie jak i samo zaopatrzenie. No, bo żeby i woda, i izotonik, i banany, i cytrusy, i żele, aż dziwne, że nie można było poprosić jeszcze o piwo i pizzę. No i jeszcze coś co uwielbiam na imprezach organizowanych w małych wiejskich środowiskach, które na ten dzień integrują wszystkich. Dlatego przed płotami na krzesłach siedziały i kibicowały całe rodziny, od maleńkich dzieci, po wiekowe prababcie. Aż trudno się nie uśmiechnąć, a wiadomo że nic tak nie pomaga przy wysiłku jak takie właśnie momenty, kiedy możemy się uśmiechnąć, pomachać, kiedy czujemy prawdziwe wsparcie.

Wsparcie to miało się potem bardzo przydać. Bieganie w Sierakowie, to istny trening crossowy. Nie dość, że głównie po lesie, gdzie wystające korzenie i zmieniająca się nawierzchnia od pokrytej szyszkami leśnej ścieżki do piaszczystej drogi niemal jak na nadmorskich wydmach włącznie to norma, to jeszcze serpentyna w górę pod koniec pętli i całej trasy biegowej potrafiła skutecznie wykończyć. Według mojego GPS-owego zegarka wbiegałem tam prawie dwie minuty wolniej niż biegłem na trasie. A to chyba mówi samo za siebie. I tylko ten baner, na którym był wielki napis “ból to ściema” pozwalał wziąć to wszystko z przymrużeniem oka. Warto było się spiąć, bo finisz na stadionie zawsze zobowiązuje. Tym bardziej, że pogoda dopisała i przyciągnęła sporo Sierakowian. I mimo, że cały czas pilnowałem tętna, żeby nie za mocno, nie za wysoko, tylko jeszcze tak jak na treningu, to trudno się na takim finiszu nie dać porwać tłumowi i okrzykom.

Marek_sierakow3

Najważniejsze, że cele udało się zrealizować. I mam wrażenie, że udało się to wszystkim. W każdym razie ci, których widziałem, gdy wbiegali na metę, na takich, którym się udało wyglądali. A przecież o to właśnie chodzi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.