Swissman Extreme Triathlon – ekstremalna przygoda Michała Wojtyło

fot. Michał Kuczyński

O Norsemanie słyszał każdy – nie tylko dlatego, że to już legendarna impreza, odbywająca się w niezwykle trudnych warunkach, ale także z tego powodu, że startowało w niej kilku Polaków. Celtmana z kolei to wyścig dużo młodszy niż Norseman, ale równie wymagający. Od trzech lat na liście najtrudniejszych triathlonów widnieje Swissman – marka, która przyprawia o dreszcz ekscytacji i stanowi chyba największe wyzwanie w tym ekstremalnym tryptyku.

– Jak się czujesz? – pytam z rana Michała Wojtyło, członka grupy triathlonowej RAT.

– O drugiej w nocy byliśmy w Polsce, a już siedzę w pracy od rana, więc można powiedzieć, że dobrze – odpowiada ze śmiechem mężczyzna, który w sobotę 20 czerwca 2015 roku ukończył na piątym miejscu jeden z trzech najbardziej ekstremalnych triathlonów na świecie – Swissman Extreme Triathlon.

Czym jest Swissman?

Swissman Extreme Triathlon wystartował w 2013 roku i brało w nim udział raptem pięćdziesięciu zawodników. Organizatorzy postarali się, by był to spektakularny wyścig. Start z Islo Brissago – 3,8 km w chłodnym jeziorze zasilanym rześkimi wodami spływającymi z lodowców. Szybka zmiana w T1 i długi 180-kilometrowy etap rowerowy, wspinający się na trzy przełęcze: Gotthard, Furka i Grimsel, o łącznej sumie przewyższeń 3800 metrów. Kiedy ciało jest zmęczone, a głowa zaczyna mieć dość, zawodnicy muszą jeszcze pokonać maraton… pod górkę, wspinając się na wysokość ponad 2000 m n.p.m, gdzie kończą swój wyścig na Kleine Scheidegg. Zwycięzcą pierwszej edycji Swissmana, był Markus Stierl, który ukończył ten morderczy wyścig z czasem 11:29; w tym roku ciężkie warunki pogodowe dały się mocno we znaki i pierwszy zawodnik, Rafael Wyss, dobiegł do mety w czasie 12:38.

„Zwykły” triathlon dla niektórych to za mało.

Są tacy, którzy potrzebują intensywnie badać swoje granice wytrzymałości i ścigać się nie tylko z innymi startującymi, ale również z własnym ciałem i umysłem. Zawody w naszych warunkach klimatycznych mogą im się wydawać nudnym pływaniem w ciepłym (średnio 20˚C) zbiorniku, gnaniem po niemal płaskich trasach na ogół długodystansowych startów i bieganiem po asfalcie. Jedynym utrudnieniem może być palące słońce. Do takich osób należy Michał Wojtyło, członek Grupy Triathlonowej RAT. Kilka lat temu Michał obejrzał film z zawodów Ironman i – cóż tu wiele mówić – zakochał się w tym sporcie.

– Do tej pory nie wiem, czy to odwaga, czy brak rozsądku, jednak postanowiłem osobiście przekonać się, jak to jest usłyszeć “You Are an Ironman” wbiegając na metę zawodów – mówi.

Od tego momentu codziennie stawał przed nowymi wyzwaniami: nauka pływania w wodach otwartych, pierwszy półmaraton, maraton, triathlon, wyścigi kolarskie, pierwszy ironman. Potem pojawiło się marzenie o czymś wyjątkowym, niemal mrożącym krew w żyłach i elitarnym. Przyszedł czas na ekstremalne wyzwanie.

Swissman Extreme Triathlon to marzenie wielu

Pakiet startowy Swissmana to pewnego rodzaju szczęśliwy los na loterii. Na tegoroczną imprezę było dwieście slotów i… siedmioro chętnych na jedno miejsce. Organizatorzy otwierają zapisy, a potem losują spośród chętnych tych szczęśliwców, którzy kilka miesięcy później staną na starcie (i na mecie) jednego z trzech najbardziej ekstremalnych długodystansowych triathlonów nie tylko w Europie, ale i na świecie.

– Dopiero dochodzi do mnie, co się stało. Że dotarłem na 5 miejscu – tuż po wyścigu, przez komunikator, opowiada Michał.

Przez całą sobotę wiele osób śledziło jego zmagania z przeciwnościami pogody, patrząc w małą kropkę na wirtualnej mapie zawodów. Michał dotarł na metę o 18:53, a zegarek wskazał dokładny czas: 13:52:33

– Pogoda była straszna. Na szczytach śnieg z deszczem i śnieg. Na zjazdach grad i wiatr do 70km/h, ciągle w twarz. Trasa biegowa była trudna. Pływanie było wydłużone, bo też pod wiatr – jak cały dzień. Fale czasem zasłaniały światła na brzegu. No i pierwszy raz miałem w nogach 40 kilometrów ciągłego podjazdu. To naprawdę bolało.

– Bardzo długo byłeś na trzeciej pozycji. 

– Wiem, ale podbiegi były straszne. Ostatnie 8 km to była ściana płaczu. Jak na maratonie ma się ścianę raz, tak tu miałem co 10 kroków. Ale było śmieszne, bo jak na pierwszym podjeździe wyszedłem na 3 miejsce, to samochód organizatora był ciągle obok. I robili zdjęcia, filmy. Dziwne uczucie – śmieje się Michał. – Wtedy o niczym nie widziałem. Trener nie chciał mnie stresować.

Miałam okazję uczestniczyć jako support oraz media w ekstremalnym triathlonie w 2012 roku – był to Norseman. Widziałam wtedy zmagania Piotrka Sprawki, który dzielnie zdobywał Zombie Hill i dotarł do mety w limicie czasu. Wtedy na twarzy Piotra malowało się nie tylko zmęczenie, ale i determinacja. Teraz mogłam zapytać Michała o jedno:

– Michał, co miałeś w głowie? O czym myślałeś, kiedy tam byłeś?

– Aby nie zamarznąć. W głowie miałem kilka rzeczy. Często przychodziły mi do głowy SMS-y od ludzi z grupy, które dostałem przez ostatnie dni. Wiedziałem, że to co robię, ich motywuje. Że będą jechali za mną palcem po mapie, patrząc na tę kropkę z gps. I dosłownie miałem sytuację, że stanąłem na chwile. Ale mówię do Kuby, że lecimy, bo za chwilę będzie widać, że stoję – śmieje się Michał.

fot. Michał Kuczyński

fot. Michał Kuczyński

No tak – warunki w tym roku były ciężkie.  Zima nie chciała odejść z wysokich partii gór, lato nie zdążyło nagrzać powietrza. Szwajcaria zamarła pogodowo gdzieś w przedwiośniu.

– Był tam organizator Norsemana i Celtmana. Przy herbacie podszedł do tych pierwszych zawodników z gratulacjami i powiedział, że widział wiele, ale takich warunków jak w tym roku jeszcze nie było, dlatego decyzja o odwołaniu zawodów wisiała na włosku. Na szczęście grad zaczął padać trochę później, jak zawodnicy już jechali i nie było jak tej maszyny zawrócić.

Zawody tej rangi potrzebują najlepszego zabezpieczenia. To nie tylko spore odległości od poszczególnych stref zmian, ale również warunki, w jakich poruszają się zawodnicy. Fale utrudniające pływanie, wiatr podczas ciągnących się niemal w nieskończoność podjazdów, deszcz i śnieg przeszkadzające zmęczonym sportowcom w mozolnym biegu na szczyt.

– Ale niesamowite uczucie: ciśniesz na zjeździe 70km/h i nagle widoczność 10 metrów i zakręt. Wiatr był taki na zjazdach ze generowałem taka samą, jak na podjeździe. Fajnie się to teraz wspomina.

– A jaki był bieg?

– Bieg zaczynał się dwukilometrowym selektywnym podbiegiem. Potem było przez 20 km góra dół, ale tak lekko. Później już tylko w górę. To ostatnie 10 kilometrów dało w kość. Przez 20 km biegłem z fotografem. On co chwile się gdzieś ustawiał. A od 15 do 30km miałem support na rowerze, później już marsz i bieg wspólny na górę. No muszę przyznać, że Kuba Adam dobrze mnie przygotował, bo do końca fizycznie czułem się dobrze. Tylko góra mnie przerosła.

Każdy ma swój ukryty plan treningowy.

Michał tak podsumowuje swoje przygotowania do Swissman Extreme Triathlon:

– Nie zawsze kocham wstawać o 5 rano, żeby iść na trening. Ale jeśli już to robię, to zawsze z uśmiechem na twarzy – śmieje się. – Na pewno nie byłem tak zajechany, jak z Darkiem Sidorem [który był pierwszym Polakiem na Norsemanie – przyt. red.]. Treningów było mniej. Ale wiesz, ja nie miałem specjalnego planu. Trenowałem tak, jak grupa GT RAT. Tylko na swoich zakresach.

Dieta MIX

Przeważnie najwięcej wątpliwości, pytań, zaciekawienia jest na temat odżywiania. Dieta to połowa sukcesu (a nawet więcej) podczas przygotowań do startu. Nie pytałam, co Michał jadł przed startem. Istotniejsze było to, jak żywił się podczas wyczerpującego wyścigu Swissman.

– Jedzenie to był MIX, opierałem się na Enervicie. Przede wszystkim na batonach, trochę żeli. Ale też miałem swoje batony – home made. Do tego dużo izotoniku i czystej wody. A w określonym wcześniej czasie cola. Było na tyle dobrze, że kolacja była normalna, a śniadanie dzień po takie, jak zawsze.

Szwajcaria to piękny, górzysty kraj, który zachwyca otaczającą naturą. Polodowcowe jeziora, wyraźnie zarysowane piętra roślinne. Szare skały, które pokrywa lodowiec, lub szczyty ginące w chmurach.

fot. Michał Kuczyński

fot. Michał Kuczyński

– Widoków za wiele nie pamiętam. Był piękny wschód słońca, jak płynąłem, ale w podziwianiu przeszkadzały fale. Pierwsze 40 km było relatywnie płaskie, ale w podziwianiu przeszkadzał czołowy wiatr. Reszta roweru to jazda w chmurach, z widocznością do 100 m. A nawet jak zjechało się niżej, to nie było widać szczytów. Bieganie to już co innego. 30 kilometrów biegnie się wzdłuż jeziora, a następnie przez alpejskie wioski. Padać zaczęło ma stromym podbiegu, chodź to nie było tak przeszkadzające, jak zimny wiatr. A na górze znów nie było nic widać. Chyba muszę tam wrócić dla widoków – dodaje Michał ze śmiechem.

Swissman to również niepowtarzalna atmosfera.

Skoro Michał nie bardzo miał czas na podziwianie widoków, to zapytałam, czy chociaż zauważał na trasie kibiców…

– A teraz wyobraź sobie, że jedziesz serpentynami we mgle – zaczyna opowiadać. – Widoczność 20 metrów, 15 kilometrów podjazdu. Nagle słyszysz dzwony, jakimi ludzie witali cię w mieście. Uśmiech na twarzy. Będą kibice, będzie wsparcie, motywacja – myślę sobie. Dzwony coraz głośniej biją. Wjeżdżam na kolejny zakręt, a tam stada alpejskich krów. Trudno – jak się nie ma, co się lubi, to i taki kibic jest ok.

– Moment finiszu. Dobiegałeś jako piąty z 200 startujących. Co czułeś?

– Byłem bardzo szczęśliwy. Żałowałem, że nie mogło być ze mną mojej żony, bo to było nasze wspólne marzenie. I to byłaby osoba, z którą wbiegałbym na metę.

fot. Michał Kuczyński

fot. Michał Kuczyński

Ten moment wydaje się być lekko bolesny. Następuje chwila ciszy ze strony Michała. Ale zaraz dodaje:

– Że chłopaki nie płaczą, to nie prawda, bo łzy się polały. Chwilę później wbiegała na metę kolejna para, więc witamy ich dzwonami. Organizator nam pozwolił, bo zawsze chciałem to zrobić, jak oglądałem filmy z zawodów. Po wszystkim na szczęście zwiozła nas ma dół kolejka. No a późnej pizza, piwo, whisky. Takie męskie świętowanie. A to tylko kawałek opowieści, bo sama łódź i ta wyspa na środku niczego, ta atmosfera, podjazdy po kostce i ściany śniegu… Do tego praca ekipy. Oddać będzie mógł to film, który powstanie.

Nie trzeba dodawać, że emocje, które towarzyszom takim startom, są ogromne i nie sposób słowami oddać tego, co się dzieje przez kilkanaście godzin. Michał kilkukrotnie podkreślał, że ekipa z suportu spisała się na medal.

Nie chciałam więcej męczyć naszego zwycięzcy, chciałam się tylko dowiedzieć: I co teraz?

– Na razie wracam do żony. Jak dojdzie do mnie, co się stało, to się zastanowię – śmieje się Michał.

Na pytanie, czy będzie startował w pozostałych edycjach ekstremalnych triathlonów, odpowiada:

– Wszystko zawsze rozbija się o kasę. Październik pokaże. Mam start w Barcelonie, który do momentu pojawienia się Swissmana był moim głównym startem. I wcześniej opłacony. Zobaczymy, jak będzie tam z formą. Ale jak widać, mi bardzo ekstremalne warunki służą. Dziękuję za wsparcie od 3F RoseBelle Enervit Room33 i Veloart. A tak naprawdę to żonie, trenerowi i grupie. Ich wszystkich uściskam sam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *