Tour de Gdynia

Herbalife Triathlon (2013-08-11 Gdynia)_0172

Do Gdyni pojechałem na totalnym luzie. Po Roth nie miałem już robić tri w tym roku, ale to miał być wspólny start z ekipą ze stowarzyszenia, więc zdecydowałem, że zrobię to sobie spokojnie. Okoliczności sprawiły, że start nie był wspólny, a motywacja w postaci cisnących znajomych również nie pozwoliła zrobić go spokojnie.

Wróćmy jednak na ziemię, a konkretnie do Gdyni bo mamy co nieco do omówienia. Tym razem swój wynik w imprezie zbędę kilkoma zdaniami, a skupię się na sprawach dotyczących całych zawodów.

Pływanie 38:24, rower 2:38:20, bieg 1:56:44, całość 5:23:11 czyli kosmetyczna życiówka. W wodzie pralka od początku do końca, ale przy takiej ilości ludzi i doświadczeniach z ubiegłego roku nie spodziewałem się niczego innego.

Nawigacyjnym i nawrotowym żabkarzom mam jednak do przekazania jedną informację: męski organ rozrodczy wam w tam, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę.

Ja wiem, że w krawlu też się tłuczemy i kopiemy, ale to jest przewidywalne, a nie nagle osoba płynąca tuż przed tobą kopie cię w twarz lub bark z żabkowego zamachu. Jeśli nie rozumiecie, jak bardzo jest to niebezpieczne, to jesteście za głupi na udział w zawodach. I nie mam nic do ludzi płynących żabą cały czas, bo wiadomo czego się po nich spodziewać. Przewidywalność przy takiej pralce jest naprawdę kluczem. Na pocieszenie śmieszne fragmenty trasy po nawrocie, gdzie można było iść po dnie i było to szybsze od płynięcia.

Rower – zacząłem dobrze i wyprzedzałem mocno do 35 kilometra, potem coś pyknęło w ścięgnie i do 65 kilometra jechałem w miarę równo, potem osłabłem.

Trasa z fragmentem w mieście, który jadąc samochodem może i nie wzrusza, a na szosie przy ponad 30km/h może wybić zęby. Potem asfalt się wygładził i można było cisnąć, szczególnie że w porównaniu z ubiegłym rokiem, to wiatru jakby wcale nie było. Zamiast 3 pętli w ubiegłym roku tym razem tylko dwie. Do Rumii trasa pokrywała się z tym, co znaliśmy z HTG 2013, potem gładka i w miarę prosta droga do nawrotki na 22,5km od startu.

Przejdźmy jednak do sedna tego co działo się na trasie rowerowej. Na pierwszej pętli i na początku, co chwila wpadałem w jakąś grupę. Nie zwracałem na to uwagi, bo jestem słabym pływakiem i przez ⅓ trasy zazwyczaj wyprzedzam. Tym razem przyszło jednak wyprzedzać chamsko zjeżdżając na pas dla zawodników z naprzeciwka, bo grupy były zbite, 3 osoby obok siebie i tak kilka rzędów.

W pierwszej chwili krzyknąłem, że na wyprzedzanie jest 15 sekund i żeby odblokować trasę, bo nie można wyprzedzać. I takie grupy mijałem zakładając, że się to rozjedzie, bo albo zawodnicy są niedoświadczeni, albo tak się złożyło wyjście z wody. Druga pętla rozwiała jednak moje złudne nadzieje. Nie wyprzedzałem już za bardzo, bo niewypoczęty po IM organizm dał o sobie znać, częściowo odłączając ścięgno pod kolanem. Trzymałem jednak tempo do okolic 65 kilometra, co jakiś czas mijając się z Piotrem, który potem sprawił mi przykrą niespodziankę.

Usłyszałem “lewa”, zjechałem i wyprzedził mnie kilkudziesięcioosobowy pociąg. Na końcu pociągu Piotr i Kacper, których widywałem raz kilkadziesiąt metrów z przodu, raz z tyłu, przez ostatnie 25 kilometrów. Tutaj zobaczyłem ich po raz ostatni. Noga nie dawała możliwości wyprzedzania, więc odpuściłem. I takich pociągów bluzgając na ludzi puściłem kilka.

Dzięki temu dowiedziałem się, że jestem frajerem, bo wszyscy tak robią.

Aha… no fajnie, a jednak nie. Ja rozumiem, że jak się dogania triathlonistkę, to jest to widok bardzo przyjemny dla oka. Z tych, które można by obserwować bez końca – w skrócie draftowałbym. Ale po chwili z westchnieniem żalu zbieramy się i jedziemy dalej.

Stąd moje pytanie do panów: co was urzekło w tyłkach prowadzących pociągi facetów? Czy HTG zmienia barwy z zielonego na tęczowe? Czy może po prostu doszczętnie was poje…o? Wiedząc z jakim wynikiem skończycie (a szału nie ma jak i u mnie, nawet o kategorię żaden z mojej okolicy czasowej nie walczy) odstawiacie takie szopki? Rozumiem, że kupienie sobie czasówki za 15k, dołożenie śmigła i dysku i całej masy osprzętu po to, żeby potem jechać komuś na kole, to taki nowy trend? A może trzeba jednak zaakceptować fakt, że jest się pizdą, a nie zawodnikiem? Aha, jak widzę lokalny Pro Team na plecach i jazdę w pociągu, to nie bardzo wiem, czy się śmiać, czy rzucać mięsem…

Zawodnicy zawodnikami, ale brak reakcji ze strony organizatorów to żenada. Sędzia jedyne co robił, to darł ryj, by jechać po lewej stronie. Jazda wzdłuż grupy, która sobie odeszła i nic, ani machnięcia, ani gwizdu, ani spisywania. Absolutne nic.

Poważnie? 3 tygodnie wcześniej zbierałem się do wyprzedzania i akurat był ostry zakręt, trochę zwolniłem i chwilę jechałem za zawodniczką przed sobą. I już w tym momencie sędzia pogroził mi palcem. Wskazałem na zakręt i wyprzedziłem spokojnie, odpowiedział: alles gut i pojechał. A tu absolutnie nic. Zero. I żadnej skruchy ze strony orga.

Wstawiając rower do strefy rano słyszałem, jak jeden z sędziów chciał odesłać do domu zawodnika z rowerem crossowym, czy też górskim kwestionując to, że dzień wcześniej inny sędzia go wpuścił, a udział brać mogą tylko rowery szosowe, tt i tri. W końcu po ok 10 minutach debaty odpuścił, jednak powoływał się przy tym na to, że takie robienie wyjątków psuje reputację organizatora.

Serio? Mnie jako zawodnika nie obchodzi, kto na czym jedzie. Niech sobie i na składaku jedzie, jak to zrobi to tym większy szacun dla zawodnika. A absolutne nie reagowanie na drafting, który patrząc po forach jest wielkim problemem na naszych zawodach, to już reputacji nie szkodzi? Mam szczerą nadzieję, że przyznanie imprezie w Gdyni akredytacji IM to zmieni, jeśli jednak nie to będzie to festiwal żenady, a nie “wielkie święto triathlonu”

Przejdźmy jednak do biegu.

Przy lekko zblokowanej nodze prawie wywaliłem się przy zsiadaniu, jednak dalej poszło już całkiem nieźle. 2 okrążenia z dobrym tętnem i tempem, które byłem skłonny zaakceptować, a potem odcięcie. Zapas tętna był, a nogi nie chciały. Bywa, na pewno moja wina, a czy dowiem się co zrobiłem źle, to się okaże. Trasa biegowa taka sama jak w roku ubiegłym. Może i podbieg do i na Świętojańskiej daje w kość, jednak dzięki położeniu trasy praktycznie cały czas jest tam pełno kibiców, co przy solidnym zmęczeniu na tym etapie jest czynnikiem nie bez znaczenia.

In minus trzeba jednak dostrzec zaopatrzenie na drugim punkcie (tym na bulwarze nadmorskim). Podczas mojego trzeciego okrążenia nie było już szansy na gąbkę, a na kolejnym już nawet na coś do wylania na siebie, oprócz wody pitnej. Usłyszałem tylko, że woda jest w drodze – to zdecydowanie trzeba poprawić, bo po mnie skończyło jeszcze około 750 zawodników, więc brak zaopatrzenia mógł ich dotknąć znacznie bardziej. Wielki plus za zaangażowanych i pomysłowych wolontariuszy, którzy gdy zabrakło gąbek polewali nas wodą, a gdy zabrakło i tego rozdawali kostki lodu.

Warto jednak wydłużyć punkty odżywiania, dołożyć trochę większą ekipę, bo przy takiej ilości wolontariusze często po prostu nie nadążali oraz zadbać o to, by zaopatrzenie się nie skończyło. Zdaję sobie sprawę, że taka organizacja trasy ułatwia sprawę, bo są dwa punkty, a nie osiem jak by było przy pojedynczej pętli, jednak wraz ze wzrostem ilości zawodników musi iść rozrost tychże punktów. Wody i gąbek przy ponad 30 stopniach w słońcu po prostu nie może zabraknąć.

Dodam jeszcze, że punkt odżywiania przed nawrotką przy skwerze to duży błąd. Zakręt na którym ludzie i tak się wywalają, tutaj dostaje dodatkowo butelki na drodze, mokrą nawierzchnię i ludzi wjeżdżających weń często tylko z jedną ręką na kierownicy. Ubiegłoroczne położenie było znacznie bardziej bezpieczne, a i wjeżdżano tam wolniej.

Pływanie, rower, bieg i meta.

Strefa mety zdecydowanie poprawiona w stosunku do ubiegłego roku. Ja tam wiele nie wymagam, więc i narzekać nie mam na co. Były owoce, napoje, coś do przekąszenia, masaże, baseny z chłodną wodą, grawer medali i bezalkoholowy zimny Lech. Nie było również problemu ze skorzystaniem z prysznica, czy szatni w pobliskiej Akademii Morskiej. Problem pojawił się przy odbiorze rowerów ze strefy. Uczciwie do strefy wszedłem 16:05, a wydostałem się 16:57. Innymi słowy: procedura odbioru roweru była totalnie spier.. .Za długo, za wąsko, za mało ludzi zbyt późne umożliwienie odbioru rowerów (zamiast po zamknięciu trasy rowerowej) czy po prostu zła procedura – przyczyn może być wiele, efekt był jeden: strasznie długie oczekiwanie. Nudy nie było, bo ludzie z tą samą szajbą zawsze znajdą tematy do rozmowy, ale czas się marnował, a niektórzy jak słyszałem trochę się spieszyli.

Podsumuję jednak subiektywne plusy i minusy imprezy, bo trochę się tego zebrało, a czy organizator coś z tym zrobi to się okaże, choć niestety wielkich nadziei nie mam. Liczę jednak na to, że licencja IM spowoduje odpowiednią presję i błędy zostaną poprawione, żeby impreza ta rozwijała się, a nie wypadła z kalendarza wielu zawodników.

Plusy:

* świetne miejsce

* jak na nasze standardy wielka impreza

* świetni wolontariusze

* sporo kibiców

* strefa finishera za to, że się pojawiła

* racebook za to, że się pojawił

Minusy:

* trasa powoli osiąga limit zawodników

* absolutnie skandaliczne ignorowanie draftingu

* braki zaopatrzeniowe na jednym z punktów

* tragicznie rozwiązana kwestia wydawania rowerów

* brak informacji o parkingach

One Response to Tour de Gdynia

  1. Mateusz pisze:

    Ostro! Ale takie odczucia są ogólnie. Nagrabili sobie w Gdyni. Nie ma co!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *