Triathlon okiem debiutanta – Grzegorz Tabaka

7 szczęśliwy finał

Mieszka  we Wrocławiu, z żoną Wiolą i dwoma córkami: Ewą i Olą. Biega, odkąd pamięta. Od kilku lat startuje amatorsko w maratonach, których ukończył kilkanaście. W tym roku zdecydował się zadebiutować w triathlonie. Zapraszamy na opowieść Grzegorza Tabaki, jak to jest być debiutantem.

Zaczęło się, jak zwykle, od idei… triathlon – to brzmi porywająco. Na początek dystans olimpijski: 1.500 metrów pływania, 40 kilometrów roweru i 10 kilometrów biegu. Miejsce – Kryspinów, niedaleko Krakowa, czas – początek września.

Wyjechaliśmy z Wrocławia wczesnym popołudniem około godziny 13. Oczywiście umawialiśmy się na wyjazd o 12, ale zanim zebraliśmy bagaże, nakarmiliśmy nasze Potwory i zapakowaliśmy samochód, to jakoś zeszło. Droga szybka – autostradą wprost do Krakowa, z krótkim postojem na siku, gdzieś za Katowicami. W Balicach byliśmy przed czwartą. Miejscówka taka sobie, hotelik z przerobionego domku jednorodzinnego, czysty. Pokój mały z naćkamymi trzema łóżkami i dodatkowo dostawką. Tuż obok kuchnia i jadalnia dostępne dla wszystkich mieszkańców. Szybkie rozpakowanie i wyjazd do Cholerzyna, pod karczmę, gdzie miało być biuro zawodów.

Sam Zalew na Piaskach w Kryspinowie – piękny. Rozległy, z wieloma plażami, mnóstwem prywatnych parkingów i z kilkoma miejscami, gdzie można cos zjeść – co też uczyniliśmy zamawiając obiad w karczmie Rohatyna. Smak niektórych potraw – przemilczę, osobiście najbardziej odpowiadała mi pomidorowa. Z pozytywów, bardzo sympatyczna kelnerka z krągłą pupą w leginsach…

Po obiedzie pogadaliśmy z paniami przygotowującymi pakiety startowe i poszliśmy na wycieczkę wzdłuż brzegu zalewu – najpierw do strefy zmian, później oglądnąć trasę pływacką – tutaj pierwsza refleksja – to jednak kawał drogi do przepłynięcia. Po drodze nasze dziecko, sobie tylko znanym sposobem zaliczyło przewrotkę z lądowaniem na plecach w wodzie – dziwne to, bo szła plażą „przodem do kierunku jazdy”. Nasze zdolne dzieci nigdy nie przestaną nas zaskakiwać. Pognaliśmy szybko do auta wysuszyć kurczaka i pojechaliśmy na obchód trasy rowerowej. Lustracja przebiegła pozytywnie: asfalty gładkie, niewiele podjazdów, jedyny minus to częste zakręty i nawrotki, oraz jeden zerwany z łańcucha pies, który, jak się okazało dnia kolejnego, nie był uciążliwy…

Powrót do hoteliku, kolacja, nawodnienie i spatki. O ile moje Glorie zasnęły w sekundę, tak mnie stres i sikanie męczyły jeszcze przez parę godzin, zanim w końcu udało mi się zasnąć na dobre.

Rano śniadanko i wizualizacja zawodów. Dojechaliśmy do biura w kilka minut i odebraliśmy pakiety startowe. W międzyczasie organizatorzy rozkładali niezbędne stanowiska. Przy okazji poznaliśmy się z sympatycznym małżeństwem z Warszawy. Oboje biegają, on brał udział w triathlonie, dzieci: starsze w aquathlonie, młodsze w biegu na 500m. Pogadaliśmy i wymieniliśmy poglądy. Z lekką adrenaliną czekaliśmy na zawody naszych dzieciaków.

Pierwsze były starty na 100 i 500m. Nasza Ola biegła na 500m. Ukończyła mniej więcej w środku stawki. Co za sylwetka, jaka lekkość biegu i gracja – sprawiła nam olbrzymią radość – szczególnie wielkimi oczami, które – kiedy po biegu łapała powietrze – zdawały się mówić – rodzice, oszaleliście, żeby dziecko tak gonić? Po chwili medal i rogal na buzi – warto było dla tej satysfakcji. Numeru startowego z łapki nie dawała sobie zmyć przez kolejny tydzień…

4 aquathlon start

Kolejne zawody to aquathlon. Prowadzący zabrał dzieciaki ze sobą i prowadził ich na drugi koniec zalewu – do zatoczki, gdzie rozstawione były boje. Popatrzyliśmy z żoną po sobie –daleko to – ostatnia boja ledwo widoczna…

Krótka odprawa, przygotowanie w strefie zmian i nasze starsze dziecko jest już na starcie. Chwila… i ruszyli! Cholera, jakie emocje, czy dopłynie, czy da radę? W połowie dystansu jakieś zamieszanie w wodzie – szybka akcja ratownicza. Jakieś dzieciaki nie wytrzymały presji i zmuszone były przerwać pływanie. Ewa napiera dalej. W końcu dziecko dopłynęło do brzegu, jako przedostatnia – byliśmy z niej bardzo dumni. Bieg do strefy zmian, a tutaj szkoła życia… Mokra pianka „złośliwie” nie dała się odpiąć… Dziecko miota się i denerwuje, my stoimy obok – ma sobie dawać radę sama. W końcu suwak odpięty, pianka szarpnięta dwoma rękami naraz – skutecznie unieruchamia Ewę na kolejne minuty… przedostatnie dziecko wybiega tymczasem ze strefy zmian… Po krótkiej szamotaninie pianka przegrała, Ewa zakłada buty i biegnie do mety. Lecę z nią jako przewodnik, trasa krosowa, łatwa do zagubienia przez młodą zawodniczkę… Kilka sekund słabości w trakcie biegu – adrenalina jednak robi swoje i Ewa biegnie do mety. Zmęczona ale i uradowana wpada na metę. Medal, zwrot chipa, ostatnie miejsce w klasyfikacji i zdobyte ogromne doświadczenie…Super!

5 pijany zając (zdjęcie ze strony sportowarodzina.pl)

Teraz czas na mnie. Mój błękitny zaganiacz czeka rozłożony w bagażniku. Szybki montaż, pompowanie, test i już jest gotowy do drogi. Zabieram niezbędne rzeczy i pędem do strefy zmian, bo za 15 minut odprawa. Tymczasem jeszcze gatki rowerowe na szelkach z dużą ilością sudokremu na tyłek i wio. Szybka odprawa, w międzyczasie pakuję się w piankę do pasa – chwila dla fanek, kiedy w szeleczkach rowerowych, piance do pasa i w klapkach paraduję po strefie, no wystarczy – czas się skupić.

Idziemy na start – prawie trzysta zawodników na plaży – ilość robi wrażenie. Ustawiam się po lewej stronie, lekko z tyłu. Filmowanie przez drona, odliczanie i w podskokach do wody. Najbardziej obawiałem się pływania i miałem rację… dawno nie miałem takiej satysfakcji. Temperatura wody idealna dla pianki – czuć rześkość, ale nie chłód, przezierność wysoka – widzę ręce i nogi pozostałych zawodników – specjalnego ścisku też nie było. Kilka razy ktoś wpłynął na mnie ale bez negatywnych skutków – generalnie kultura na wysokim poziomie. Nie wiadomo kiedy dopływam do żółtej wieżyczki – to prawie połowa. Opływam prawą ręką i do kolejnej boi. Za kilka minut znów opływam prawą i już zwracam się w kierunku plaży i mety etapu.

Co za przyjemność, jaka radość – czułem się jak delfin. Pod koniec pływania poczułem dookoła jakąś pustkę – pewnie wszyscy mnie wyprzedzili – trudno, nie lecę na wynik, to debiut. Wypływam na plażę, jak się jednak okaże w okolicach 84 pozycji – nadspodziewanie dobrze, i szybko do strefy zmian. Nie jest to łatwe. Błędnik przez chwilę wariuje, zataczam się jak zając po piwie, po chwili łapię pion i po schodach na skarpę. Serce na wysokim tętnie – zwolnij człowieku, bo będziesz musiał to oddać później…

W strefie zmian szybki banan, kilka łyków izotonika, przebierka, łapię za rower i pędzę na drogę. Dobieg długi – wydawało mi się, że biegłem z 5 minut… Wreszcie mogę wsiąść na siodełko. Uśmiech na twarzy – asfalt pode mną gładki, nogi kręcą z mocą… Radość skończyła się po kilkunastu kilometrach. Moja podświadomość podpowiadała, że staczam się na ostatnie miejsce. Rzeczywiście, jak się okaże, na rowerze i w pierwszej strefie zmian straciłem 100 pozycji. Minęły mnie ze trzy, cztery pociągi po kilkanaście i więcej osób – zawody były w konwencji z draftingiem – ja chciałem jechać sam, ja siam! Z

pozytywów, kobiece pupy na rowerach – są bardzo motywujące – przykleiłem się do jednej na kilkadziesiąt sekund, niestety głowa nakazała zwiększyć kadencję, utwardzić przełożenie i przestać się ślimaczyć za pięknym widokiem… Pierwsze okrążenie bez bólu, drugie też bez większych ekscesów. Widzę, że do moich dotychczasowych treningów dołączę naukę skręcania i nawrotów, gdzie traciłem mnóstwo czasu na zwalnianie, zmianę przełożenia a potem odzyskiwanie tempa. Raz nawet udało mi się wypaść na żwirowe pobocze, a wydawało mi się że moja prędkość jest znikoma…

Po koniec dystansu moja pani dupa zameldowała, że będzie boleć – i jak mam zamiar dłużej tak jechać to ona to pieprzy. Chwila negocjacji wewnętrznych i jakoś dojechaliśmy bez eskalacji tych gróźb… Kilka karkołomnych hopek na leśnej ścieżce, zeskok z roweru i bieg na „szpilkach” SPD do strefy zmian. 40 kilometrów roweru za mną.

5 rower (zdjęcie ze strony sportowarodzina.pl)

Tutaj picie, picie i picie – za mało piłem w trakcie roweru, a potem jedzenie, jedzenie i jedzenie: banan i snickers – również za mało jadłem, szybka zmiana butów i ze wzrokiem szaleńca na bieg – moją ulubioną dyscyplinę.

Początek poprowadzony jak trasa krosowa – skarpa, zbieg, górka, trawa, piach – jednym słowem nie ma szans na delikatne rozbieganie po rowerze. Dolatuję na wiadukt nad autostradą, zbieg… i tym razem moja lewa łydka twierdzi, ze mogę się pocałować… ona teraz będzie miała kurcze. Jak zaanonsowała, tak zrobiła, przez co zdestabilizowała mój bieg – nie potrafię biegać na jednej nodze. Wewnętrzne dyskusje – tutaj przypomina mi się rozmowa jednego ironmana z własnymi nogami, tekst zapożyczony, brzmiał mniej więcej tak:

Nogi: -Mamy gdzieś, nie lecimy!!!

-Jak to?

-A tak to! Zamiast leżeć na słoneczku my tu już trzecią godzinę w upale…

– Do roboty!!!

-A w dupie!!!

-Bo Was utopię w zalewie głupie giczały!!!

-No dobra już dobra – po co te nerwy…

Tak mniej więcej wyglądały moje wewnętrzne negocjacje – nogi rozbiegałem po 4km. Bieg zaliczam do najsłabszych elementów, na przyszłość – większe nawodnienie i lepsze odżywianie powinny zapobiec skurczom i bólom. W końcu meta – kilkanaście pierwszych sekund niewiele pamiętam: medal, piękna dziewczyna pada mi do nóg – jak się okazało, nie w celu okazania uwielbienia, ale żeby zdjąć chipa z nogi…

Za chwilę moja ukochana żona i dzieciaki rzucają się na szyję. Na mecie po 2:45 i 40 sekund. Zmieściłem się w 44% stawki. Jestem triathlonistą!

Zmęczenie mniejsze niż po maratonie, satysfakcja podobna. Było super. Pogoda, miejsce, organizacja, kibice – a przede wszystkim moje ukochane Glorie. W przyszłym roku połówka Ironmana!

6 medal

Tekst: Grzegorz Tabaka

Dziękujemy serdecznie za nadesłanie opowieści. Redakcja nagrodziła pana Grzegorza małym upominkiem od wydawnictwa SQN “Biec albo umrzeć” – Jornet Kilian

One Response to Triathlon okiem debiutanta – Grzegorz Tabaka

  1. andrzej pisze:

    to mój Syn, jeden z dwóch ulubionych – starszy. Jestem dumny z Jego osiągnięć i postawy życiowej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.