Ultra Tri Sweden – więcej niż Ultraman

UltraTri-Sweden-logo

Chyba, każdy wie jak to jest słyszeć dookoła, że się nie da. Szczególnie w naszym pięknym kraju nad Wisłą. Tak było, ze mną jak przechodziłem na wegetarianizm ponad 18 lat temu. Mama (pielęgniarka) i tato (trener podnoszenia ciężarów) ostrzegali mnie, że będę miał anemię, że na nic nie będę miał siły i takie tam. Ogólnie podobnie jak moje jedzenie przed marnym końcem swego żywota też będę wegetował. Ale dobra, mama i tato wiadomo, martwili się …

Lata mijały a anemia, jakby na złość nie chciała się pojawić. W dodatku z 59kg wagi przed przejściem na wegetarianizm po ukończeniu studiów i rozpoczęciu pracy biurowej wskoczyłem na 88kg przy 176 cm wzrostu. I tak sobie tyłem… do momentu ukończenia kolejnych studiów. Wtedy pomyślałem, że skoro „napompowałem” już swój mózg to mógłbym w końcu to samo zrobić z mięśniami.
W ten oto sposób blisko 5 lat temu rozpocząłem swoje treningi. Siłownia 2 razy w tygodniu i okazjonalne bieganie. Aż tu w końcu pewnego dnia wpadłem na wywiad z Richem Rollem, gościem który ukończył wyścig ULTRA MAN – 10 km pływania, 411 km roweru i 84km biegania – łącznie 515 km – rozbite na 3 dni. Gość przy okazji był weganinem, co całej sprawie nadawało dodatkowego uroku.

Wtedy właśnie urodził się plan pięcioletni – od zera do Ultra Mana 🙂

Na początku, bardziej jako luźny pomysł, odległe marzenie. Ale jak zacząć?

Wyszedłem z założenia, że jak każdy duży projekt, należy go podzielić na mniejsze, dające się ogarnąć części. U mnie zaczęło się od biegania i pierwszego kamienia milowego – MARATONU… Ale dobra nie będę zanudzał historią całych 5 lat, bo bez sensu ;), a poza tym już na pewno wiecie o co chodzi.

Jakiś rok temu trafiam na FB na parę zdjęć z czegoś co nazywa się ULTRA TRI SWEDEN. Wchodzę na stronę i zaczynam czytać, oglądać zdjęcia i już czuję gęsią skórkę. 9 km pływania i 196 km roweru pierwszego dnia, 316 km roweru drugiego dnia, 22 km biegania – 3 km pływania – 74 km biegania trzeciego dnia. Podróż z zachodniego wybrzeża Szwecji na Wschodnie! Łącznie 620 km!

Wtedy to do mnie jeszcze nie dociera, ale to przecież 100 km więcej niż oryginalny Ultra Man na Hawajach! Tysiąc myśli, napięcie. Czy aby na pewno już? Co z kasą? Ile będzie trzeba trenować? Co na to Hania (żona)? Przez dobre parę dni liczę, sprawdzam myślę i robię podchody.

Trening – ogarnę. Po rozmowie z ubiegłorocznym ultrasem z Polski – Jurkiem Pastuszakiem, wiem, że będzie ciężko, ale co poradzisz. Pracy nie rzucę, rodziny nie wyślę w kosmos. Mając tyle czasu ile mam trzeba się przygotować i tyle. Trzeba będzie wycisnąć każdą minutę z treningu, po prostu…

Kasa – cóż…muszę ruszyć oszczędności nie ma innej opcji. Ale po coś ją zbierałem, nie?

Hania – zgodziła się niemal od razu i chyba to mnie przekonało. W takim przedsięwzięciu uczestniczy cała rodzina.Więc albo są z Tobą, albo nie bierz się za to. Ja miałem szczęście – wszystkie ręce na pokładzie. Przed zapisami zmagałem się już od kilku miesięcy z kontuzją i marudziłem. W końcu Hania orzekła, jest 6 miesięcy na pewno przejdzie. Robimy to!

Decyzja podjęta więc kontaktuję się z organizatorami, przesyłam swoje tri CV i dogaduję się w sprawie podzielenia wpisowego 9000 SEK (ok. 4000 zł) na raty. No tak wpisowe na te zawody małe nie jest, ale biorąc pod uwagę, że zawody trwają 3 dni, w ramach wpisowego dostajesz m.in.: pakiet startowy (w tym roku w skład wchodziły m.in. plecak Zone 3, koszulka techniczna, czapeczka biegowa), podróż łodzią hybrydową na wyspę Nidingen, z której odbywa się start, nocleg na Nidingen, dedykowany Tobie kajak nawigujący podczas pływania zarówno pierwszego jak i trzeciego dnia, dodatkowe 2 kajaki otwierający i zamykający stawkę pierwszego dnia, punkty żywieniowe i biorąc pod uwagę, że to Szwecja wychodzi, że jest przyzwoicie. Za 3 Iron Many zapłacisz więcej 😉

Zaczęło się!

DZIEŃ 0

Na zawodach wymagany jest własny support, dlatego najlepiej było nam się wybrać do Szwecji własnym autem. Start zawodów odbywa się niedaleko miejscowości Kungsbacka pod Goteborgiem a meta znajduje się w Sztokholmie na wyspie Kungsholmen.  W związku z powyższym rezerwuje prom ze Świnoujścia do Trelleborga (stąd mamy już tylko 3 h podróży samochodem do biura zawodów). Z powrotem bierzemy prom z Nynäshamn (1h podróży ze Sztokholmu) do Gdańska.

Jedziemy samochodem passatem kombi, w dwie osoby zabieramy się z całym sprzętem i dwoma rowerami (wpakowałem w ten wyjazd tyle czasu i pieniędzy, że nie chciałem aby sprzęt pokrzyżował mi plany. Dzięki Maciek za pożyczenie roweru! Wiem, że tydzień bez treningu to dla Ciebie dużo, tym bardziej doceniam ten gest!). Wyjeżdżamy w środę po południu (start w piątek o 08:00), wsiadamy na prom o 18:00 i o północy jesteśmy już w Malmö. Rano śniadanko i ruszamy w kierunku Gottskär nieopodal Kungsbacki.

Jest piękny słoneczny dzień, żar leje się z nieba. Na miejscu czeka już namiocik z sześcioma pudłami – po dwa dla każdego zawodnika. Tak, dokładnie. Wystartuje tylko trzech zawodników. To chyba najmniejszy najdłuższy triatlon świata. Jak dobrze pamiętam początkowo na edycję 2017 rejestrowało się 12 osób ostatecznie na wstępnej liście zostało 7, dwa tygodnie przed zawodami 5, a w tygodniu przed zawodami okazało się, że wyzwanie ostatecznie podejmuje 3 uczestników. Jedno jest w takim razie pewne pierwszy raz w życiu stanę na pudle, muszę tylko ukończyć zawody! Od tej wspaniałej chwili dzieli mnie już tylko 620 km.

Po rejestracji idziemy na odprawę. Dziwnie jest tak siedzieć w kilka osób. Dostajemy komunikat, że na jutrzejsze pływanie przyjdzie zmiana pogody. Będzie padać, fale dojdą do około metra wysokości i będziemy mieli boczny wiatr który, będzie nas lekko znosił. Na całe szczęście już to wiem, bo Krzysiek Gajewski (mój guru pływania open water) sprawdził to dla mnie rano przed wyjazdem z Malmö i udzielił kilku porad. Niemniej jednak te 9km pływania z wyspy Nidingen do zatoki Röda Holme przeraża mnie, a jak widzę informacje o falach i średnio trudnych warunkach na pływaniu mój stres narasta. Po odprawie szykuję sprzęt do T1 i to co chcę zabrać ze sobą na wyspę na noc. To dość nerwowe dwie godziny. Po osiemnastej idziemy na przystań i ruszamy łodzią na wyspę – zawodnicy i ekipa organizatorów – supporty zostają na lądzie.ULTRASWE1

Łódź pędzi szybko przecinając fale. Podróż kojarzy mi się z  Rodeo. Mkniemy szybko na Nidingen. Po niecałej godzinie jesteśmy na miejscu. Ciągle jest piękna pogoda i czyste niebo, aż trudno uwierzyć, że następnego dnia nie będzie po tym śladu. Wyspa jest obserwatorium ornitologicznym i miejscem lęgowym dla mew, których jest w lipcu sporo o czym nie da się zapomnieć słysząc ich przecinający powietrze jazgot. Teraz już wiem co zainspirowało twórców Gdzie jest Nemo? Chyba każdy pamięta słynne mewy drące się ciągle: daj! Daj!

Organizatorzy szykują kolację, na której poznajemy i wybieramy swoich kajakarzy. Krótka rozmowa, ustalamy trzy proste znaki, ustalamy kiedy chce dostać swoje żele i picie oraz z której strony i w jakiej odległości chciałbym, żeby znajdował się ode mnie kajak. Jeszcze kilka, krótkich rozmów o wszystkim i o niczym i zaczynam krzątać się na wyspie. W sumie w całym tym zamieszaniu i stresie nikt nie zapytał ani nie wspomniał o temperaturze morza. Idę sprawdzić. Wkładam dłoń – ciepło. Sprawdzam jeszcze łokciem – letnia – jest bardzo fajnie. Idę jeszcze na latarnię obejrzeć wyspę z góry. Pogoda ciągle jest świetna ale za plecami już widzę wielką chmurę i ciemno szary horyzont. Idzie zmiana pogody. Zbliża się dziesiąta i pora iść spać, ale mnie nosi, krzątam się jeszcze dookoła, zagaduje ludzi. Ostatecznie ok. 22:40 kładę się do łóżka.

DZIEŃ 1

Budzik ustawiam na 05:00 rano ale wstaje już ok. 2 w nocy i idę do toalety. Jest ciemna noc. Scena jak z filmu grozy a ja muszę  do wychodka. Mam jeszcze z 200 m w ciemności, którą od czasu do czasu przerywa światło z latarni. Czekam tylko na cios w plecy 😉

Kolejna pobudka coś koło 3 rano, tym razem budzi mnie deszcz. Robi się już jasno i wyraźnie widać, że pogoda się zmieniła. Fale są wyższe, pada deszcz, niebo zachmurzone. Staram się jeszcze pospać, ale od teraz budzę się mniej więcej co pół godziny.

Piąta rano, idę na śniadanie. Większość osób już jest na Sali. Czuć napięcie, w porównaniu z dniem wczorajszym ilość rozmów jest minimalna. Ostatnia wymiana instrukcji z moim kajakarzem i idę szykować rzeczy. Do 6:30 wszystko, co będzie mi potrzebne na pływaniu muszę przekazać do swojego kajaku – oddaję 4 żele, izo i zapasowe okularki.

Siódma rano. Pianka założona sprzęt w gotowości. Kajaki już w drodze na oddalony jakieś kilkaset metrów od wyspy Lilleland – niewielką mieliznę, na której znajduje się druga latarnia. W przeciwieństwie do poprzednich edycji nie dość, że nie wita nas tam piękna pogoda i spokojne morze to na domiar złego rozpoczęto remont latarni i na mieliźnie nieopodal, gdzie znajdowała się skała, na której uczestnicy poprzednich edycji mieli wykonywane wspólne zdjęcie, stoi teraz platforma z zapleczem dla ekipy remontowej. Szkoda, ale i tak moją głowę  zaprząta już tylko jedna myśl. 9 km open water i to na prawdę open, już bardziej open chyba być nie może.

Wsiadamy na łódź i ruszamy. Ok to już jest ten moment! Skok z łodzi i płyniemy na latarnie. W tym roku start z fundamentu.

ULTRASWE2

Ten moment! Zejście z łodzi i ruszamy na latarnię. Wdrapujemy się na fundament. Zdjęcie z budowy 😉 i Robert jeden z organizatorów przez megafon odlicza nam już ostatnie sekundy do startu. GO!

Wskakuję do wody. Przy latarni fale i wiatr są z reguły mocniejsze więc trochę mną rzuca. Pierwsze 10 minut pływania to dla mnie chaos. Mam wrażenie, że płyniemy nie do końca w dobrym kierunku. Kajaki szukają najlepszej trasy przez fale i na pokonanie wiatru, my szukamy kajaków między falami. Łodzie organizatorów krążą trochę w oddali robiąc nam zdjęcia. Mam wrażenie, że trochę przypomina to ucieczkę z Alcatraz.ULTRASWE3

W końcu wszystko staję się normalne. Takie pływanie znam. Płynę, tempo jest przyzwoite ale nie to jest ważne. Płynę i czuje jak moja morda zdradziecka się uśmiecha pod tą wodą. Czuję, że jest dobrze. Warunki trudne, ale pod kontrolą. W końcu robię Ultra Mana. Bałtyk tu jest pełen meduz leniwie pływających pode mną, na całe szczęście już to znam i się nie boję, choć okazjonalnie syknę jak łapiąc jakiegoś zagubionego glona boję się, że to właśnie atakuje mnie galaretowaty potwór.

ULTRASWE4

Pierwsza połowa trasy do wyspy Malö jest trudna, wolniejsza niż zakładałem, ale umówmy się liczyłem na morze bardziej jak w zatoce, spokojniejsze. Tymczasem, kilka razy pierwsze 4,5 km przypominało solidne rodeo, z taflą wody znikającą nagle pode mną, albo falami ciągnącymi znienacka moją rękę tak jakby ktoś chciał mi wytrącić coś z ręki. Znikający od czasu do czasu za falami kajak też nie ułatwiał zadania. Pierwsze kilometry prowadzi Andreas, płynę tuż za nim i widzę go od czasu do czasu. Mieli rękami jak szalony. Oczywistym jest, że jeśli utrzyma to tempo nie mam szans się go trzymać. Sytuacja jednak się zmienia po mniej więcej pierwszej godzinie. Teraz to ja wychodzę na prowadzenie i z minuty na minutę je powiększam. Mniej więcej od 5 km morze zaczyna się uspokajać a ostatnie 2 kilometry niewiele różnią się od pływania w jeziorze. Zatoka Röda Holme jest bardzo spokojna. W sumie miło by było przyjechać dzień wcześniej i chwile tu się popluskać.

Pływanie kończę jako pierwszy. Zegarek pokazuje 3:18:30 i 10,5 km. Plan był na przebicie 3h, ale przy nieco innych warunkach. Mimo wszystko prowadzenie cieszy.

W T1 czeka już Hania z rowerem, pada dość mocny deszcz. Podczas pływania nie stanowiło to problemu, ale po Diablaku już wiem, że siedem godzin na rowerze w deszczu to średnia przyjemność. Zaczynamy od zestawu sprawdzonego w Żywcu. Ochraniacze na nogi i kurtka górska Alpinusa. Jeszcze tylko – fika, czyli szwedzka przerwa na kawę i ciasteczko i lecę na Huskvarnę. Dzisiaj do zrobienia jeszcze 196 km a patrząc na rowery kolegów to bardzo prawdopodobne, że przewaga z pływania na długo mi nie wystarczy.

ULTRASWE5

Mimo deszczu trudno nie docenić piękna trasy rowerowej. Pierwsza część do Punktu Żywieniowego w Limmared zawiera większość przewyższeń z czekających na mnie dzisiaj 2km. Na całe szczęście profil trasy nie jest bardzo wymagający i swoim charakterem przypomina Ślężańskiego Mnicha. Podjazdy nie są trudne ani długie. Szwedzkie drogi wiją się długo i leniwie pozwalając takim kolarzom jak ja na szybsze zjazdy bez uczucia strachu, póki co ruch jest jeszcze minimalny mogę korzystać.

W pierwszy dzień trasa prowadzi przez Kungsbackę, Fjärås, Tostared, Hajom, Berghem, Svenljungę, Limmared, Nittorp, Månsarp, Taberg, Tenhult i kończy się w ośrodku IHKP w Huskvarnie i przepiękną panoramą nad jeziorem Vättern. Mniej więcej od połowy trasy i punktu kontrolnego w Limmared, zaczyna świecić słońce i przestaje padać. Teraz jazda robi się na prawdę przyjemna. W ciepełku nóżka podaje lepiej 😉 Szczególnie przyjemnie wspominam odcinek w okolicy miejscowości Taberg – leżącą u podnóża wielkiej skały w kolorze miedzi. Na koniec pierwszego dnia organizatorzy mają coś w rodzaju odcinka specjalnego – Klevaliden Challenge – ostatnie 500 m trasy okazuje się wymagającym podjazdem o nachyleniu 15%. Najszybszy na górze otrzyma nagrodę.

Trudno opisać blisko 200 km trasy rowerowej. Ta część Szwecji to na pewno piękne krajobrazy i dobre drogi. Z mojego punktu widzenia wszystko to, co misie lubią najbardziej.
ULTRASWE6

Klevaliden challenge daje mi w kość. Nie od dzisiaj wiem, że na rowerze moją słabą stroną jest siła. A zmiana kasety przed zawodami na 11-25 okazuje się być dobrym wyborem. Poza tym jednym, ostatnim, pół kilometrowym odcinkiem, gdzie ewidentnie brakuje mi w kasecie 30tki. Mimo wszystko wygrywam pierwszy dzień wjeżdżając na metę po 10 godzinach i 40 minutach, uzyskując dość przyjemną przewagą blisko 30 minut nad Andreasem i 45 minut nad Håkanem. Powoli myślami jestem już przy następnym dniu – 316km z Huskvarny do miejscowości Trosa położonej ok. 80 km od Sztokholmu.

Po zakończeniu pierwszego etapu i chwili rozprężenia zaczynam regenerację. Rozciąganie, napój regeneracyjny na odbudowę zapasów glikogenu i podróż do hotelu na rowerze w ramach rozjeżdżenia. W hotelu dodatkowo gorąca kąpiel, dalsze rozciąganie i rolowanie. Niestety wszystko zajęło więcej czasu niż myślałem dlatego zostaje nieco mniej czasu na sen. Spać idziemy o 23:00 co oznacza, że mam 6 godzin snu – przydałoby się 8.

Pierwszy dzień wychodzi ostatecznie w założonym przedziale 10 – 11h. Liczyłem jednak na wynik bliższy 10h. Podstawowym założeniem na cały wyścig było dosłownie – słuchanie głosu serca. Zakładając, że każdego dnia czeka mnie 10 – 12h orki, to co chciałem osiągnąć to praca w pierwszej strefie tętna (aktywna regeneracja) z okazjonalnym wchodzeniem w próg tlenowy, wszystko po to by nie „zakwasić”  mięśni, bo będę ich potrzebował przez 3 dni. Biorąc pod uwagę, że po pływaniu zawsze „chwilę” zajmuje uspokojenie serca na rowerze, ukończenie dnia ze średnim tętnem w niskim progu tlenowym okazuje się sukcesem. Na rowerze liczyłem jednak na odrobinę więcej i wynik w pobliżu średniej na poziomie 30 km/h a nie 27,7 km/h.

DZIEŃ 2

Plan jest prosty – dojechać, ale się nie zajechać. Dzisiaj spodziewam się, że będę odrobinę szybszy. Organizm jest już zagrzany, a ja skoncentrowany na tym co ma nadejść. Małe śniadanie (dwie porcje owsianki z dżemem i kawa). Idę przesmarować łańcuch i ubieram się do startu. 06:00 ruszamy w kierunku Trosa. Początkowe kilometry pokrywają się z trasą słynnego szwedzkiego klasyka – Vättern Rundan, czyli 300 km wokół jeziora Vättern, ale w przeciwnym kierunku, czyli tam gdzie kolarze mają dzidę z górki, my musimy zasuwać. Dzisiaj mam 316 km do zrobienia, dlatego wszystkie podjazdy robię na spokojnie. Po Triminatorze wiem, że mogę je zrobić szybciej, ale wiem też jak następnego dnia będą wyglądać moje czwórki. Trzymam się planu, na podjazdach jadę w tlenie poza tym, normalnie, trzymam się pierwszej strefy tętna.

ULTRASWE7

Dzisiejszy odcinek jest chyba jeszcze fajniejszy niż pierwszy. Uczta dla oczu. Poważnie, szkoda trochę, że to zawody bo jazda po tej trasie to czysta przyjemność i aż chciało by się w każdej kawiarence po drodze usiąść, napić się kawy, a na każdym moście nad rzeką czy kolejnym jeziorem zatrzymać na chwilę i chłonąć krajobraz. Przez pierwsze cztery godziny na drogach nie ma praktycznie nikogo, co czyni przyjemność z jazdy jeszcze większą. Odcinek trasy, który wspominam do dzisiaj to 25-32 km pomiędzy jeziorami Bunn i Ören. Kolejny to etap wzdłuż jeziora Roxen, a następnie wzdłuż zatoki Brå.
Jazda z widokiem na las z jednej i piękne wielkie jeziora lub zatoki z drugiej to dla mnie totalny odjazd. Do tego cała masa zwierząt – saren, zajęcy, jeleni, wiewiórek. Na długo w pamięci utkwi mi moment, jak jakieś 50 m przede mną przelatuje jastrząb i siada na słupku przy szosie.

ULTRASWE9

 

 

Dzisiaj rzeczywiście wszystko idzie zgodnie z planem, tętno pod kontrolą, tempo dobre (patrząc dziś na spokojnie tętno chyba nawet trochę za niskie, a co za tym idzie tempo sub optymalne). Prawdę mówiąc dzisiaj spodziewałem się, że będę gonił szwedów tymczasem znowu jestem na prowadzeniu i z kilometra na kilometr je powiększam. Plan na dziś to złamać 11h. Na metę w Trosa wjeżdżam po 10 godzinach i 55 minutach. Jest bardzo dobrze! Mimo moich obaw zamiast utracić prowadzenie powiększam znacznie swoją przewagę. Chyba zadziałała zachęta ze strony mojego syna, który obiecał mi za zwycięstwo w zawodach stówę 😉

ULTRASWE11

Wjazd na metę w Trosa.

Na mecie nie czuję stóp. Mimo ciepłego dnia są odrętwiałe. Szybko wyskakuję z butów i chodzę na bosaka, żeby się rozruszać. Jestem autentycznie szczęśliwy. Teraz zaczyna do mnie docierać, że mimo wszystko mam szansę na pierwsze w swoim życiu sportowe zwycięstwo. Zostało już tylko bieganie, a tu zawsze idzie mi najlepiej! Drugiego dnia ta sama procedura. Rozciąganie, uzupełnianie węglowodanów, rozjeżdżenie i rolowanie. Dzisiaj zaczęliśmy 2 godziny wcześniej dlatego będzie wieęcej czasu na spanie. Czuję się bardzo dobrze! Jest jeszcze moc!

DZIEŃ 3

Pobudka o piątej rano i ta sama rutyna co w poprzednie dni. Małe śniadanie, przygotowanie sprzętu i ruszamy na start na rynku. Zegar wybija szóstą i ruszamy. Już tylko 96 km biegu i 3 km pływania dzielą mnie od mety w Sztokholmie. Samopoczucie mam dobre. Choć czuć już drobne zmęczenie w nogach. Tempo jakie udaje mi się uzyskać bez jakiegoś wielkiego wysiłku to nie spodziewane 5 min na km a 5:20 czyli nieco poniżej moich oczekiwań. Jako, że do triatlonu przyszedłem z biegania czuję się dzisiaj mocny i czuję się pewny siebie (co do tej pory nie zdarzało mi się zbyt często). Prowadzę od samego początku i z każdym kilometrem oddalam się od chłopaków. Trasa nie jest łatwa. Jest trochę lekkich podbiegów, a ja postanawiam się nie forsować zanadto. Na pewno nie przed pływaniem. Trasa jest mieszana pierwsze kilometry idą asfaltem, następnie częściowo pomarańczowym szlakiem – S-leden, po to żeby znowu wrócić na asfalt, a następnie znowu na szutr. Mniej więcej wychodzi pół na pół. Pierwsze 22km do zatoki pokonuję w 2h17min, poniżej swoich oczekiwań, ale co ma poradzić. Pierwszy raz robię takie objętości więc wrodzona ostrożność bierze górę. Obiecuję sobie, że końcówka, jeśli jeszcze coś zostanie – będzie mocna.

ULTRASWE13

Do wody wchodzę jako pierwszy. Muszę przepłynąć teraz 3km zatokę Himmerfjärden. Początek jest trudny fale w zatoce lecą wprost na mnie, nawet nie z boku, tylko centralnie prosto w twarz, każde wynurzenie się, celem nawigacji na początku kończy się strzałem w gębę. Po początkowych trudach ostatecznie pływanie jest przyjemne, czuję jak zimna woda, relaksuje moje stopy. Płynie się dobrze, mam fajne czucie wody, ręce pracują wydawać by się mogło bardzo dobrze. Mimo to przepływam 3,3 km w 1h11minut, co stanowi wynik grubo poniżej moich oczekiwań. Myślałem, że uda się zamknąć te 3 km poniżej 1h. Dobra, nie ma co płakać teraz czeka mnie jeszcze ponad 70 km biegu. Wskakuję w ciuchy, ubieram plecak. Kawa i ciastko – czyli fika – buziak od Hani i lecę. Pierwsze kilometry to ciągły bieg lekko pod górkę po asfalcie w kierunku Nynäshamn. Na drodze spory ruch, chyba jakiś prom niedawno przybył do portu. Po kilku kolejnych kilometrach odbijam w końcu do lasu na pomarańczowy szlak. Teraz czeka mnie najprzyjemniejsza część trasy – ponad 30 km po szlaku S-leden 😀 Tu biegnie się bardzo przyjemnie. Szlak jest łatwy, raczej miękki

Za pierwszym punktem kontrolnym zaczyna doskwierać mi prawe kolano. Znam ten ból i wiem, że mogę z nim biec wiele godzin, ale raczej nie warto się forsować. Trzymam tempo, które nie jest do końca zadowalające, ale co poradzić. Będzie jak będzie. Obiecuję sobie przestać się oszczędzać po 70km.

Po dobiegnięciu do drugiego punktu kontrolnego gdzieś na 66km okazuje się, że mój nadajnik GPS, źle nadaje. Włożyłem go za głęboko do plecaka i nadaje z opóźnieniem. Przekładamy i ruszam w trasę. Po około 15 minutach dostaje SMSa od Hani, że Håkan jest już tylko kilometr za mną. Kurde, jak to? Aż tak przycisnął, czy to ja aż tak zwolniłem? Dostaję strzał adrenaliny i przyspieszam. Kolano przestaje boleć! Po kolejnych kilkunastu minutach Hania przysyła kolejnego SMSa – jest OK, GPS coś nawalił 😉 . Mimo to staram się już cisnąć do końca. Plan to złamanie 12h za cały dzień. Wbiegając na przedmieścia Sztokholmu jestem zadowolony wydaje się, że wszystko się uda. Sprawdzam jednak mapę końcówki trasy i patrzę, że to 96 a nie 90 km. Kurde – niedoszacowałem tego! Szanse na złamanie 12h maleją. Staram się cisnąć, ale już słabnę. Ostatnie dwie godziny biegu biorę jeden żel co mniej więcej 10 minut, inaczej czuję, że opadam z sił. Tętno cały czas ok – 1 strefa.

ULTRASWE14

W końcu dobiegam na ostatni punkt kontrolny na 87,7 km. Tutaj czeka ostatni odcinek specjalny wbieg na wzgórze Hammarbybacken, z której widać panoramę Sztokholmu. Wciskam w siebie kolejne żele i kilka kubków wody i karzę szwedom wystartować stoper. Ruszamy! Kurde, to wcale nie jest takie krótkie wejście. Niemniej jednak udaję mi się wbiec w ciągu 4min i 1s ustanawiając tym samym nowy rekord! Teraz zostało już tylko 9 km, ale szanse na zamknięcie dnia w 12h są marne. Mimo to ruszam do przodu i przyśpieszam, czuję jak wchodzą ostatnie żele i lecę. Wyraźnie przyśpieszam i tempo udaje się już trzymać niemal do końca. Na ostatniej prostej – moście Väster. Czeka już Hania i ostatni kilometr biegniemy razem. To już  koniec! W całej tej euforii mylimy lekko zbieg na metę i wbiegamy na nią od tyłu tak, że początkowo nikt nie zauważa, że już jesteśmy.

Mniejsza z tym.

MAMY TO! Triathlon na dystansie UltraMan ukończony!

W dodatku wygrywam 😀 Lepiej być nie mogło!

Chwila rozmowy z ludźmi na mecie, trochę jedzenia i sprawdzam, gdzie są chłopaki. Okazuje się, że Håkana nie będzie szybciej niż przez godzinę, więc decydujemy się na hotel, który mamy nieopodal i prysznic. W drodze czuję jak opuszczają mnie emocje i zaczynam odczuwać zmęczenie. Mimo upału robi mi się zimno, a prawe kolano i biodro znowu o sobie przypominają. W hotelu jakieś 20 minut spędzam pod prysznicem – jakie to wspaniałe uczucie. Przebieram się i idziemy na linię mety, zahaczając po drodze o foodtrucka;). Przez pomyłkę zamawiamy 3 porcje, ale spokojnie. Teraz się nic nie zmarnuje a lekko pikantny ryż curry i warzywa z soczewicą plus paneer z ryżem i pikantnym szpinakiem robi robotę jak nigdy! Idziemy na metę witać pozostałych uczestników. To nie jest zwykły dzień, czuję jak kotłują się we mnie emocje… Wiadomo, pewnie jakby było nas więcej wcale nie byłbym pierwszy, bo umówmy się nie jestem najlepszy, ale podsumowując:

  • Udaje się ukończyć zawody na dystansie dłuższym niż klasyczny Ultra Man
  • Realizuję podstawowy cel – czyli ukończyć całość poniżej 34h
  • Na 26 Finisherów wszystkich edycji plasuję się na 8 pozycji
  • W 2016 mój wynik dałby mi drugie miejsce
  • Wygrywamy edycję 2017 i ustanawiam nowy rekord wbiegu na wzgórze Hammarbybacken

To jednak jest mój szczęśliwy dzień!

ULTRA SUPPORT

Takich zawodów nie wygrywa się w pojedynkę. Support jest tu absolutnie niezbędny. Ktoś zaufany, ktoś komu zależy. Z mojego punktu widzenia lepiej pojechać z kimś kto nawet nie do końca zna się na arkanach triatlonu, ale wie jak naprawdę ważne jest to dla Ciebie. U mnie wybór naturalnie padł na moją żonę Hanię. Nie był to też nasz pierwszy triatlon, gdzie pełniła rolę supportu więc wiele już mieliśmy za sobą.

Co równie ważne przygotowania zajmują czas a czasu nie rozmnożysz. Więc oczywiście, start okupiliśmy mnóstwem kłótni i spięć. Inaczej chyba być nie może. Niemniej jednak jeśli zawrzesz z rodziną uczciwą umowę na pewno uda Ci się znaleźć dobre rozwiązanie i opracować dobry plan. Mi się udało, mimo licznych niespodzianek, jakie życie podrzucało w moją albo Hani stronę.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *