WINTERMAN – CZECH XTRI

winter

Facebook czasami się przydaje. Planując swój kalendarz na 2016 r. pojawiło się gdzieś na mojej ścianie ogłoszenie dotyczące ekstremalnego triathlonu w Czechach – WinterMan Czech Xtri.

Zobaczyłem zajawkę z metą na Jestedzie i włączyłem filmik promujący ten bal. Wszystko fajnie zmontowane tylko ten paskudny angielski lektor, trochę jak z reklamy Media Expert. Wszystko wydawało się przemawiać za moim udziałem. Dystans długi – 140.6 mili – no może odrobinę więcej lub odrobinę mniej zależy jak patrzeć na nieco ponad 8 km pływania z prądem rzeki. Do tego 180 km trasy rowerowej z 4 km podjazdów a na koniec odrobinę ponad maraton z podbiegami w okolicy 1,5 km i metą na szczycie Jestedu pod Libercem. Termin – też idealny – środek października, czyli wtedy kiedy nic już się nie dzieje w triathlonie w naszej części Europy.

Dla mnie dodatkowo istotny, był fakt że termin wypadał na tydzień przed operacją wyciągnięcia płyty z mojego obojczyka, po której na ok. 4 tygodnie będę wyłączony z treningów. I na koniec – lokalizacja – trzy godziny drogi z Wrocławia. Kurde, Ironman Xtri praktycznie w domu! Sprawdzam regulamin i wpisowe. Wszystko jest do udźwignięcia. Robimy to!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Innym wyzwaniem związanym z Wintermanem było to, że wypadał on również na koniec sezonu więc niekoniecznie w szczycie formy. Raz, że mój trening nie był zbytnio ustrukturyzowany i przypominał raczej improwizację na temat rozbudowy wytrzymałości. Dwa, nawet jeśli, mówienie o szczycie formy w moim przypadku jest trochę na wyrost to, był to mój pierwszy sezon z sześcioma startami ultra, gdzie najkrótszy trwał osiem a najdłuższy trzydzieści godzin, więc mógł być ogólnie rzecz biorąc męczący dla kogoś takiego jak ja. Takiego jak ja? Czyli kogoś, kto normalnie pracuje, ma rodzinę (której nie zawsze to pasuje) i nie koniecznie zawsze ma czas na trening. Starty układam tak, że między biegiem siedmiu dolin a Wintermanem mam 5 tygodni w sam raz żeby się zregenerować i przygotować do startu.

Wraz ze zbliżaniem się dnia zawodów zaczynam śledzić informacje dotyczące temperatury wody w Łabie i zaczynam myśleć o przygotowaniach. Na dwa tygodnie przed startem temp. wody wynosi 9 -12°C, a organizatorzy zalecają zaopatrzyć się w skarpety neoprenowe i czepek lub kaptur. Dobrze pamiętam co to znaczy wylądować w 12 stopniach więc zaczynam się zastanawiać. Zamawiam kaptur neoprenowy i na 3 dni przed balem idę testować moją neoprenową zbroję na wrocławskich gliniankach. Obiekt jest zamknięty i rozrzuceni po brzegu wędkarze nerwowo na mnie zerkają patrząc jak się rozbieram a następnie wskakuję w mój ekwipunek a następnie do wody. Dzisiaj rybki nie będzie 😉

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jest zimno, pod 10 stopni, ale odczuwa to zasadniczo tylko moja twarz. Neopren dobrze izoluje i 30 minutowe rozpływanie wypada znakomicie. Samopoczucie dobre, testy sprzętu pozytywne. Może tylko kaptur odrobinę sztywny i muszę się więcej napracować chcąc zaczerpnąć oddechu, ale coś za coś, bo izolacja jest bardzo dobra.

W sobotę rano pakujemy się i 4 godziny później jesteśmy na miejscu w Decinie. Biuro zawodów znajduje się w nowoczesnym gmachu biblioteki miejskiej, gdzie czeka na nas miła ekipa organizatorów. Przechodzimy do odprawy w małej salce konferencyjnej. Całość prowadzona po czesku i angielsku, więc nie ma absolutnie żadnego problemu z komunikacją i zrozumieniem zasad gry. Jeśli ktoś robił już triatlon z supportem ten niczym nie będzie tu zdziwiony – wszystko rozwiązane jest klasycznie.

Po odprawie czas na ostatnią wieczerze. Kluseczki z pszenicznym piwkiem o 18:30 na rozluźnienie.

PŁYWANIE

Wstajemy wczesnym rankiem i jedziemy na start. Mamy 2 kilometry z hostelu wiec jadę na rowerze. Wyposażenie obowiązkowe mam na sobie więc, wejście do T1 pójdzie szybciej. Na miejscu ekipa sprawdza czy mam wszystko i wskakuje w piankę.  Przechodzę na prom i zajmuje swoje miejsce. Czuję przedstartowe napięcie. W okolicach godziny 04:00 wypływamy w kierunku startu. W czasie podróży nastroje różne od zauważalnego napięcia do totalnego luzu wyrażającego się konsumpcją piwa bezalkoholowego. Podróż zajmuje nam około 45 minut więc przechodzimy jeszcze jedną krótką odprawę, na której pojawia się jedno dodatkowe ostrzeżenie od zeszłorocznego zwycięzcy – uważajcie na boje na rzece, bo są żeliwne, a płynąc z prądem znajdziecie się w ich pobliżu szybciej niż myślicie. Nie brzmi to zbyt dobrze. Boje co prawda są oświetlone, ale nie ma żartów. Dopływamy do linii startu i wszyscy bierzemy obowiązkowy prysznic w zimnej wodzie. Dlaczego? Żeby zmniejszyć szok termiczny na początku pływania w rzece.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ten sezon nauczył mnie kilku ważnych rzeczy związanych z pływaniem w zimnej wodzie i triatlonie:

  • Przed wejściem do zimnej wody – powiedzmy poniżej 15° – dobrze jest wlać pod piankę taką właśnie wodę. Pod żadnym pozorem nie wlewać wody ciepłej! To tylko spotęguje szok termiczny.
  • Nie używać maści rozgrzewających, bo to w zimnym środowisku zasadniczo zaczynają wyziębiać!
  • Po wyjściu z wody temperatura wewnątrz ciała będzie jeszcze początkowo opadać mimo tego, że skóra ociepli się niemal błyskawicznie. Tak więc na początku trasy rowerowej będziesz się jeszcze wyziębiał. O czym warto pamiętać.

Po prysznicu ustawiamy się do startu. Pada sygnał i skaczę do wody. Szoku nie ma – neopren robi robotę. Jestem bardzo zadowolony. Widoczność słaba – widzę właściwie tylko światła przyczepione do GPS trackerów innych zawodników (migające), światła na bojach (stałe) i oświetlone ulice na brzegu rzeki. Płynie się szybko, naprawdę szybko. Tak dynamicznie w tej części triatlonu jeszcze się nie czułem. To o czym wspominano przed startem okazuje się niebezpiecznie prawdziwe. Dopływam do jednej z boi momentalnie i w ostatniej chwili wymijam na jakieś 1,5 m. Trasa nie pozwala się nudzić, po godzinie i jakichś 5 minutach jestem już w T1, gdzie czeka Hania z ciepłą wodą i herbatą. 8,6 km pęka w 66 minut!

ROWER

Zrzucam z siebie neopren, wycieram się i wchodzi ciepła herbata. Wspaniałe uczucie. Przebieram się i ruszam na rower. T1 w tym miejscu odrobinę kuleje bo muszę wyjść z niego po schodach z rowerem na ramieniu i oczywiście się potykam. Drobna zmiana i można by z niego niemal od razu wyjechać – być może organizatorzy to przemyślą i zmienią. Wyjeżdzam na trasę rowerową jak jeszcze jest ciemno. Zaczyna się dobrze, dynamicznie. Trasa w pierwszej części wygląda super choć jest jeszcze noc. Pierwsze kilometry trasy rowerowej biegną przez park narodowy „czeskiej szwajcarii” – z Hrenska do Jetrichovic. W moich, jak się później okazało, optymistycznych założeniach przyjąłem, że jest szansa ukończyć rower w ciągu 6h. Nic z tego! Trasa okazała się ciężka, usiana podjazdami oraz dość stromymi zjazdami z dużą ilością zakrętów.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Czyli dokładnie taka na jakiej zawsze najwięcej tracę. Wrodzona ostrożność spotęgowana złymi wspomnieniami po potrąceniu przez samochód powodują, że moje ręce dociskają hamulec częściej niż bym chciał. I tradycyjnie jeśli, ktoś gdzieś mnie wyprzedza to właśnie na stromych i szybkich zjazdach. W tym miejscu organizatorom należą się słowa uznania, bo na dość małej powierzchni udaje im się zmieścić trudną i interesującą trasę, która w dodatku jest świetnie oznakowana i potrzeba naprawdę dużo nieuwagi żeby coś tu pomieszać.

Z godziny na godzinę trasa rowerowa robi się coraz bardziej męcząca a ja coraz bardziej zirytowany. Niestety to, że w innym miejscu zrobiłem 196km i 2 km pod górę w 6h20min nie ma absolutnie żadnego przełożenia na trasę Wintermana. 180km i 4km pod górę to zupełnie inna jazda, dodając do tego trudne i kręte zjazdy udaję mi się nie wypełnić swojego planu optimum i zaczyna mi to doskwierać. Będąc na 150km trasy rowerowej mam już 6h na rowerze i właśnie zaczynam 12km podjazd z 330 m n.p.m do 560. Ostatecznie do T2 wjeżdżam po 7h26 minutach. Wykres tętna po rowerze wygląda jak piła o niezliczonej ilości zębów. Co w sumie doskonale odzwierciedla charakter tej trasy. To jest po prostu jeden długi trening interwałowy.

Nareszcie przechodzę do tego co lubię najbardziej – maratonu 🙂

BIEG

Przebieram się i zaczynam bieg. Nogi trochę sztywne, ale czuję jeszcze moc. Zaraz się rozbiegam. Zakładam, że będę się trzymał górnej pierwszej strefy tętna lub maksymalnie połówki drugiej. Po chwili dobiegam do jednego z uczestników – Johanessa z Niemiec. Po raz kolejny udaje się poznać kogoś ciekawawego i spędzić 2h w miłym towarzystwie. Johaness okazuje się podobnym do mnie wariatem, który postanowił rozpocząć swoją przygodę z triatlonem od Wintermana! Jako, że mamy podobne zainteresowania rozmawiamy o wszystkim od sportu do polityki. Nagle okazuje się, że jesteśmy już na 25km. Od dłuższego czasu Jested mamy już na horyzoncie i z każdym kilometrem robi się coraz większy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

To jest dla mnie najlepsza wizytówka trasy biegowej – majestatycznie stercząca iglica na Szczycie góry. Mówię Johanessowi, że od 28km chcę podkręcić tempo i chyba się rozstaniemy, tak też się dzieje. Przyśpieszam nieznacznie, ale jednak. Ok 35km zaczyna się już podejście pod Jested więc tempo spada a tętno rośnie. Strategia na tą część to – 1km biegu 1km marszu. Udaje się ją realizować całe 2km. Później ilość odcinków biegu i marszu zaczyna się drastycznie zmieniać na korzyść marszu. W okolicy 39km Hania informuje mnie, że prawdopodobnie mam już ostatnie 500 ml wody i 2 batony więc robi się gorąco, bo na tym etapie zawsze chce mi się jeść. No nic. Dojedziemy na oparach nie ma innego wyjścia.

Jakby nie było bieg od początku do końca idzie wg założeń. Co po porażce z planowaniem na rowerze podnosi mnie na duchu. Od przedostatniego parkingu, ruszamy razem do mety – jest to wymóg regulaminowy, aby ten ostatni odcinek odbyć ze swoim supportem. Bierzemy coś dla mnie do przebrania i w drogę. Jest już ciemno, ale nam zostaje ostatnie 500 m i wejście po szlaku. Niemal cała trasa biegowa biegnie po asfalcie jednak ostatnie podejście odbywa się po szlaku. Wychodzimy z lasku i finisz na wielką wieżę na Jestedzie. Teraz w nocy robi piorunujące wrażenie. Przechodzimy z Hanią linię mety a Daniela (organizatorka) mówi, że jestem dziesiąty. WOW! Chyba nie mogłem wymarzyć sobie lepszego zakończenia sezonu. 10  miejsce, 13h i 26 minut. Teraz już tylko chce mi się jeść!

CZESKA PRECYZJA

Podsumowując – WinterMan to świetnie zorganizowane zawody. Nasi sąsiedzie włożyli w ten bal mnóstwo serca i profesjonalizmu, a z takiego połączenia wychodzą tylko dobre rzeczy. Za wpisowe na poziomie innych Xtri imprez z naszego regionu dostajemy naprawdę wiele. Ultra szybką trasę pływacką, świetnie oznakowaną i zabezpieczoną przez wolontariuszy trasę rowerową i fantastyczną linię mety. Do tego dochodzi darmowy brunch i ceremonia rozdania nagród wraz z prezentacją pierwszych zdjęć z zawodów następnego dnia. Co do nagród – dostajemy jeszcze koszulkę finishera i techniczną bluzę na rower z logiem zawodów. Zwycięzca podobnie jak w Norsemanie – przekazuje nagrodę na cel charytatywny.

P.S. Po kolacji w restauracji na szczycie Jestedu i powrocie do samochodu, sięgnąłem do mojego biegowego plecaka po bufkę. Razem z nią wypadły z niego cztery batony, które dzień wcześniej przygotowałem sobie na rezerwę. Dodatkowo przypominam sobie, że do bukłaka wlałem 1l wody. Jednak trzeba było zrobić jeszcze wewnątrz teamową odprawę przed startem 🙂

 

Tekst: Kamil Ostapski
Zdjęcia: Jiri Januska

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *