XIII Bieg Rzeźnika według Biegającego Małżeństwa

BRZ1

Bieg Rzeźnika 2016 – przygotowywaliśmy się solidnie i sumiennie już od grudnia. Wszystkie treningi były poświęcone nie tylko, budowaniu siły i wytrzymałości, ale dużą uwagę zwracaliśmy też na taktykę biegu. Było nam o tyle łatwiej, że przecież poznaliśmy już trasę dobrze wiedząc co nas na niej czeka. Szczególnie podchodziliśmy do tego, by mieć siłę na podejściach i energię na zbiegach.

I kiedy wszystko było “pozapinane na ostatni guzik”, forma rosła z każdym tygodniem, to na ok. 12 dni przed biegiem Jarkowi przydarzyła się infekcja (gorączka, ból gardła, katar, itp.) próbował się leczyć, jednak widzieliśmy, że na treningach jego organizm wykazuje słabość. ale cóż, mamy się tym przejmować lub zmieniać plany taktyczne? Nie! Postanowiliśmy, że … mamy na to wybiegane i będziemy trzymać się wcześniejszych ustaleń.

Bieg Rzeźnika – zmiana trasy

Na dwa dni przed naszym priorytetowym startem w roku – kolejny cios: trasa zostaje wydłużona o ponad 4 km, a do tego ostatnie 20 nie będzie przebiegało po Bieszczadzkim Parku Narodowym, czyli nie będziemy mogli zrewanżować się naszej “koleżance” z ubiegłego roku czyli Połoninie Caryńskiej, eh! Szkoda, bo czuliśmy się przygotowani do starcia z Nią. A tu nagle taka niespodzianka! No, ale cóż… mamy na to wybiegane!

Wiele osób miało pretensje do organizatorów, do dyrekcji Parku, do “dobrej zmiany”. Pojawiło się wiele komentarzy w Internecie, opinii i ocen tej sytuacji, jak zwykle było dużo kontrowersji, niektórzy szukali winnych, a my … mieliśmy na to wybiegane.

BRZ3

fot. Festiwal Biegowy

Postanowiliśmy, że co los dał, trzeba brać i cieszyliśmy się, że znowu będziemy uczestniczyć w tej niesamowitej przygodzie. Jakoś tak wyszło, że nie znaleźliśmy sobie bezpośredniego połączenia komunikacyjnego i z naszych Mazur do Cisnej podróżowaliśmy ok. 17 godzin. Poznaliśmy nowe miejsca, jechaliśmy cierpliwie różnymi środkami lokomocji, bo… mieliśmy na to wybiegane.

Zegarek

Po przyjeździe na miejsce okazało się, że w naszym miejscu noclegu na Elę czekał zegarek Garmin Fenix3 Sapphire, który wcześniej testowała. Ucieszyła się bardzo, bo znając ten sprzęt wiedziała, że jej nie zawiedzie podczas tak długiego biegu. Bateria wytrzyma, tarcza jest na tyle duża, że spokojnie można wyświetlać różne opcje, no i przede wszystkim wgrać trasę. Chciała więc go od razu uruchomić, a tu nagle… zegarek nie chciał się włączyć. Próbowała na różne sposoby go uruchomić, podłączyć do ładowarki i nic. No i co zrobiła? Miała na to wybiegane.

Poszliśmy po pakiety, odebraliśmy co nasze, a po powrocie ni stąd ni zowąd zegarek się włączył. Czyli warto było być wyluzowanym 🙂

Kiedy w dzień startu zaczęliśmy przygotowywać plecaki, okazało się, że jeden z bukłaków na wodę jest dziurawy i w chwilę po założeniu plecaka Jarek miał całe plecy mokre. No i trzeba było szybko wymyślić co teraz robić, ale czy były nerwy? Złość? Nie, bo mieliśmy na to wybiegane.

Bieg Rzeźnika – start

Na starcie jak zwykle: świetna atmosfera, pewnego rodzaju napięcie i jak padł wystrzał, to ruszyliśmy w ciemną noc.

Na początku, jak to na początku: euforia i świetne samopoczucie, ale Jarka osłabienie z przed tygodnia dało o sobie znać i chłopak “zdychał” do pierwszego przepaku (32 kilometra). Postanowiliśmy, że w Cisnej kończymy bieg, bo miał tak niepokojące objawy i pomyśleliśmy, że wypadało bardziej dbać o zdrowie niż o dokończenie biegu. Jednak w Cisnej zjedliśmy zupkę i Jarek postanowił, że chce dokończyć bieg, zdobyć koszulkę finiszera, dostać medal i wypić piwko rzeźnickie na mecie. Nie zależało nam już na wyniku, ale na tym, żeby zmieścić się w limicie. Czy byliśmy wkurzeni, że plany poszły w łeb? A po jakie licho? Po prostu… mieliśmy na to wybiegane.

BRZ2

fot. RUNrecord.pl

Po drodze spotykały nas różne przygody: Elę zaczęło boleć kolano, Jarek krążył pomiędzy różnymi krzakami, bo dolegliwości przybierały różne objawy, zlał nas deszcz, suszyło słońce, coraz więcej par przeganiało, a po 11 godzinach Jarkowi padła bateria w zegarku, a my cierpliwie i konsekwentnie parliśmy naprzód bo… mieliśmy już na wszystko wybiegane.

Na ostatnie 12 km przed metą żarty się skończyły i zaczęliśmy już cały czas biec, idąc tylko na podejściach. Zero postojów, zero przerw i coraz szybsze tempo. Już nikt nas nie wyprzedzał, to my mijaliśmy innych zawodników, a już na ostatniej prostej, czyli asfalcie pędziliśmy do mety co tchu. Dlaczego? Bo mieliśmy na wszystko wybiegane.

Bieg Rzeźnika – podsumowanie

To był fantastyczny bieg, genialna przygoda i kolejna próba sprawdzenia charakterów.

Bardzo fajnie ze sobą współpracowaliśmy, jedno drugiemu pomagało, wspierało w trudnych momentach i za rok znów chcemy zmierzyć się z Bieszczadzkimi szlakami. Dlaczego? Bo mamy na wszystko wybiegane.

BRZ4

fot. Liga Biegów Górskich

Zegarek Garmin Fenix 3 Sapphire spisał się rewelacyjnie. Kilkanaście godzin biegu, a jego bateria miała jeszcze duży zapas. Idealnie sprawdził się na ultra biegu. Na wszelki wypadek wgraliśmy trasę biegu, jednak i tak biegliśmy zwykle za kimś, a oznaczenie szlaku było idealne, nie było potrzeby sprawdzać trasy w zegarku.
Dziękujemy firmie Garmin i Tri-Fun.pl za umożliwienie sprawdzenia zegarka w trudnych warunkach Biegu Rzeźnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *