XXVII Bieg Niepodległości w Warszawie, czyli roztrenowanie za metą…

fot. aktywnawarszawa.waw.pl

O samym biegu za dużo pisać nie trzeba. Jest to impreza, która odbywa się od bardzo dawna i od co najmniej kilku lat wszystko wygląda podobnie. Organizacja jest naprawdę dobra i może służyć za przykład. Ogarnąć tłum 15000 biegaczy, z czego prawie każdy przyprowadza ze sobą jeszcze jakiś kibiców. To naprawdę wyzwanie. Strefy precyzyjnie rozgrupowane, oprawa co roku super. Trasa jak zawsze szybka i prosta. Idealna na życiówki.

Cel na ten bieg był prosty.

Wystartować w tempie 3:50 i dobiec w tempie 3:50 do końca. Jak powiedział Marcin „trzeba włączyć program 3:50”. To miało dać wynik w granicach 38:20 i to był cel max. Zawsze robię sobie jakieś widełki. W tym roku było do od 38:20 do 38:59. Wszystko co poniżej 39, to wynik dobry, a im bliżej 38:20 tym lepszy. Z treningów wychodziło, że jest to plan jak najbardziej realny. Do tego wszystkiego, jak nigdy przed startem, wszystko układało się po mojej myśli. Nie pamiętam żebym w tym roku przed którymkolwiek ze startów czuł się tak dobrze. Nic mnie nie bolało, byłem wyspany i wypoczęty. Wiedziałem, że jestem przygotowany na to co chciałem pobiec. Do tego pogoda prawie idealna i trasa w sam raz na życiówkę. Chyba świadomość, że to ostatni start w tym sezonie, a potem odpoczynek, tak na mnie podziałała.

Do Warszawy pojechałem z całą rodziną i Marcinem. Godzinę przed startem byliśmy już na miejscu. Rozgrzewka poszła sprawnie, a godzinka zleciała bardzo szybko. Potem udaliśmy się do swojej strefy. Startowaliśmy za elitą i Vipami (nie rozumiem idei puszczania ich z pierwszej linii, ale rozumiem, że sponsorzy muszą czuć się ważni, chociaż to dla mnie śmieszne – nie wnikam…)

Od początku włączyliśmy program 3:50. Nie czułem się zbyt dobrze, ale w miarę upływu czasu coraz lepiej mi się biegło. Za półmetkiem poczułem przypływ euforii, bo na dobre uwierzyłem, że dam radę. Potem niestety Marcin trochę osłabł. To mnie zbiło z tropu. Przetrenowaliśmy wszystko razem bardzo podobnie (poza ostatnim tygodniem) i raczej spodziewałem się, że wbiegniemy na metę razem a tu taki numer i myśl w głowie: „Jak Marcin zwalnia to u mnie to tylko kwestia czasu…” potem to była walka mentalna, którą o dziwo wygrałem i nie zwolniłem do samego końca. Chociaż oczywiście im bliżej mety, tym było trudniej. Dziwne jest to o tyle, że głowa to zazwyczaj moja słaba strona na biegach, a tu uratowała start. Sposób miałem prosty i sprawdzony. Nie dopuścić żadnej czarnej myśli do głosu. Zagadywałem sam siebie mantrami w stylu: już nie daleko, dasz radę, i takie tam inne banały, ale sprawdziło się. Technika „zero tolerancji” (dla czarnych myśli) jest stosunkowo łatwa i skuteczna na biegu, na którym walka trwa 15-20 minut. Na maratonie albo ultra sprawa się trochę komplikuję, ale to inna kwestia i nie na teraz.

Finisz był trudny i niestety krótki, ale wystarczyło to na wybieganie wyniku 38:54. (Nowa życiówka) Trochę mnie to zaskoczyło, bo wg Garmina biegłem na tempo równe 3:50, co dawało wynik w granicach 38:20-25, a tu niespodzianka. Ale najważniejsze, że złamałem kolejną minutkę na dyszce. Z samym wynikiem też było trochę komplikacji, bo dopiero pisząc ten tekst, poprawiony został na liście mój wynik. Wcześniej było to 42:07 trochę nerwów mnie to kosztowało wczoraj, ale za to fajna była reakcja znajomych. Pisali do mnie i pytali się co się stało. Martwili się czy to nie kontuzja itp. Dzięki za troskę.

Mogę się pochwalić też innym zawodnikiem, który biegł w tym samym biegu. Moja Ania poprawiła swoją życiówkę o 4 minuty !!! teraz to 51:41 ale sądząc po tym, jak wyglądała i się czuła za metą, to nie jest to wyśrubowana życiówka i mogła spokojnie biec na 50 minut. Chciałbym powiedzieć, że mam w tym swój udział, ale niestety i stety jest to tylko jej praca i jej wynik, bo mnie się prawie w ogóle nie słuchała. Jak widać można robić przyzwoite amatorskie wyniki bez „spiny” i treningów jakościowych . Chociaż zawsze pozostaje pytanie co dalej?… Tak czy siak, Aniu gratulacje !!! jestem z Ciebie bardzo dumny.

Emocje opadły, co się stało to się stało. Teraz czas na wyciąganie wniosków i robienie planów na sezon 2016. Roztrenowanie (zasłużone i pierwsze w mojej 3 letniej przygodzie z bieganiem) to dobry czas na takie rzeczy. Nie jestem i nie czuję się autorytetem jeśli chodzi o bieganie. Podkreślam to, żeby nie rozpoczynać głębszej dyskusji, bo pewnie cześć osób by się ze mną nie zgodziła, ale z mojego punktu widzenia nie każdy potrzebuje roztrenowania.

Moim zdaniem, jeśli sezon nie był ciężki i nie czujemy się zmęczeni, nie szykujemy się na robienie życiówek, a tylko sobie biegamy to jest to element zbędny i nie warto sobie tym zawracać głowy. Cokolwiek nie pisali by w popularnych biegowych pismach i na portalach. Szczególnie dotyczy to osób, które biegają rekreacyjnie i naprawdę wolno.

Czym jest dla mnie roztrenowanie… ? Sam nie wiem, jeszcze, ale cisze się, że jest. To znaczy, że było potrzebne. Najprawdopodobniej przez jakieś 2 tygodnie nie będę biegał, a na pewno nie będę trenował. To po pierwsze. Poza tym będę jadł co chcę. Krótko mówiąc, w kwestii biegania i diety będę robił co chcę, kiedy chce i jak chcę.

Sezon 2016

Plan na sezon 2016 jest prosty. MARATON.

Grudzień i Styczeń poświęcam na tzw. bazę i siłę, a od lutego będę realizował plan na maraton w kwietniu 2016.

Chciałbym w tym maratonie zrobić czas 3:10 i to bez ogromnego wysiłku. Punkt drugi w planie na sezon 2016, to maraton jesienny, który ma być startem głównym. Cel to jak najbardziej zbliżyć się do granicy 3 godzin, a może nawet ją złamać. To jak ostatecznie sprecyzuję ten cel, uzależnię od wyników po zimie i od tego, na ile starczy mi czasu i determinacji w realizowaniu treningów. Na pewno nie będzie łatwo tym bardziej, że będę trenował sam, bo Marcin wróci do swojej podstawowej dyscypliny, czyli do triathlonu i raczej nie będą nam się zazębiać treningi.

Oczywiście jest to na razie plan na plan, więc wszystko może się zmienić, ale jedno wiem na pewno. Nie będę biegał i przygotowywał się do wszystkiego, bo to za bardzo męczy. W tym sezonie zacząłem od 10 km potem był maraton, potem ultra, potem kontuzja, a na koniec już z kontuzją i na małej objętości szykowałem się do połówki i dyszki. Sezon mogę podsumować krótko… trzeci rok z rzędu zrobiłem życiówki na wszystkich podstawowych dystansach. Maraton poprawiłem o ponad 20 minut (z jesieni na wiosnę) dyszkę o minutę, połówkę o około 4 minuty. Zaliczyłem też udany start w biegu ultra.

Skoro już zrobiłem małe podsumowanie, to chciałbym jeszcze podziękować. Przede wszystkim mojej Ani za wsparcie i pomoc w planowaniu czasu na treningi i diety i w ogóle za całe poświecenie w związku z moim bieganiem. Naprawdę czasami trudno to pogodzić z ważniejszymi obowiązkami, bo nie powinienem zapominać, (a czasami się zdarzało ), że jestem tylko średnim amatorem i w życiu są jednak ważniejsze rzeczy niż bieganie. Po drugie chciałem podziękować Marcinowi, bo naprawdę fajnie się razem trenowało i zrobiliśmy kawał dobrej, nikomu co prawda niepotrzebnej, ale jednak roboty. Poza tym chciałem podziękować wszystkim, którzy trzymali za mnie kciuki w tych moich śmiesznych zmaganiach. Na koniec dziękuję wszystkim sceptykom i krytykantom, ale tylko tym, którzy robili to otwarcie, bo dzięki wam miałem spora dawkę motywacji i mogłem spojrzeć na pewne kwestie z innej strony.

To by było na tyle, mimo że mógłbym tak w nieskończoność. Bez odbioru, pewnie do wiosny….

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.