Z Barcelony na Hawaje

Najcenniejsza statuetka

To, że chcę usłyszeć słowa” Magdalena, You are an Ironman” wiedziałam, od momentu przystąpienia na początku 2014 roku do GT RAT. Pod koniec tamtego roku, razem z kilkoma innymi osobami podjęliśmy decyzję: IRONMAN BARCELONA 2015. I nie było już odwrotu. Wiedzieliśmy, że czeka nas rok ciężkiej pracy, rok wyrzeczeń i poświęceń, hektolitry wylanego potu, zakwasy, zmęczenie, zwątpienie, ale wiedzieliśmy też, że motywując się nawzajem nikt z nas się nie podda. Nie mieliśmy, wątpliwości, że każdy z nas przekroczy linię mety w Barcelonie.

Ten start miał być dla taki sam jak inne w tym sezonie. Wiedziałam, że jestem przygotowana, żeby pokonać ten dystans , bo w końcu cały rok ciężko trenowałam, ale atmosfera Ironman’a panująca wkoło powodowała, iż w mojej głowie kłębiły się najróżniejsze złe myśli: a to, że mi szytka pójdzie, albo że żołądek odmówi posłuszeństwa, że mnie odetnie, opiję się słonej wody, że pojadę słabo albo skończę jako ostatnia…”. Z otrzeźwieniem przyszedł trener, mówiąc nam wszystkim: „ Słuchajcie, to jest wasz debiut, robicie to dla siebie, spróbujcie się tym bawić. Ja wiem, że dacie rade”. I nagle żarówka w mojej głowie się zaświeciła ”Kuba.. wiesz co, ja naprawdę zamierzam się tym startem cieszyć i bawić!”. I z tym założeniem udałam się chwilę później na start. Ustawiłam się w sektorze 1:05-1:10 bo tam stała większość kolegów z grupy, a jak się bawić to z nimi;-) Start rolowany okazał się być genialnym rozwiązaniem. Po raz pierwszy w życiu nie musiałam walczyć w wodzie, od początku mogłam płynąć swoim tempem. I chyba dzięki temu mogłam myśleć o tym, ze woda jest przyjemna i fajnie się płynie a nie, czy bitwa morska już się skończyła czy może pięści pójdą jeszcze w ruch.

Magdalena Biskupska2

Po godzinie i 7 min wyskoczyłam z wody w bananem na twarzy I z tym bananem wsiadłam też na rower. I właśnie na tym etapie zaczęły się dziać jak dla mnie dziwne rzeczy. Tętno uspokoiłam od razu( dziwne!) Pierwszy podjazd, a ja miałam siły w nogach jakbym była np. Rafałem Majka (no dobra może trochę przesadzam;-)).

Pierwsza prosta, a ja zamiast skupić się na pedałowaniu zaczęłam rozglądać się na boki i podziwiać otoczenie. Patrzę na lewo i myślę ” Jejciu jak tu ładnie, morze, wybrzeże, słońce…” Patrzę na prawo..” jakie urokliwe knajpeczki, Hiszpanie delektujący się poranną kawą ( ale im dobrze)”… oni uśmiechają się do mnie, a ja uśmiecham się do nich… I śmieję się sama do siebie bo wyjątkowo dobrze mi się jedzie.

Patrzę na Garmina:” 38 km/h… niemożliwe?…no chyba się popsuł… „ Po chwili patrzę jeszcze raz, dalej to samo” Kurde.. przecież ja nigdy z takimi prędkościami nie jeździłam! Ale bombastycznie!!! Po chwili myślę, że pewnie jest z górki, albo wiatr w plecy i dlatego tak mi się fajnie jedzie, ale po nawrocie wiatr będzie w twarz, trasa pod górkę i prędkość spadnie. I tak, rozważając co się dzieje, czekałam na kolegów z RATu, którzy już dawno powinni zacząć mnie mijać. Doczekałam się tylko dwóch z nich i to dużo później niż się spodziewałam. Jeden i drugi z niedowierzaniem pytali się, co się dzieje, co za numery dzisiaj odstawiam i co jadłam na śniadanie? Jeszcze bardziej nie mogli się nadziwić faktem, że cały czas się śmieję i żartuję i że nic mnie nie boli. Wiedziałam, ze jadę mocno, mocniej niż zazwyczaj, ale nie za bardzo zdawałam sobie sprawę jak bardzo. Jak dojechałam do T2 i zobaczyłam na zegarku podsumowanie etapu rowerowego 5:11 to mało co się nie wywróciłam . Wiem, ze mało kto tak robi, ale nie kontrolowałam zupełnie czasu całościowego w trakcie jazdy. W końcu miałam się bawić a nie spinać o wynik!

Magdalena Biskupska1

Po rowerze czułam się tak dobrze, że uśmiech dalej nie schodził z mojej twarzy Pierwsze kilometry minęły szybko, może trochę za szybko, ale przebiegając wśród tłumu dopingujących kibiców, wiwatujących przyjaciół ciężko było zwolnić. Kryzys dopadł mnie gdzieś w połowie trasy. Mój żołądek zaczął się trochę buntować. Na szczęście lecznicza coca-cola była na każdym punkcie żywieniowym.

Mimo iż tempo mi trochę spadło, to wiedziałam, że jest w dobrze i że moje wymarzone 10:30 powinnam złamać i to nawet z zapasem. Ta myśl niosła mnie do mety Widząc czerwony dywan, zwolniłam i za namową kolegi cieszyłam się razem z kibicami tymi ostatnimi metrami. Usłyszałam wymarzone: „Magdalena ..You are an Ironman” i w podskokach udałam się do trenera, który czekał na mecie. „Magda, coś Ty zrobiła?”.No co ?..dobiegłam chyba poniżej 10:30, nie?” odpowiedziałam śmiejąc się. „Złamałaś 10h dziewczyno!!”… „Coooo? eee nie, nie sadzę!? „ Spojrzałam z niedowierzaniem na Kubę i na Garmina… 9:56:43… „To nie może być prawda!!! ” Zapłonęłam z radości!! I po jakichś 45 minutach prawie zemdlałam bo udając się w stronę wyjścia rzuciliśmy z kolegą z grupy, który wbiegł na metę zaraz za mną, tak z czystej ciekawości, oko na tablicę wyników… „Mariusz….Ty… Mówię ze łzami w oczach… „Mariusz.. jestem druga, drugaaa… głos mi się załamał…

Mariusz spojrzał na mnie…” Magda…wiesz co to oznacza?” Pokiwałam tylko głową, że nie… „Magda!! KONA!! K.O.N.A.!!!” Nie chciałam w to uwierzyć nawet trzymając slota w rękach, bo przecież takie rzeczy się nie zdarzają, nie w debiutach, nie…

Magdalena Biskupska3

A jednak.. IM – Anything is possibile!!…

Ale to ANYTHING nie byłoby POSSIBLE gdyby nie przygotowanie pod okiem Jakuba Adama, setek godzin spędzonych z GT RAT na wspólnych treningach, dobrych duszek, które mimo, iż nie mogły być w Barcelonie, to ”siedziały” mi na plecach i motywowały do jazdy. WY wszyscy, oraz nasz sponsor ROSE BELLE, przyczyniliście się do tego, że przyszły roku sezon zakończę Mistrzostwami Świata na Hawajach! Za to bardzo WAM DZIĘKUJĘ.

Tekst: Magdalena Biskupska

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.